Obecność Mocy

Kiedy już przestały się modlić moje usta

Kiedy już przestały się modlić moje usta, kiedy serce na pół złamane zalało się łzami, kiedy w smutku zamknąłem się jak w trumnie, wtedy Adonaj, Eloheinu powtarzała moja dusza, ona, co w głębi mojego ciemnego wszechświata jest jak tajemniczy punkt, wokół którego poruszają się miliardy atomów tworzących moje dłonie, ucho, uda, siwiejące włosy i oczy podobno brązowe, choć czasami czarne. Pośród dnia nuciła cichutko na rozmaitą nutę, nocą szumiała słowami modlitwy niczym morze. Budziłem się rano mokry, jakbym płynął przez wiele godzin, zmęczony walką z samym sobą. Wypełniała mnie modlitwa niechciana, gdy wychodziłem z domu, wiatr zarzucał mi ją na ramiona jak płaszcz przeciwdeszczowy, bo tu ciągle pada i pada, tak bez końca, chociaż czerwiec. Niebo płakało nad moją głupią niedolą. Moja śmierć w mojej kieszeni wpisana w dowód tożsamości zaświadczała złym duchom, że jeszcze nie przyszła na mnie pora. Włócząc się ulicami mojego miasta, rozmyślałem o tym, co było, katowałem się niczym pokutnik obrazami tego, co powinno się było wydarzyć, a jednak się nie wydarzyło, niedoszłym szczęściem, powodzeniem. Aż pewnego dnia o świcie, jadąc na rowerze nadmorską promenadą, doznałem przebudzenia jak po kawie, otworzyły się moje omułkowe oczy. Zacząłem mówić do siebie językami, ba, śpiewałem na cały głos tak głośno i nieznośnie, tak długo, że wszystkie zamieszkujące moje ciało demony i chochliki postanowiły spakować walizki. Poszły w diabły, wietrząc katastrofę. Ja, ich wieża Babel na dwóch kółkach, stałem się wolny i w ciągu kwadransa mogłem się rozsypać, na drobno, na zawsze. Na piachu plaży w okolicach Jelitkowa zostawiłem swoje śmiechu warte baszty, mury i bramy, zwodzone mosty, które tyle lat mamiły przybywających do mnie nieznajomych, mroczne świątynie rozmaitych bożków, którym po cichu się kłaniałem, oj, kłaniałem przez lata. Poszło, minęło — cały mój zbrodniczy zamysł, aby stać się potęgą na wieki wieków amen. Wzbudzać podziw, cieszyć się dostatkiem. Wracałem do domu, cóż — całkiem nagi, wracałem do domu jak żebrak, tyle że na rowerze. Pobiłem swój rekord w jeździe na czas, uskrzydlała mnie modlitwa, przed którą przestałem się bronić. Znów uwierzyłem, że los mi sprzyja. Wiara — och, wiara musi być szalona, jak miłość.

Żywot darowany

Powrócić chciałem do pierwotnej niewinności, do poranka, gdy byłem czystą kartką. Tęskniłem do dni, które opuściłem, do plaży, po której wędrowaliśmy radośnie. Pamiętam dokładnie ten czas — Pesach — nasze przejście. Wyzwolił nas Bóg, bo byliśmy niewolnikami, otworzył nam oczy i wskazał zaspanym i leniwym drogę. Poczułem wtedy, że nie ma we mnie lęku. Było mi tak dobrze — śpiewałem modlitwy i nie obejrzałem się nawet, gdy nurt szeroki morza zagarnął rydwany faraona. Byłem grzesznikiem i nie zasługiwałem na nic: Mojżesza, słup ognia i Ziemię Obiecaną. Tymczasem nocą objawił mi się Ognisty Anioł i powiedział — idź! Ujrzałem potęgę mojego Boga i zrozumiałem, że nikt nie może się z Nim mierzyć. To, że przeżyłem tamtą noc — to cud. Mogłem zginąć jak tylu, tylu innych. Anioł zatrzepotał skrzydłami ogromnymi jak niebo. Spostrzegłem płomienie dotykające mojej głowy. Potem zapomniałem, zapomniałem o wszystkim. Grzech rozmiękczał mnie jak kamień wodę, stałem się parszywy jak pies, który od miesięcy pozostaje bez domu. Na śmietnikach świata szukałem skarbów i wołałem do nieba: „Nie ma sędziego!”. Porzuciłem ścieżki Boże, by biegać po bezdrożach, gdzie strach, ostre kamienie i dzień podobny do dnia. Sprzedałem się tysiąc razy i uczestniczyłem w grzechach, o których wcześniej nie wiedziałem, że istnieją. Wreszcie upadłem i nie miałem sił iść dalej. — Tu umrę — wyznałem gwiazdom, tu mój grób wykopię. Litościwy jest Bóg, dobry, usłyszał moje łkanie, przeprowadził mnie przez morze raz jeszcze, przez morze łez ku radości swego domu. Darował mi, zapomniał, ani słowem nie wspomniał o tym, co było. Powiedział: „Idź” i wskazał drogę. Od tamtej pory wciąż czuję obecność tej samej mocy, która zmusiła do uległości fale i mnie przywołała z tamtego świata śmierci. Wziąłem głęboki oddech, otrzymałem drugie życie.

Zostań mnichem

— Strzeż się smutku, zazwyczaj pochodzi od diabła — powiedział mi brat Bazyli. — Wielcy święci bawili się, chodząc po świecie kak riebiata, radość przepełniała ich od koniuszka palców po czubek głowy. Święty Serafin z Sarowa jaśniał cały radością w Duchu Świętym i każdego napotkanego witał słowami: „Radości moja! Chrystus Zmartwychwstał!”.

Kiedy mówiłem mu, że boję się wracać, bo tu mam swoje niebo na ziemi, przestrzeń dla ducha, a tam, tam z tego wszystkiego zostanie mi tylko modlitwa celnika: „Panie, Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym” — uśmiechał się.

— Zostań mnichem — przekonywał.
— To niemożliwe — oponowałem, wiedząc, że tkwi w tym zagadka.
— Każdy powinien być mnichem w swoim sercu — upierał się Bazyli.

Teraz widzę to wyraźnie. Prawosławie jest bardziej nie z tego świata niż wszystko, co dotąd poznałem. Zastanawiam się nad jego słowami codziennie. Staram się zapanować nad swoimi namiętnościami, już wiem, że na tym polega prawdziwy post. Posiadać tylko tyle, ile potrzeba. Kalikst, ten mędrzec nad mędrcami, napisał: „Ten, kto poznał swoją właściwą miarę, posiada doskonałą pokorę”. Nic więcej.

 „Jest mi dobrze” — tylko tyle napisałem na pocztowej kartce z Gdańska, trzy słowa zamiast trzech stron, które tworzyłem nocą, nie mogąc zasnąć. Bazyli będzie wiedział, o co chodzi. Zobaczy mnie jadącego kolejką podmiejską do Sopotu, na rowerze przy molo albo jak niosę nowy tekst do redakcji, nic nie powie. Pójdzie porozmawiać z ikonami. Jeżeli choć trochę udało mi się przywieźć z tamtego świata, jeżeli nie roztrwoniłem tego dotąd, jest to z całą pewnością zasługa jego modlitwy. Obiecał się modlić, powiedział: „Nie lękaj się”. Potem odszedł. Ogromne klucze do domu Bożego trzymał w bladych z zimna dłoniach.

Obecność Mocy
Waldemar Borzestowski

urodzony w 1964 r. – artysta, prozaik, malarz, dziennikarz. Był m.in. szefem działu prenumeraty w dużym koncernie prasowym oraz robotnikiem torowym, kupował stare książki na aukcjach i oprowadzał konie po parkurze....