Orianie Fallaci in memoriam

Orianie Fallaci in memoriam

Gran Torino, wyst. Clint Eastwood, Christopher Carley, Bee Vang, reż. Clint Eastwood, Australia/USA 2008

Pisali o niej, że ma „majestatyczną i poruszającą struny duszy narrację”, ale też, że „ma trudności z usłyszeniem innego głosu niż swój własny i tworzy w swych dziełach przede wszystkim pomnik własnego egocentryzmu”. Włoski temperament. Kto spotkał, wie. Sądy ostre i jednoznaczne, gwałtowne i drapieżne. Takie jak ten: „Jestem bardzo, bardzo, bardzo wściekła. Wściekła wściekłością zimną, przejrzystą, racjonalną, która eliminuje wszelki dystans, wszelką wyrozumiałość”. Tak pisała we Wściekłości i dumie, płomiennym manifeście, opisując swoją reakcję na to, co obserwowała pewnego wrześniowego poranka z okna domu po drugiej stronie Manhattanu. Jej gniew i porywczość mniej dziwią, gdy wmyśli się w burzliwe dziedzictwo miasta, z którego pochodziła. Weźmy chociażby taką inskrypcję wyrytą na florenckim Ponte Vecchio o „pokoju, co zniknął na wieki”. Słowa wzięte z Dantego, odnoszą się do opowieści o tym, jak to szlachcic wysokiego rodu Buondelmonte z Buondelmontich uciekł sprzed ołtarza, zostawiając pannę z rodu Amideich dla, jak pisze Machiavelli w swojej kronice miasta, „bogatszej i piękniejszej Madonny Donati”. Vendetta za potwarz i niesławę była okrutna i krwawa. Kiedy wzmiankowany nieszczęśnik przejeżdżał przez most w poranek wielkanocny, został rozsiekany na kawałki przez zjednoczone siły zniesławionej rodziny. Oczywiście nie trzeba szukać aż tak daleko, bo opisy scen okrucieństwa i zemsty mają swoje pokaźne akta także po tej stronie Alp. Przypomnijmy sobie pana Nowowiejskiego i wachmistrza Luśnię. Pamiętam, że w dzieciństwie bardzo to przeżywałem. Miotałem się między pragnieniem dochodzenia sprawiedliwości i wyrównania krzywd za zniewagi wobec Zosi Boskiej i Ewki Nowowiejskiej, a zdumieniem nad tym, jak wyrafinowane było okrucieństwo cierpień zadanych synowi Tuhajbeja. Można tak, ale można inaczej. Francuski mer odmówił złożenia hołdu ofiarom Dwóch Wież, bo jak się wyraził: „Kto sieje Hiroszimę, zbiera Nowy Jork”. Stwierdzenie imponujące odwagą, bardzo rewolucyjne, ale mimo wszystko mało prawdziwe i spłaszczające rzeczywistość. Zatem, co lepsze: dumna obojętność czy zemsta? A może w tej dychotomii jest trzecia zmienna? I o tym jest ten film.

Bohater Walt Kowalsky, wzbudzający sympatię swojsko brzmiącym nazwiskiem, jest charakterem czerstwym – nie przepada za ludźmi, nie szuka ich towarzystwa. Prowadzi życie oparte na bardzo tradycyjnych wartościach – rodzina, honor, uczciwość, poczucie sprawiedliwości. Niespieszny, choć pełen wigoru żywot. I jak w „dzianiu się” tego typu, to, co wysokie (Walt jest weteranem wojennym czasów Korei), miesza się z tym, co niskie (bo nie przepada za ludźmi o innym kolorze skóry niż biały), to, co poważne, jak głęboki patriotyzm bohatera, przenika się z tym, co śmieszne, jak rytualne pogawędki o życiu w pobliskim zakładzie fryzjerskim, z nomen omen Włochem, z którym po przyjacielsku rozmawiają jak mężczyzna z mężczyzną, obrzucając się pikantnymi epitetami. To wszystko tworzy ów mikroklimat, znowu nie tak odległy od naszych życiowych wzorców, a każdy z tych mało istotnych elementów buduje przestrzeń, w której może zaistnieć dar tak wielki, jak oddanie życia za swoich przyjaciół. A to życie dane, choć chropowate i może nie w każdym punkcie godne odwzorowania, jest jakoś piękne i potrafi nas wciągnąć. Ten portret Polaka, niezwykle uwznioślony, co jak na amerykańskie kino jest ewenementem, pobudza zwykłą wiarę, że jeden człowiek potrafi dużo, a życiowe pretensje mogą zostać przemienione w dziękczynienie.

Wracam do przywołanej na początku Fallaci; zarzucano jej nawoływanie do wojny i odwetu, ale chyba nie tu tkwił nerw wywodu. Jej furia brała się z obserwacji zakłamanego świata, jego – nazwijmy to – bezpiecznego snu i wynikającego z egoizmu naruszania fundamentów hierarchii wartości przez tych, którzy przyznają sobie prawo do bycia strażnikami pokoju. Zdaje się, że dumnej Włoszce nie chodziło w pierwszej kolejności o walkę z islamem, ale o obudzenie tych, którzy rozprawiają o wielkości zachodniej kultury, a skrzętnie unikają zwyczajnej mądrości, zaciemnieją jasne sądy i wybierają intelektualne komedie kosztem pokornego poszukiwania prawdy i odwagi jej głoszenia. Rzeczywistość nie znosi pustki. Zaraz zapełnia ją zło i przeciętność. Jeżeli razi nas postępowanie Kowalsky’ego w stosunku do synów i wnucząt, to zestawmy je z przesłaniem Oriany, dzięki czemu bardziej będziemy mogli czuć bliskość i zrozumienie tego świata, który ma problemy z akceptacją zachowań à la Doda i jej telewizyjne mutacje. Przyznajmy uczciwie, że w zżymaniu się Oriany jest dużo zwykłej życiowej mądrości i rodzicielskiej miłości, która próbuje tępić wciskającą się w życie kaszę znijaczenia. A to już jak z historii braci Basistów, o których poetycko opowiada Sól ziemi czarnej. Tu i tam wzniosłość miesza się z komizmem. Wymowne. Po powstańczej śmierci trzech z nich, starsi bracia wymierzają karę młodszemu za to, że zniknął im z oczu, wskutek czego sądzili, że zginął. I Franek, i Euzebin wypinają Gabrielowi tyłek, a Bernard zwyczajem ojca leje go w dupę gołymi rękami, wrzeszcząc nad jego tyłkiem „Kaś ty lotoł, huncwocie? Przyznaj się giździe pieroński!…”. Takie były czasy.

Powiem nieco na wyrost: Gran Torino to dobra historia na post. Nie przez nadętą moralinę, która zalałby nam oczy i uszy. To historia o nawróceniu i dojrzewaniu. Nawróceniu ze swoich uprzedzeń, utartych schematów, przyzwyczajeń i zachowań pieczołowicie hodowanych od lat. Ale i dojrzewaniu. Dla jednych do dorosłości, jak w wypadku małego Thao z sąsiedztwa, dla innych do duchowego ojcostwa, jak w wypadku nieopierzonego proboszcza parafii (o którym Walt mawia z przekąsem, że lubi trzymać za rękę wszystkie przesądne panie, obiecując im życie wieczne), nade wszystko jednak do przyjaźni i daru z siebie. Ten mały świat, ulicy i kilku domów, garażu z pielęgnowaną ikoną Forda Gran Torino, ogródka i popołudniowych grilli, to w końcu zwykła przestrzeń, w której „dzieje się” i „staje się” osoba ludzka, w której przezwycięża swoje małości i rośnie w sobie, mocno, zakorzeniając w swojej duszy odwagę gotową przeciwstawić się nienawiści i strachowi, które są źródłem wojny i terroryzmu, chociażby tego na poziomie lokalnym. Dramatyzm sytuacji, który stanie się osią finału, przypomina o tym, że ktoś kiedyś musi przekroczyć zaklęte koło przemocy i zemsty, ktoś musi pierwszy powiedzieć „dość”, jak pisał Tischner (Wobec wartości). Takie życie, gotowe do takiej decyzji scala się w nas powoli, dodajmy nie swoją siłą, dając nam nowy, inny początek. Może stajemy się gotowi do przyjęcia go dopiero wtedy, gdy będziemy mieli odwagę podpisać się pod testamentalnym wyznaniem Christiana de Chergé: „żyłem dostatecznie długo, aby wiedzieć, że mam swój udział w złu, które bijąc na oślep, może mnie także uderzyć”. Fakt. Christian to postać wielkiego formatu, z wyższej półki, możemy się asekurować i mówić, że to nie dla nas, zwłaszcza w sytuacjach przypominających tę z filmu, kiedy ktoś zrobił nam moralną krzywdę, której skutki trwają, powodują ból, może nawet kalectwo do końca życia. Jak sprawić, żeby nie bolało? Siostra Małgorzata Borkowska pisze, że to właśnie „w takich sytuacjach możemy mówić modlitwę Pańską z całym zrozumieniem jej treści, z naciskiem na »odpuść nam jako i my odpuszczamy« (…), ale jeżeli moim celem jest dać winowajcy nauczkę albo okazywać, że jestem ponad i niech winowajca zostanie ze swoją winą, to wtedy lepiej tę prośbę w Modlitwie Pańskiej opuszczać. Inaczej nie wiemy, o co prosimy”. Tu nie chodzi o to, by się dać maltretować, bo pamiętamy, że Chrystus uderzony przed Annaszem wcale nie nadstawił drugiego policzka, ale zapytał: „Dlaczego Mnie bijesz?”. Chodzi o siłę wewnętrzną, o moc moralną, która jest znacznie większą potęgą aniżeli przemoc. Ten, kto bije, okazuje swą małość; ten, kto nie odpowiada tym samym, zachowuje się z godnością i odnosi nad nim zwycięstwo duchowe (ks. Edward Staniek).

Gdy się ogląda ten film, rodzi się myśl, że podobne do przedstawianych w nim portrety są nam potrzebne. Oczywiście jest w nich pewien zgrabny reżyserski chwyt, bo wpatrujemy się w twarz osiemdziesięcioletniego Eastwooda, a ona mówi wszystko. Nie potrzebuje słów, w jej grymasach jest wyryta cała suma doświadczeń życiowych, dodajmy w każdym odcieniu: wysokich postanowień, wyborów fundamentalnych, heroizmu i – jak się dowiemy – dawnej podłości, codzienności naszej znajomej, chwil, które przeciekają przez palce, gdy pijemy piwo na werandzie domu, sarkazmu i może nade wszystko codziennego dobra. Być może w tej perspektywie istnienia łatwiej nam będzie przyjmować wezwanie do ogołocenia, oferowania nowej przestrzeni życiowej dla przyjaciół i nieprzyjaciół. Wracają echem słowa po wielokroć powtarzane, Patriarchy Atenagorasa, że „trzeba umieć się rozbroić”. Dodajmy, że to „umieć” odnosi się do czegoś, czego nie można się mechanicznie nauczyć, co trąci sztuką, ale i walką. I dalej czytamy tak – „przeprowadziłem taką wojnę. Trwała ona całymi latami. Była straszna. Ale teraz jestem rozbrojony. Nie boję się niczego, ponieważ »miłość usuwa lęk«. (…) On sam (Jezus Chrystus) wymazuje złą przeszłość i zwraca nam nowy czas, gdzie wszystko jest możliwe”.

Zamiast podsumowania zaskakujące post scriptum, które niedawno odkryłem. Jak się okazuje, Oriana Fallaci miała polskiego przodka. Ujawnił to tłumacz i popularyzator literatury polskiej we Włoszech – Francesco Cataluccio. Ów przodek miał zginąć, walcząc z zaborcami. W połowie XIX wieku jej prababka zaszła w ciążę z polskim arystokratą, który przebywał we Włoszech w związku ze swą aktywnością w ruchu niepodległościowym. Gdy w Polsce, według jej słów, wybuchło kolejne powstanie, ów Polak wrócił do ojczyzny, by wziąć w nim udział. Przed wyjazdem obiecał ukochanej, że wróci i się z nią ożeni. Został jednak schwytany i powieszony na rynku w Krakowie za swą działalność. Wskazując na autoportret Stanisława Wyspiańskiego z lat młodości, Oriana miała wykrzyknąć: „To on, krew się we mnie burzy!”, co pewnie miało znaczyć tyle, że odnajduje w nim podobieństwo do osób ze swej rodziny. Ciesz się, późny wnuku?

Orianie Fallaci in memoriam
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...