Ofiary i nadzieja

Ofiary i nadzieja

Choć trochę się lękam, to muszę się do czegoś przyznać. Do tego mianowicie, że w czasie lektury reportażu Ukryty grzech Kościoła w „Gazecie Wyborczej”, opisującego przypadki wykorzystywania seksualnego młodych chłopców przez ich przełożonego, zasłużonego i cenionego kapłana, dyrektora Ogniska Brata św. Alberta w Szczecinie, nie towarzyszyło mi uczucie szoku i niedowierzania. A przecież powinno. Tym bardziej, że te właśnie uczucia ogarniały większość moich znajomych, z którymi prowadziłem potem długie rozmowy o tym, jak do owych wydarzeń – jeśli rzeczywiście opisane przez dziennikarzy sytuacje są prawdziwe – mogło w ogóle dojść.

Jeśli jednak już się nie dziwię doniesieniom medialnym o tym, że kapłan może wykorzystać swoje stanowisko i funkcję, by molestować podwładnych, to dlatego że o podobnych przypadkach czytałem w amerykańskiej prasie, rozmawiałem o analogicznych skandalach z udziałem duchownych z amerykańskimi katolikami, kiedy na początku 2002 roku przez kilka miesięcy mieszkałem w Chicago. To był straszny czas dla amerykańskiego Kościoła. Media niemal każdego dnia pisały o kolejnych przypadkach kapłanów oskarżanych o nadużycia seksualne, a przed sądy trafiały setki pozwów o milionowe odszkodowania.

Nie mogłem wtedy pojąć – tak jak teraz nie może tego w odniesieniu do swego Kościoła pojąć wielu polskich katolików – że Kościół amerykański mógł przez długie lata tuszować przypadki kapłańskich nadużyć. Nie mogłem zrozumieć, jak amerykańscy biskupi – a w szczególności kard. Bernard Law z Bostonu, symbol pedofilskich nadużyć – mogli chronić w pierwszej kolejności swoich księży, przenosząc ich z parafii do parafii, a nie odsuwając od pracy z dziećmi. I w końcu zachodziłem w głowę, dlaczego Kościół, dla którego zgodnie ze słowami Jana Pawła II „człowiek jest drogą”, nie chciał słuchać głosu ofiar i dać im rzetelnego wsparcia. To właśnie był największy skandal – Kościół amerykański, podobnie jak teraz nasz, nie staje po stronie ofiar, ale stara się przywdziać togę rozstrzygającego jak każdy inny spór sędziego.

Zgoda, że ks. Andrzej wszystkiemu zaprzecza. Jednak podobnie zaprzeczali oskarżeni amerykańscy duchowni. Krzywdziciele nie dopuszczają prawdy o sobie i własnych czynach. Przekonywał mnie wtedy o tym o. James J. Gill, jezuita i psychiatra, który w Hartford w stanie Connecticut zajmuje się leczeniem księży wykorzystujących seksualnie dzieci. Oto, co mówił mi doświadczony kapłan i wytrawny psychiatra: „Każdy przestępca, także osoba wykorzystująca seksualnie dzieci, ukrywa swoje grzechy. Oczywiście są ludzie, którzy potrafią się przyznać, ale zazwyczaj mamy do czynienia z nieustannym zaprzeczaniem. Także księża, nawet przed samymi sobą, nie są w stanie się przyznać do złych czynów. Jeśli nawet zdają sobie sprawę ze szkód, jakie wyrządzili, zawsze próbują racjonalizować i usprawiedliwiać swoje zachowania. Sądzą, że to, co robili, nie ma większego znaczenia dla dziecka, które wykorzystali. Widzimy ten mechanizm podczas terapii”. A dlaczego, zdaniem o. Gilla, biskupi amerykańscy skrywali przypadki molestowania? Otóż „starali się ukryć skazy na nieskazitelnym dla wielu katolików wizerunku Kościoła. Trzeba pamiętać, że biskupi złożyli obietnicę chronienia oblicza i dobrego imienia Kościoła. Poniekąd myślę, że to naturalna tendencja – skłonność do skrywania czegoś, co jest ohydne. Co się stanie, kiedy ludzie dowiedzą się, że ich ukochany ksiądz, którego przez całe życie słuchali, zwierzali się mu się ze swoich grzechów, który chrzcił ich dzieci, prowadził grupy ministrantów, jest pedofilem? Przecież ujawnienie tych przypadków – myślał niejeden biskup – będzie tragedią i dla Kościoła, i dla wiernych. Szokiem, z którego ci ludzie mogą się już nie podnieść. Dla każdego bowiem musi być szokiem wiadomość, że ksiądz, któremu zaufał, w tym samym czasie seksualnie wykorzystywał jego dziecko”.

My, polscy katolicy, zarówno świeccy, jak i duchowni, powinniśmy uczyć się na cudzych błędach. Mam nadzieję, że się uczymy. Nadzieją napawa przecież fakt, że sprawa nie została zamieciona pod dywan i że jeden z braci dominikanów, o. Marcin Mogielski, nie bacząc na gniew kościelnych hierarchów, dał wiarę ofiarom i ujawnił całą sprawę niejako w ich imieniu. Co więcej, napawa także nadzieją fakt, że zarówno świeccy, jak i duchowni, którzy publicznie komentowali tę sprawę w mediach, zwracali uwagę w pierwszej kolejności na konieczność pomocy ofiarom. Nie ma innej drogi, jeśli chce się być wiernym przesłaniu Jezusa, jak stać po stronie ofiar.

Zaś biskupom, którzy nazbyt często przedkładają nad nie ochronę instytucji kościelnych i dbają o nieskazitelny obraz Kościoła, miast chronić ofiary nadużyć seksualnych, pod rozwagę daję słowa Jana Pawła II, skierowane do amerykańskich hierarchów: „W stanie duchownym nie ma miejsca dla tych, którzy krzywdzą młodzież”.

Ofiary i nadzieja
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...