Ogród dziwności

Miałem wtedy osiem lat i uwielbiałem spędzać letnie wakacje u mojego pięknego dziadka w jego starej, rybackiej chacie nad jeziorem na Pomorzu.

Wczesnymi rankami pływaliśmy na wyścigi w krystalicznej wodzie, nurkowaliśmy w poszukiwaniu zaklętych muszli.

Mój dziadek lubił rozśmieszać mnie różnymi sztuczkami. Udawał na przykład gąsiora szukającego w trzcinach niewiernej gęsi albo też robił z siebie małpę, która nie umie pływać. Grał ją tak doskonale, że chwilami wpadałem w rozpacz, myśląc, iż moim dziadkiem będzie odtąd dorodna małpa. Dziadek w młodości był znanym aktorem i potrafił odgrywać rolę nie tylko małpy. Na starość kupił sobie rybacką chatę nad jeziorem w małej wsi i grał rolę rybaka. Tym sposobem uwolnił się od wielu niepotrzebnych zajęć, które przygniatają ludzkość w wielkim mieście.

Moje wakacje u dziadka były wielkim ogrodem dziwności, pełnym starych zamkowych ruin, zatopionych wysp, gadających sów i komarów. Nawet ich bzyczenie czyniło nas szczęśliwymi. Robiliśmy to, co nam się akurat podobało; piliśmy swobodę i wolność jak zimne, zsiadłe mleko w czasie upału. Niczego więcej nie potrzebowaliśmy.

Pewnego dnia zapragnęliśmy pojechać na rowerach do ruin pokrzyżackiego zamku. Nie dalej niż kilka kilometrów. Z trudem weszliśmy po kulawych schodach na wysoką wieżę, dziwnym sposobem trzymającą jeszcze fason średniowiecznej warowni. Stamtąd rozciągał się widok na okoliczne wsie i lasy. Moją uwagę zwróciła pewna budowla na horyzoncie otoczona ledwie widocznym murem.

— Co to jest? — zapytałem dziadka.
— To? — zmrużył ironicznie jedno oko. — To jest, powiedzmy, święty teatr.
— Taki samotny? Wśród pól i lasów? Ty tam też odgrywasz małpę, która nie umie pływać?
— Nie, skądże. To nie mój teatr ani nie moja małpa.
— A czyja? — nie dawałem mu spokoju, bo zaciekawiła mnie ta ledwie widoczna, tajemnicza budowla na horyzoncie.
— Nic takiego… — odpowiedział dziadek. — To jest teatr przez wierzących zwany kościołem.
— Bez wieży? — domagałem się wyjaśnień.
— Bo to jest teatr klasztorny.

Nigdy jeszcze nie byłem w kościele. Widziałem go tylko z zewnątrz. Słyszałem dzwony z wieży. Uważałem więc, że kościołowi potrzebna jest wieża do bicia w dzwony, z góry. Dzwonienia z piwnicy nikt by nie szanował.

Próbowałem kiedyś rozmawiać o głosach dzwonów z ciotką Renatą, u której mieszkałem od dawna, ja, sierota po kraksie rodziców. Jednak ciotka Renata nie lubiła ani dzwonów, ani kościołów. Rozmawiała najchętniej o swoim kocie Mazurku, którego ja nie znosiłem, bo pachniał tak samo jak ciotka Renata.

— Bardzo chciałbym zobaczyć ten teatr bez wieży — poprosiłem mojego dziadka, ponieważ coś mnie w tamtą stronę ciągnęło.
— Jak uważasz — powiedział tak, że poczułem się dorosłym, który może o czymś decydować.
— Kocham cię za to, że mi niczego nie zabraniasz — odpowiedziałem, żeby mu zrobić przyjemność. Zresztą… naprawdę go kochałem.

Do budowli na pagórku pojechaliśmy rowerami następnego dnia. Nie dalej niż cztery kilometry. Wiedziałem, bo na kierownicy miałem licznik, który wskazywał również datę. Cyfra była czerwona, oznaczało to jakieś święto.

Przed bramą do budowli bez wieży kłębił się tłum ludzi. Ze straganów rozstawionych na placu rozlegały się piski piszczałek i trąbienie plastikowych trąbek, dorośli kupowali dzieciom cukierki i obrazki pań i panów w długich sukniach i ze złotymi obrączkami wokół głów.

Mnie też ogarnęła wesołość, czułem, że na tym nie skończy się nasza wyprawa „do świętego teatru”, jak mówił dziadek. Chciałem go o różne sprawy zapytać, ale on zamilkł. Uśmiechał się tylko dziwnie jak chłopiec przyłapany na kradzieży truskawek z cudzego ogrodu. Nie wiedziałem, że on, stary aktor, potrafi zagrać nieśmiałego chłopca. Ja, dziecko, postanowiłem zagrać dorosłego i zaopiekować się tym udawanym chłopcem.

Pociągnąłem dziadka za rękę w stronę wejścia do budowli. Początkowo hamował obcasami, ale ścisnąłem mocniej jego dłoń, dodałem mu odwagi, że ze mną nic mu nie grozi w tym kościele. Przestał hamować. Weszliśmy do środka. Ja pierwszy raz w życiu, a on — nie wiadomo — ale chyba też dawno nie był w takim miejscu, bo rozglądał się ostrożnie, szczególnie w górę, na malowane obrazy na wielkim suficie, jakby coś mu miało spaść na głowę.

Nagle na wysokim balkonie huknęła perlista muzyka, chyba z piszczałek. Aż drgnąłem. Dziadek przeciwnie. Obejrzał się, uśmiechnął trochę ironicznie, trochę tęsknie — jakby coś sobie nagle przypomniał, nachylił się do mnie i powiedział: — Ja też tu kiedyś, przed laty jeden, jedyny raz grałem…

— Małpę? — zapytałem z uznaniem, bo wiedziałem, że najlepiej dziadek potrafi grać małpę, która nie umie pływać.
— Głupku! — syknął. — Grałem na organach. To te piszczałki. Zawsze najpierw pomyśl, a dopiero później pytaj.

Pomyślałem: „Tak, słusznie, zachowałem się jakbym miał siedem lat, a nie osiem”. Potem jeszcze raz zwróciłem się do mojego dziadka: — Dziadku, coś tu nie jest w porządku. Jeżeli mówisz, że grałeś tu na tych piszczałkach, to znaczy, że tu już kiedyś byłeś, a zagrałeś takiego, który nie był tu nigdy. Nawet dziecko ośmioletnie jak ja widzi, że to akurat źle zagrałeś, jak niedobry aktor. I jeszcze udajesz, że nie odróżniasz teatru od kościoła?

— To proste — szepnął mi do ucha — sam popatrz, posłuchaj.

I rzeczywiście. Grały przyjemnie piszczałki zwane organami, ludzie śpiewali — jeden głośniej od drugiego, ksiądz w srebrnym stroju coś niezrozumiale recytował w znanym języku, dymy kadzideł spowiły główny ołtarz, w którym powoli podnosił się ciemny obraz, spod którego ukazywać się zaczął obraz złocony z twarzą pięknej pani.

— To cudowna Madonna — szepnął mi do ucha dziadek.
— Wiem — odszepnąłem — bo raz zostałem przez pomyłkę w szkole na lekcji religii i ksiądz o Niej mówił.

Wszyscy ludzie klęczeli z opuszczonymi głowami. Śpiewali nieznaną mi, uroczystą pieśń, organy grały cienko, jakby ktoś przesuwał smyczkiem po pajęczynie. Zachciało mi się płakać z radości. Bez żadnego powodu. Może przez rozkoszne dymy kadzideł pomieszane z cichą, ptasią muzyką i uroczystym szmerem oddychających uroczyście ludzi?

— A widzisz, jaki to piękny teatr?! — szepnął mi do ucha dziadek. — Nawet ty, który nie masz pojęcia o żadnej religii, wzruszyłeś się. A może tylko odgrywasz wzruszonego?
— Nikogo nie odgrywam! — syknąłem ze złością. Chciałem dodać, że to wszystko tak samo wyszło, ale machnąłem ręką, bo on i tak by tego nie zrozumiał. „O! Uśmiecha się z wyraźnym pobłażaniem i ironią”.

Tymczasem złoty obraz Madonny w ołtarzu znów został zakryty z góry ciemnym, innym obrazem. Odświętność się skończyła, choć organy piszczałkowe ciągle brzmiały, dymy kadzideł pachniały, ksiądz krzątał się, wznosząc ręce przy ołtarzu w otoczeniu chłopców w białych płaszczykach. Bardzo chciałem być jednym z nich, ale nie wiedziałem, jak się do tego zabrać.

Po godzinie wszystko ucichło. Siedzieliśmy z dziadkiem dalej w pustym kościele. Nie wiadomo, dlaczego. Może za dużo tu się działo przed chwilą? Nagle z bocznych drzwi przy ołtarzu wychylił się człowiek w brązowym płaszczu z kapturem na plecach. Spojrzał na mojego pięknego dziadka z siwą czupryną, wyglądającego jak stary królewicz, spojrzał na mnie jak na sługę tego starego królewicza i pewno wziął nas za turystów ciekawych wszystkiego, bo powiedział niegłośno, porozumiewawczo:

— Podnieść?

Obaj nie wiedzieliśmy, o co chodzi. On tymczasem zniknął za ołtarzem. Po chwili coś skrzypnęło, zapiszczało. To ciemny obraz w ołtarzu zaczął się powoli podnosić, odsłaniając, ten drugi obraz całkiem złoty z cudowną — jak mówił dziadek — Madonną. Dopiero teraz mogłem się Jej dokładnie, w spokoju przyjrzeć.

W zupełnej ciszy patrzyliśmy obaj z dziadkiem prosto w Jej namalowane na płótnie, czarne, przenikliwe oczy.

Cisza.

Organy milczały, nikt nie śpiewał. Kadzidła nie pachniały.

Nic. Żadnego teatru.

Długo to trwało. Spojrzałem na mojego dziadka. Szybkim ruchem obtarł sobie jedno oko.

— Brawo! — szepnąłem mu do ucha. — Pięknie zagrałeś pobożnego, wzruszonego królewicza. Jesteś jednak świetnym aktorem, kochany dziadku.
— Nieprawda! — syknął — nikogo nie grałem!
— Wytrzymałeś nie zagrać? Ty, aktor?
— Tak, ja! — odrzekł szybko i odwrócił ode mnie twarz. — Twoja babka… — mówił ciągle odwrócony ode mnie… — która pięć lat temu odeszła na zawsze… miała takie same czarne oczy…
— Opuścić? — rozległo się nagle od ołtarza. Po czym skrzypiąc, w ciszy i bez zbędnych słów, ciemny obraz zaczął powoli zakrywać czarne oczy Madonny, a później resztę złotej postaci.

Ogród dziwności
Stanisław Dejczer

(ur. 21 listopada 1929/1931 r. w Grudziądzu – zm. 15 grudnia 2012 r.) – socjolog i prawnik, dziennikarz radiowy, literat, autor wielu słuchowisk radiowych, audycji satyrycznych, sztuk teatralnych, magazynów kulturalnych, felietonów oraz opowiadań i wielu krótkich form scenic...