Ochrzczona wersja Machiavellego?

Ochrzczona wersja Machiavellego?

Pan Włodek ma, oczywiście, prawo do makiawelicznych poglądów. Byleby je tylko uczciwie klasyfikował, a już na pewno nie prezentował jako chrześcijańskich i nie usiłował podpowiadać Kościołowi korekty myślenia.

Każdy autor, zwłaszcza felietonista, ma prawo zarówno do widzenia świata po swojemu, jak i nawet do pewnych uproszczeń czy generalizacji w prezentowaniu tej wizji. Czasami jednak owe uproszczenia są tak dalekie, że przestają służyć uporządkowaniu wykładu i zrozumieniu opisywanej rzeczywistości, lecz po prostu ją fałszują. Mamy wtedy do czynienia nie tyle z prezentowaniem faktów, ile z manipulowaniem nimi (konsekwentnie, także czytelnikami). Niestety, tekst p. Tomasza Włodka może w tym zakresie służyć jako doskonały przykład.

Zacznijmy od uwag najbardziej podstawowej natury. Wśród nich na pierwszym miejscu postawiłbym prezentowaną przez Autora wizję człowieka. Jest to wizja (świadomie?) makiawelistyczna. To właśnie autor Księcia, wśród wielu „użytecznych” wskazówek, udzielał panującemu następującej rady: „Jeśli masz do wyboru: skonfiskować komuś majątek lub zabić mu ojca, wybierz to drugie; zabicie ojca zostanie ci w końcu kiedyś wybaczone, konfiskata majątku — nigdy!”. Straszliwa to wizja, w rzeczywistości pogardzająca człowiekiem, redukująca go do żądzy posiadania, dla której ów człowiek gotów jest wyprzeć się wszelkich wyższych wartości. Nie ma przy tym żadnych wyrzutów sumienia, gdyż i tak jedynym sensownym kryterium oceny ludzkich czynów jest kryterium skuteczności. Machiavelli (a za nim jego komentatorzy) nazywali tę wizję realistyczną, w rzeczywistości nie sposób jej nazwać inaczej, jak tylko cyniczną. Co więcej, taka wizja człowieka prowadzi nieuchronnie do równie „realistycznej” wizji dziejów świata i skutecznie wpływających na ich bieg procesów politycznych: oto „realna” jest tylko polityka siły. Do tego stopnia, że — jak kiedyś pisał Orłowski — wyrażenie „polityka siły” można właściwie uznać za tautologię. W rzeczywistości bowiem nie ma żadnej innej polityki.

Wszystko to odnajdujemy, niestety, w tekście Tomasza Włodka. Jego człowiek ocenia swoje życie wyłącznie przez pryzmat wysokości podatków. W każdym razie stawia ją wyżej niż prawo wyborcze. Niezdolny jest także do żadnych wyższych uczuć, choćby do poszanowania elementarnych praw ludzkich, takich jak np. prawo do wolności sumienia, religii, emigracji itd. I oczywiście, jedynym skutecznym narzędziem przemiany społeczeństw, budowania ich spójności i obrony przed przyszłymi kryzysami jest przemoc — także religijna (której symbolem — nie tylko! — jest inkwizycja). Że niemoralnie — nieważne. Ważne, że skutecznie!

Tomasz Włodek ma, oczywiście, prawo do takich poglądów. Byleby je tylko uczciwie klasyfikował, a już na pewno nie prezentował jako chrześcijańskie i nie usiłował podpowiadać Kościołowi korekty myślenia w tej dziedzinie: „Kościół katolicki chętnie się ostatnio przyznaje do błędów, pozostaje mieć nadzieję, iż uzna i ten, stwierdzając, że likwidacja tej zasłużonej dla ludzkości instytucji [inkwizycji] stanowiła karygodną pomyłkę na skutek zbytniego ulegania modernistycznym nowinkom. Miejmy nadzieję, że następca Jana Pawła II błąd ten naprawi i inkwizycję reaktywuje”.

Otóż, nie ma obaw; nie reaktywuje. Chrześcijańska wizja człowieka — prawda, że Kościół dochodził do niej mozolnie i z wielkim trudem — ma się nijak do poglądów Machiavellego. Kościół dobrze zna człowieka, wie, że nosi on w sobie głębokie zranienie (za św. Janem Kościół nazywa je potrójną pożądliwością: „pożądliwość oczu, pożądliwość ciała i pycha tego życia”). Równie mocno wszakże wierzy w to, że skłonność do zła nie przekreśla w człowieku bardziej jeszcze podstawowej wolności i zdolności do wyboru dobra. Tylko dlatego też Kościół wierzy w odpowiedzialność człowieka za jego czyny. Ostatecznie oznacza to, że Kościół wierzy, iż człowiek jest zdolny do miłości. I że zarówno on sam, jak i tworzone przezeń społeczeństwa i wspólnoty rozwijają się na jej drogach. Tę zdolność Kościół chce oczywiście wspierać — ale właściwymi sobie środkami: głoszeniem Słowa i szafarstwem sakramentów, a nie przymusem (przeciwnie — jeśli trzeba: męczeństwem!).

Co więcej, to właśnie ta koncepcja człowieka i świata jest realistyczna. Pozwala ona też lepiej opisać ludzką historię, wystrzegając się tak skrajnych uproszczeń, w jakie obfituje tekst Tomasza Włodka. Jest oczywiste, że stalinizm (podobnie, jak niewymieniane w tekście faszyzm i nazizm) nie zrodził się „z braku inkwizycji”, lecz właśnie z cynicznego myślenia i postępowania wyznawców „polityki realnej” (której przejawem w Kościele była inkwizycja!).

Najwyższe zdumienie budzi zaproponowana przez Tomasza Włodka absolutnie nowa wersja historii Polski. Oto dowiadujemy się, że przyczyną upadku Rzeczypospolitej w XVII i XVIII stuleciu (zapewne aż po rozbiory?) był… brak sprawnie działających inkwizytorów. Czym więc Autor raczy wyjaśnić potęgę państwa Jagiellonów w wieku XV i XVI? Państwa, w którym zasadą wyznaczającą rację stanu była tolerancja religijna (wszak była to wspólnota zarówno wielonarodowa, jak i wielowyznaniowa) i krystalizująca się od 2 połowy XIV w. idea złotej wolności szlacheckiej? Kryzys nastąpił w wieku XVII; znamienne jednak, że towarzyszyło mu wyraźne odejście od legendarnej polskiej tolerancji. „Towarzyszyło…”, bo przecież nie było jego przyczyną! Procesów historycznych nie da się — wbrew tęsknotom Tomasza Włodka — sprowadzić do jednej przyczyny. Wojny, które roztrwoniły wszelkie zasoby (ludzkie i materialne) Rzeczypospolitej, nie miały wszak charakteru religijnego. To nie katolicyzm skazywał Polskę na wojny z luterańską Szwecją, lecz — obok wielu innych czynników — pretensje polskich Wazów do szwedzkiego tronu. Podobnie, to nie wyznanie (choć nieraz przybierane na sztandar) uwikłało nas w długoletnie konflikty z muzułmańską Turcją, prawosławną Rosją czy Kozakami. Tak zresztą było w całej Europie — z całą pewnością od czasu wojny trzydziestoletniej i pokoju westfalskiego.

Na koniec jeszcze jedna uwaga ogólniejszej natury. Tekst Tomasza Włodka służyć miał — jak rozumiem — porównaniu epoki średniowiecza z nowożytną; z założoną od początku tezą, że średniowiecze było „lepsze”. Otóż, zapewne pod niektórymi względami tak; pod niektórymi zaś — nie. Średniowieczna Christianita była niewątpliwie innym rodzajem wspólnoty europejskiej niż Unia Europejska — w tym jednym punkcie wywodów można się zgodzić z ich Autorem. Wszelkie analogie historyczne prowadzą jednak — jak się wydaje — tylko do jednego stwierdzenia, a mianowicie: że w każdym czasie rzeczywistość (i tworzący ją ludzie!) jest głęboko zróżnicowana. XIII stulecie było czasem św. Franciszka z jednej strony i straszliwej krucjaty przeciw albigensom z drugiej. Niejednokrotnie owa granica przebiegała jeszcze głębiej, bo w poprzek poszczególnych osób — św. Bernard był zarówno autorem prawdziwie mistycznych tekstów teologicznych, jak i przerażającej swym podejściem do „niewiernych” ideologii krucjaty. Podobnie XX stulecie przejdzie do historii nie tylko jako wiek Matki Teresy i Jana Pawła II, ale także jako wiek Hitlera i Stalina. Rzeczywistość — wczoraj i dzisiaj — okazuje się zawsze różnorodna. I to właśnie pozostaje jednym ze źródeł ludzkiej nadziei.

Ochrzczona wersja Machiavellego?
abp Grzegorz Ryś

urodzony 9 lutego 1964 r. w Krakowie – arcybiskup metropolita łódzki, w latach 2011-2017 biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej, profesor historii Kościoła, ceniony rekolekcjonista i kaznodzieja.Do 2011 roku był rekt...