Okruchy (okruszki!) wspomnień

Karol Wojtyła, biskup sufragan krakowski, zaproszony przez arcybiskupa Bolesława Kominka do nas, młodzieży akademickiej we Wrocławiu.

Z rekolekcji nie pamiętam nic, ale wtedy po raz pierwszy doświadczyłem, że kościelny dostojnik może być młody i może poruszać się i śmiać jak każdy człowiek. Na tle ówczesnych kurialistów wrocławskich — którzy w większości święcenia przyjęli jeszcze we Lwowie, a w każdym razie żyli przeszłością — normalny dostojnik był kimś szczególnie się wyróżniającym.

Potem tylko wieści od osób przeze mnie szanowanych, kształtujących moją „kościelną” wrażliwość, czyli ludzi z KIK–ów czy z „Tygodnika Powszechnego”, którzy opowiadali, jak na owe czasy, niesamowite, a i dziś w wielu miejscach tej ziemi nieznane, historie — o Synodzie Archidiecezji Krakowskiej, o zaangażowaniu ludzi świeckich.

Przez te opowiadania przewijała się niecodzienna osobowość arcybiskupa Wojtyły.

To było jak z powieści fantastycznej.

Aż 16 października Roku Owego wieść przekazana wpierw przez telefon — doprawdy nie pamiętam kto, natomiast wiem, że ja dzwoniłem do dwóch osób. Do Kogoś, Potem Bardzo Ważnego, kto powiedział mi: „Nie wiadomo, czy się modlić, czy się upić”, natomiast Małżonka Pewnego Zawsze Kryształowo Czystego Profesora — gdym jej to powtórzył — powiedziała: „A może jedno i drugie…”.

Potem jeszcze telegram od Kogoś Dziś Ważnego („zgadnij, koteczku, kto to”, mawiał Kisielewski, myśląc o cenzurze): „Radosnym oglądaniem Ducha Świętego Ostpolitik kaput”. Data nadania — w Trzemesznie — taż sama, szesnastego o 18.15.

Plac Zwycięstwa z przyjaciółmi, gdy — kto miał — trzymaliśmy przy uszach radia tranzystorowe, sprawdzając, czy władze dokładnie, bez „ingerencji cenzury” transmitują przemówienie papieskie.

Później dar (nie pamiętam, co to było) składany na Jasnej Górze w imieniu wrocławskiego KIK–u: bałem się, że idąc ku Papieżowi, do góry po schodach, potknę się. Ale gdy uchwyciłem Jego wzrok, wiedziałem, że dojdę.

Spotkanie z Janem Pawłem II w Krakowie przy Franciszkańskiej 3 „Ruchu Znak”, między innymi byli tam — już nieżyjący — Jerzy Turowicz, Tadeusz Żychiewicz, i żyjący Stanisław Stomma, i… obecny polski prowincjał dominikanów, jeszcze wąsaty dwudziestopięciolatek, dosłownie leżący przed wierchuszką, za to u stóp Papieża. Ja się skryłem, bo w pracy nie wiedziano, gdziem pojechał! Dostaliśmy po egzemplarzu pierwszego tomu Ogniem próbowane, drukowanego w Rzymie (Papież przywiózł pewnie tonę tego — tak myśleliśmy) i… ostrzeżenie samego autora, Bohdana Cywińskiego, byśmy dobrze schowali, bo ubecja może nam skonfiskować.

I jeszcze był Nowy Targ, bo i do Krakowa na „znakowskie” spotkanie, i właśnie tam, pod Tatry, jechaliśmy samochodem przyjaciół jeszcze z liceum — Krysi i Karola (szalała Krysia).

To już była inna Polska — radosna, kolorowa. Dotąd, obok polskich flag można było wieszać tylko te, na których „robotnicza krew”, a tu kwitły wszędzie flagi „obcego państwa”, jak władze zwały watykańskie barwy, których wywieszanie dawniej było zabronione.

Potem przyszły większe lub mniejsze kryzysy. Nie wiary, nie kapłaństwa, ale odnośnie do stylu nakazów, zakazów, decyzji, sposobu eksponowania „wartości chrześcijańskich” itd.

Wiele tego było.

Z perspektywy czasu widzę, że bunt, który się we mnie rodził, był… zdrowy!

I mijał….

I. Zawsze w takich momentach przychodził mi na pamięć Papież. Jego sprawowanie Eucharystii to zawsze były rekolekcje: gdziekolwiek odprawiał mszę świętą, zawsze widziałem, że On trzyma w dłoni nie „coś”, ale Kogoś. Powoli, dzięki Janowi Pawłowi rosła i umacniała się moja wiara w możliwość niemożliwego, zwłaszcza w piękno liturgii, gdy symbioza „starego” z „nowym” podczas celebracji uzmysławia, że lud Boży — Kościół — jest drogą człowieka, że ta droga wiedzie do Pana.

Wspaniała liturgia sprawowana przez lata dzięki krakowskim braciom klerykom tuż pod bokiem ul. Franciszkańskiej, gdzie kiedyś duszpasterzował Karol Wojtyła, dodawała mi mocy, zwłaszcza gdy widziałem, jak w wielu krajach Europy sami kapłani nie rozumieją piękna celebracji, zwłaszcza Eucharystii.

II. Po Eucharystii wielkim znakiem obecności Jana Pawła II w moim życiu była świadomość, że On niczego, co jest zagrożone, nie zostawia na pastwę zła. Że kto jak kto, ale On się odezwie!

Przykładów jest wiele, ale szczególnie wymowna jest reakcja Papieża na wieść, że zgwałcone przez serbskich żołnierzy bośniackie muzułmanki noszą się z zamiarem usunięcia rodzącego się życia. Jan Paweł błagał je, by tego nie czyniły.

Najwyższy Pasterz Kościoła katolickiego zwracał się do wyznawczyń islamu!

W imię życia, w imię człowieka. Każdego człowieka, a najbardziej tego małego, bezbronnego.

III. Jest jeszcze jedna kwestia: antysemityzm. Sam miałem z tym problem, choć nie dotyczył on niechęci do Żydów, lecz nadmiernego zauważania ich w życiu politycznym czy społecznym — nie tyle w historii, ile w bieżących faktach PRL. Nie mogę ukryć, że uczulali mnie, i nie tylko mnie, skądinąd uczciwi księża, na zasadzie, że „X” czy „Y” jest porządny, „ale” lub „choć” Żyd.

Pod wpływem jawnej głupoty 1968 roku w Polsce i znajomości, a nawet przyjaźni z Żydami (część z moich znajomych opuściła Polskę), a potem dzięki spotkaniu ks. Michała Czajkowskiego i Władysława Bartoszewskiego (lata siedemdziesiąte!) nauczyłem się, że „ale” i „choć” to bezsens…

Jan Paweł II antysemityzm nazwał ciężkim grzechem.

Dzięki słowom Papieża i Jego działalności — modlitwa pod Murem Płaczu była jej szczytem (wraz ze wspomnieniem w testamencie rabina Rzymu!) — noszę w sobie wdzięczność Opatrzności, że i te kwestie oczyścił On, który szczycił się przyjaźnią z Żydami.

Jestem przekonany, że Jan Paweł — Namiestnik, stojąc przed Miłosiernym swym Panem, może za Nim powtórzyć: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże pragnę, żeby już zapłonął!”.

Wieść o Jego odejściu do Domu Ojca stała się wielkim podmuchem, który wzniecił wysoko płomienie.

Bardzo wysoko — rozświetlając mroki ludzkich sumień, Kościoła, społeczeństw. Ciemności świata.

Niech ten ogień świeci i ogrzewa — jako owoc życia Jana Pawła Wielkiego.

Okruchy (okruszki!) wspomnień
Józef Puciłowski OP

urodzony 27 listopada 1939 r. w Paks, Węgry – dominikanin, dr historii, duszpasterz, kaznodzieja, historyk Kościoła, opozycjonista w czasach PRL, publicysta. Do zakonu wstąpił w 1981 roku. W latach 1996-2004 pełnił funkcję...