Objąć myślą swój los

Objąć myślą swój los

Szanowny Lwie,

do dziś nie wiem, co to było. Usłyszałem cichy „klik” i umieranie nabrało rozpędu. Umierał nieporządnie. Do ostatka budziło to sprzeciw ludzi czuwających przy jego łóżku. Potrafili oni jednak swój niepokój ubrać w łagodne zdziwienie. Z szacunku dla świętej chwili. Sam myślałem, że wzorem mieszkańców tej krainy skurczy się, zwinie w piąstkę, zniknie w szparze, wejdzie za piec, wsunie się za domowy ołtarz z Częstochowską i tam spocznie. Ułoży się do płytkiego snu zwanego nowym życiem, wiecznością. A on ogromniał w blasku świec i nie wiadomo było, co z nim zrobić, bo kazał podnosić się i prowadzić na podwórze domu. Przypominał chorego pająka wysnuwającego z siebie wciąż i wciąż bezładną i nieprzydatną nić – nie chciał zrozumieć, że nigdzie się już nie wespnie i niczego nie złapie w swoje dziurawe sieci, to był koniec, Szanowny Lwie. A nić wiła się po podłodze, oplatała meble, omotywała czuwających przy nim, tańczyła, czekając na jakąś niewidzialną igłę, by z jej pomocą zaczepić się w ostatnim podrzucie o to coś, co mogło być ukoronowaniem tego biednego żywota. Wreszcie Bóg zawiązał na niej supeł i odciął, jak należy – tuż przy płótnie jego śmiertelnej koszuli. Zmówiono „Wieczne odpoczywanie…”.

Życie doprowadzić do prostszej formy

Idąc za trumną, przypomniałem sobie jego opowieść z czasów studiów. Chodził wtedy wiecznie głodny i pewnie z tego głodu widział w swoich snach przemarzniętego chłopca, który stał na skrzyżowaniu, nieruchomy, jakby kieszenie miał pełne ciężkich kamieni, i bał się ruszyć z miejsca. A Staś krzyczał do niego, gdy nadjeżdżał tramwaj: „Uciekaj! Nie stój tak! Trzeba żyć, żyć, stawać się, trzeba dojść do czegoś, »człowiek jest przecież tym, czym sam siebie zrobi!«. Uciekaj! Biegnij za mną!”.

W kilka dni po Bożym Narodzeniu krzyczał, że znów go widzi, ale teraz chłopiec biegł drogą, którą jeszcze nie tak dawno szedł Staś.

– Nie idź tam! – podnosił się z wysiłkiem nad poduszkę. – Tam nic nie ma, nic nie ma, nie będziesz nigdy taki, jakim siebie samego wymarzyłeś! Trzeba to jakoś inaczej, jakoś inaczej urządzić, zaraz, zaraz jakoś to wszystko pozbieram do kupy, powoli, tylko zaczekaj!

Nie czekał – widać to było po ruchach chorego, obolałego ciała pragnącego dogonić, zatrzymać, zatarasować drogę uciekinierowi.

– Zaczekaj – nie ustawał – zaczekaj! To nie tak! Teraz już wiem!

Być może powtarzał mu naszą rozmowę nad brzegiem Wisły – że tak naprawdę nie potrzeba nigdzie wyjeżdżać, nie potrzeba nawet bić się o wszystko – wystarczy, że nasze życie doprowadzimy do jakiejś prostszej formy, oczyścimy nasze spojrzenie. I służba ludziom – dodawał uroczyście. Zaraz potem poprawiał się, gdyż uwierały go te zbyt nadęte dwa słowa: „służba ludziom”. Zamieniał je nieodmiennie na „usłużenie ludziom, tym z boku, najbliższym”. Przyciskany z niechęcią dorzucał półgębkiem to i owo, ale zawsze niechętnie. I tak dowiedziałem się, że nasz wzrok, nasze spojrzenie zależne jest od naszej mowy. I jeśli jest ona mową „tak, tak – nie, nie”, to wzrok może objąć wszystko w jednym rzucie i prawidłowo ocenić. Można nawet ujrzeć cały świat w jednym promieniu słońca. Mowa taka pochodzi z serca i tylko wtedy ma sens, kiedy przyjmujemy, że Bóg jest. Jako świadek. My jednak wolimy rzeczy rozproszone i nawarstwione – dopatrując się w skomplikowaniu głębi, podobnie jak za prawdziwą mowę bierzemy hałaśliwy bełkot.

Tyle zapamiętałem, Szanowny Lwie, i kosztowało mnie to sporo, właściwie cały kajet pracowitych stronic. Pewnego dnia całą tę pisaninę wrzuciłem do ognia. Zeszyt otworzył się w płomieniach, liznął postawiony na płycie sagan z kartoflami i już go nie było. I tak diabli wzięli całe moje odgrażanie się światu. Czy była to próba znieczulenia urażonej dumy czy przecięcie nici łączącej mnie z myślą, która trzymała mnie w ryzach i zabraniała okazać prostego wzruszenia, nakazywała dystans, żart w najlepszym przypadku, w gorszym drwinę? Istnieją ludzie, którzy nasze literackie płody, bazgroły i przymiarki dzielą (pewnie słusznie) na „opisywanie” i „pisanie”. Pierwsze jest domeną namiętnych weredyków i realistów, którzy śmiało idą do zwarcia ze światem, to drugie – nawet jeśli wymaga więcej kunsztu, jest dla tych ludzi zwykłym okradaniem życia. Pisanie okrada życie z życia. Myślę, że ksiądz Staś należał do ludzi tak właśnie ujmujących sprawę.

– Te twoje opisy… Przecież to zwisa martwo jak frędzle u kanapy. Czy ten świat tak wygląda, na miły Bóg?! – ksiądz pokręcił z politowaniem głową. – I zaraz śpieszysz się do tych twoich bohaterów rozpłaszczonych ze strachu i dzielących włos na czworo w przepastnych labiryntach duszy, jeszcze ktoś gotowy pomyśleć, że takie osoby naprawdę istnieją. Ta młodzieńcza bazgranina jest dość urocza, ale to – podniósł z trudem rękę i zatoczył okrąg – w końcu nie wygląda aż tak źle. Nawet podczas spowiedzi.

Mówiąc „to”, miał na myśli zapewne los człowieka. No pewnie – myślałem zły, jeszcze przed wrzuceniem zeszytu do ognia – nie wygląda aż tak źle, gromadzisz, wchłaniasz, żyjesz po prostu i, być może, to wystarczy, ale zarazem to proste, godne życie może być całkowicie banalne albo wręcz głupie, choć wszyscy będą zgodni, że na beznadzieję i smutek i tzw. brak sensu jest najlepszym lekarstwem, coś jak rosół z delikatnych gołąbków po świątecznym obżarstwie. Ale to przecież szkic! To zaledwie szkic, Szanowny Lwie, przymiarka, coś jak ważenie kamienia w ręce, zanim puścimy go płasko po wodzie. I najczęściej to nie śmierć zabiera nam powtórną szansę doskonałego rzutu, ale nowe wydarzenia i ludzie nowi unoszący nas w nowe miejsca.

Zadaniem życia jest życie

Dlaczego więc mam zachwycać się czymś, co wiecznie jest niedokończone?! Zawsze prześladowała mnie myśl, Szanowny Lwie, że mogę przeoczyć w tym zamęcie ostateczny etap człowieczego żywota – zrozumienie. Widziałem go jako wielką ucztę z przyjaciółmi, którzy przyniosą ze sobą najdroższy prezent: argument – każdy z nich jeden, osobny i różny. Argument za życiem, staraniem się i całym tym trudem. Argument, który jeszcze w trakcie prezentacji stanie się odpowiedzią.

On zaś mówił mi, że to zbyteczne, bo odpowiedzią na życie jest samo życie, tak jak zadaniem życia jest życie. Nic więcej. Pytałem więc go – skoro tak, to po co przyjąłeś święcenia – nie dlatego czasem, by kierować łaknienie ludzi poza granice dostrzegalnego okiem świata, nie po to przypadkiem, żeby być przewodnikiem po tych światach, których nikt nigdy nie widział? Czy przez twoje obowiązki właśnie nie przeczysz czasami, że dziękczynienie za nasze zwyczajne życie nie ma najmniejszego sensu? Dobrze – powiesz, że istnieje coś takiego jak kontynuacja, wystarczy przekroczyć próg, zamknąwszy oczy, by znów znaleźć się w życiu, w życiu już na zawsze. Twoja silna wiara daje ci ufność i przeczucie tych światów, ich piękna i dobroci, jednak nie jesteś zdolny określić, na czym polegać będzie różnica między tymi dwoma sposobami życia. Nie umiesz tego określić, bo nie umiesz pokazać. Powiedział mi wtedy, Szanowny Lwie, że zapewne nie spotkałem w swoim życiu człowieka świętego, bo gdybym spotkał, to bez wątpienia na jego twarzy ujrzałbym odblask przyszłego życia. Odpowiedź była ze wszech miar sprytna, lecz podkopywała bezlitośnie jego wcześniejsze deklaracje o „naszym zwyczajnym życiu”, bo czyż mogłem od tej chwili tak po prostu żyć? Musiałem czekać na spotkanie zwiastuna tamtych światów i kto zaprzeczy, że czekanie takie czy nawet szukanie kogoś takiego nie zawładnie w końcu całym człowiekiem, jego życiem?! A jeśli na naszej drodze stanie oszust, uwodziciel? Nie miałem na to najmniejszej ochoty.

Cenimy sobie pozycję „pomiędzy”

Podejrzewam jednak, Szanowny Lwie, że cały ten hymn pochwalny na cześć „naszego zwyczajnego życia” niewiele miał wspólnego z jego kapłańską funkcją. Być może w młodości nie można bezkarnie pobierać nauki greki i łaciny. Nie myśl tylko, że się wymądrzam, to sam ksiądz Staś mi o tym powiedział. W jednym i w drugim języku słychać podobno jakieś wołania, choć w tym pierwszym są one prawdziwie zniewalające i niebezpieczne. Gotowy był iść za nimi i przedrzeć się do czegoś pierwotnego, do tej – jak on to mówił, cytując swojego łacinnika Brożka – „nietkniętej kultury, gardzącej wszelkim nakazem moralnym, nieświadomego życia i naiwnego tworzenia pozbawionego ciężaru mądrości”. No tak – myślałem sobie – wszystkie te wielkie i nieco sztucznie brzmiące słowa przywoływane z taką precyzją, choć minęły przecież całe wieki, nie służą w końcu czemu innemu, jak tylko zagłuszeniu wyrzutów sumienia. I powiedz mi, że tak nie jest. Wszyscy przecież boimy się piekła. I szukamy usprawiedliwień, żeby zamurować jego wrota. Równocześnie – i to dodaje pikanterii naszemu lękowi – chcemy należeć do związku potępionych! Bo wydaje nam się, że idąc za Bogiem, utracimy cały ten subtelny smak rozdarcia, zwątpienia i rozpaczy, kiedy przychodzi nam wybierać między równorzędnymi racjami. Tak, cenimy sobie pozycję „pomiędzy”, boimy się utraty słodkiego i wyrafinowanego dystansu wobec wszystkiego co zbyt jednoznaczne, dystansu, jaki zawiera w sobie charmante impiété’, nieodłączna towarzyszka każdej twórczości.

Czyż był to znak, że uwierało go jego kapłańskie powołanie? Nie sądzę. Czy właśnie w poszukiwaniu naiwnego piękna przypłynął do Afryki i poniósł klęskę? Być może. Wierzył, że powrót taki jest możliwy, a za największą przeszkodę uważał ludzi próbujących objąć myślą swój los, a zwłaszcza jego koniec. „Człowiek, który rozmyśla, jest zgubiony” – powtarzał za kimś.

Ja ci, Karol, powiem

I pomyśleć, Szanowny Lwie, że takim rozważaniom poddawał się w tej zimnej i brudnej krainie, gdzie kaczki taplają się w błocie, wróble szukają ziaren owsa w końskim nawozie, a gawrony brodzą w powalanym sadzą topniejącym pierwszym śniegu. I dziś, gdy to wspominam, nie umiem powstrzymać gorzkiego śmiechu. Zresztą hrabia Ujejski też machnął ręką na to całe przedśmiertelne gadanie. Podobnie jak na moje beznadziejne wysiłki, żeby jako tako okiełznać Marcysię i Januszka i wbić im do głowy zasady tworzenia futur proche. Lubił gadać, a ponieważ wszyscy uciekali od niego, no oprócz Maryjkosia, jak wody potrzebował kogoś, kogo mógłby całkowicie zawłaszczyć i zamęczać swoimi zwierzeniami – oczywiście bez nierozsądnego przekraczania granicy, którą wyznaczała prywatność przywoływanych osób.

– Będę ci mówił Karol – oświadczył bez wielkich ceregieli, gdy po lekcjach znalazłem się z nim w jasnym stołowym pokoju – bo Karomenya to, wybacz, trudne i nie po naszemu, a Karol… też nie po naszemu – tu zawiesił głos, rozkoszując się przez chwilę dowcipem. – Ale to imię wielkie, hetmańsko–królewskie, z przeszłością jak się patrzy, no i przyszłością, jeśli zostaniesz kimś podobnym lub kimś nawet większym… papieżem, dajmy na to. No i pochowaliśmy Stasia, dobrodzieja, jak się patrzy – zatarł podobne do łapek wiewiórki dłonie – gości było ciut za chudo, ale msza była z organistą, nic dodać, nic ująć, nikt się nie obraził, a to u nas najważniejsze, jednym słowem smaczniutko było – jeśli tak można powiedzieć, bez deszczu i rozdzierającego płaczu, godnie – stuknął palcem w stół i zakończył żałobę po Stasiu. – I żebyś do głowy sobie nie brał tego wszystkiego, co on w gorączce wygadywał, on mocno zdziwaczały był przez tę rozłąkę, tak jakoś się zmarnował. Ja ci, Karol, powiem, dlaczego on o tym życiu tak gadał, no wiesz – te jego wzdychania do świata prostego, niewinnego, nieobarczonego żadnymi nakazami moralnymi, do tej jego Grecji ciepłej a naiwnej, ej! To nic innego, jak zwykłe tu obsesje łagodności i bezpieczeństwa. Nic więcej. Chciał biedny księżulo zasmakować trochę tego, hę, łagodnego błogostanu, ja ci to mówię! Ale co się dziwić, co się dziwić, Karol, jak my ciągle bici, wieszani, poniewierani i wywożeni tam, gdzie się ziemia zagina. Ty się nie obraź na nas, ale ci powiem, że my jesteśmy tacy jak wy, ani ciutkę różniejsi, bo wy i my nosimy w sobie… tę… jak się to nazywa… kolonialną mentalność. Nie mówię, że jesteśmy potulnymi niewolnikami, nie! Chodzi mi o marzenia. Marzenia! To jest klucz, który otwiera drzwi do lepszego świata. Ale my mamy wytrych. Nasze marzenia śmierdzą, Karol, cuchną jak niewolnik. Ból próbujemy zagłuszyć rozmyślaniami o łagodnym świecie, do którego w posagu wnosimy swoje nieporównywalne cierpienie i swoją prawdę. Ale z takiej łagodności bez postu i pokuty, bez przedwieczornego pojednania się z nieprzyjacielem, z takiej łagodności to tylko nowe okrucieństwo wyrasta. Ale to jeszcze nie wszystko. Mnie się tak czasami, Karol, wydaje, że Bóg, osładzając nam klęski, pokarał nas jednakowoż, rozdzielając nam niezliczone dary. Podróżowałem trochę po świecie i przyznam ci się, że nie spotkałem ludzi bardziej utalentowanych niż ci tu… Ale niczego tak naprawdę nie umiemy skończyć: albo coś rozpoczynamy za wcześnie i niepotrzebne nikomu gubi się to potem gdzieś, zawierusza, rozłazi, albo robimy coś za późno i musimy potem gnać i doganiać innych na złamanie karku. Trudno nam iść z czasem. I tyle go marnujemy na spory i nocne gadanie o ludziach, którzy odważyli się i których potem najzwyczajniej zepchnęliśmy na pobocze, zakatrupili, ciszę nakazali, psia krew. Albo na niekończące się dyskusje – kto i za jakie zasługi stanie się naszym Mojżeszem, którego w końcu i tak czeka śmierć przez oplucie, ośmieszenie i oskarżenie o sprzyjanie obcym. Zaraz znajdują się tacy, co krzyczą: „A w czym on jest lepszy ode mnie, może on, mogę i ja!”. Rozpiera nas talent, nadyma, a już za chwilę niesiemy go wstydliwie jak przekłuty świński pęcherz i łapiemy Europę za guzik, i jak starzy, obrzydliwi nudziarze wyżebrujemy skromną chwilkę, żeby powiedzieć jej całą prawdę o tym pęcherzu skapcaniałym! Przecież to komiczne, mój drogi Karolu, komiczne ze wszech miar, bo jeśli już coś nam skapnie z tego pędzącego zegara, to zawsze bierzemy głęboki oddech, żeby długą przemowę wygłosić, rozpoczynając oczywiście od nakreślenia złożonego kontekstu. Kontekstu, mój drogi, bo przecież inni nie znają tej jedynej w swojej istocie historii. Historii?! Przecież to zaplecione w krakowski precelek duma i zawiść!

– No tak, tak, panie hrabio, ale nie mnie sądzić sprawy ludzi, u których goszczę – odezwałem się obrzydliwie sztucznie, co tylko rozłościło Ujejskiego. Podkręcił bujnego wąsa, dziwnie się nadął i wyrósł nade mnie, choć był bardzo niskiego wzrostu

– Ależ ja acana o sąd nie proszę! Tak sobie tylko języka popuściłem, ot, drobiazg, facecja, coś całkiem na boku, gadulstwo i nic więcej!

Przygotował mnie za to skrupulatnie do powrotnej drogi! Nie tylko ubrał i sypnął groszem, ale i kilka listów napisał po niemiecku i francusku. Miałem okazywać je na granicy i podczas kontroli w wagonach tuż za granicą. Ale to nie wszystko, Szanowny Lwie, gdyż kazał panu Maryjskiemu przygotować elegancką tabliczkę z markowego kartonu, która zawierać miała nie tylko prośbę o pomoc podczas podróży i zmiany pociągów, lecz również moją krótką historię życia, nie wyłączając nawet kilku dość wątpliwych zasług. Ujejski rozkazał wypisać to wszystko literami o charakterze łacińskim, znaleźć przy tym jedwabny sznur i przewlec go na rogach kartki.

– U nas , Karolu, tak się czasem podróżuje… – wyjaśniał nieco zmieszany Ujejski, zawieszając mi karton na szyi. Ale słodki ton jego głosu zmienił się niespodziewanie, gdy tylko zaczął czytać skomponowany przez Maryjkosia tekst.

– I coś pan tu nawypisywał! – syczał zaczerwieniony na twarzy. – Palnąłeś pan wszystko po łacinie, kiedy ja prosiłem tylko charakterem łacińskim namalować! I jak uroczyście się to zaczyna: Ecce homo etc. etc. – podkpiwał sobie z biednego służącego. – Maryjkosiu! na miły Bóg, czyś ty Piłat?! A on? Czy on podobny do naszego Zbawiciela?!

Maryjkoś przełknął uroczyście ślinę, wyprostował się, obciągnął surdut i poprawił nieznacznie spinki przy mankietach.

– Uczciwszy uszy pana hrabiego… mnie się wydaje, że on… że Zbawiciel mógł wszelako tak wyglądać… to znaczy przyjdzie czas, że będziemy umieli gładko przełknąć, że On po polsku nie mówił.

* * *

Będę się powoli zbierał, Szanowny Lwie. Nie zabrałem stąd żadnej pamiątki. Kiedy zamykałem furtkę domu na Kolejowej, podbiegł do mnie czarny pies księdza Stasia i jak szalony kręcił ogonem. Chciał iść za mną, jak za Tobiaszem. Obiecałem mu, że tu wrócę. Uwierzył.

Twój Karomenya

Objąć myślą swój los
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...