Od kiedy w szkole podstawowej Maria Freyowa, nauczycielka polskiego, opowiadała ze szczegółami sceny, jakie zapamiętała z wojny polsko-bolszewickiej, nie powinienem się dziwić żywej, a jednocześnie archaicznej pamięci. Do dziś jestem wdzięczny surowej pani Marii, że na lekcjach i potem, w niedzisiejszym mieszkaniu przy Wiejskiej, mówiła o grupie bolszewików, którzy wpadli do piwnicy domu, o procesjach mariawitów w jej rodzinnym Płocku, o współpracy z prezydentem Starzyńskim. I za to, że prowadziła nas co roku 3 maja (były to lata sześćdziesiąte i początek siedemdziesiątych) do Świątyni Opatrzności w Ogrodzie Botanicznym, której starodawny zarys wśród kwiatów do dziś jest dla mnie tą prawdziwą świątynią, choćby przez to, że kruchą jak człowiek. Osób pamiętających czasy, które uważałem za niepamiętne, spotkałem sporo. Wujków, którzy z moją roczną mamą byli na pogrzebie marszałka Piłsudskiego… A przecież zdziwiłem się, kiedy Michael Gieleta, przyjaciel, londyński reżyser teatralny, spojrzał w Muzeum Literatury na zdjęcia Rity Sacchetto,
Zostało Ci jeszcze 81% artykułu