Owoc pomarańczy

Owoc pomarańczy

W dzień Bożego Narodzenia, już po południu, kiedy minęło okrutne zmęczenie adwentu i wielogodzinnej adwentowej spowiedzi, przyszedłem do sali rekreacyjnej. Na obiedzie ani na rekreacji nie byłem, bo nie miałem siły. Znienacka pojawił się brat Krzysztof, który przyszedł posprzątać. Na stole leżały jeszcze kawałki ciasta i resztki owoców. Pośród nich znalazł pomarańczę i mi podał. To najzwyklejsze podanie owocu przez współbrata wyzwoliło we mnie wspomnienia z dzieciństwa…

Wszyscy byliśmy jeszcze wtedy w domu, a ojciec jako głowa rodziny zawiadywał głównymi i drobnymi ruchami naszej familii. Zawczasu myślał o choince, ambitnej jodle aż do sufitu. Zawczasu zdobywał rzeczy nie do zdobycia, takie jak czekoladowe cukierki, włosy anielskie czy choinkowe lampki. Około Barbórki, świętowanej na Śląsku szczególnie uroczyście, w przemówieniu któregoś z przywódców partyjnych pojawiła się wiadomość, że od przyjaciół z Kuby wyruszył w drogę statek wiozący na polskie stoły pomarańcze, cytryny i figi i że przypłynie on do nas przed świętami, a w porcie zdążą rozładować owoce i rozwieźć je po kraju. Tymczasem w domu pachniało sprzątaniem, choinką, wypiekami mamy, a szczególnie piernikami, których zapach zapowiadał święta. Przybicie do portu w Gdyni statku z pomarańczami z Kuby było wydarzeniem. Wszyscy czekaliśmy na te pomarańcze. Jak wyglądają, jak smakują? Nikt z nas ani nie widział pomarańczy, ani ich nie kosztował. Kiedy pojawiły się w sklepie, ojciec ze specjalnej puli, czyli z przegródki portfela wysupłał pieniądze i mama poszła po nie, a my czekaliśmy w domu, jak na coś nadzwyczajnego. Pamiętam, że pomarańcze kosztowały wtedy 40 złotych, cytryny 30 złotych. Ażeby je zdobyć, trzeba było długo stać w kolejce, a każdy mógł kupić tylko kilogram. Kiedy mama wróciła do domu, w mieszkaniu pojawił się nowy, nieznany dotąd zapach. Pomarańcze braliśmy do ręki, wąchaliśmy, ale nikt nie odważył się ich jeść, bo nie mieliśmy takiego pozwolenia ani też nie wiedzieliśmy, jak się do tego zabrać. Dopiero ojciec, wróciwszy z pracy, wydał dyspozycję, że dostaniemy je w same święta. Czekaliśmy na to, jak na zbawienie. Już sam nie wiem, czy bardziej na święta, czy na pomarańcze.

Pomarańcze nie były przeznaczone na Wigilię, ze względu na post, więc czekać musieliśmy jeszcze jeden cały dzień. Ale cóż to było za czekanie. Jeszcze w Wigilię szliśmy po ciemku z lampionami na roraty. Pamiętam ubieranie się w wychłodzonym mieszkaniu. Potem po powrocie mama rozpalała w piecu i jedliśmy śniadanie. Za oknem padał śnieg. A ja w zarzuconym na siebie kożuchu czytałem Trylogię Sienkiewicza. Od czasu do czasu wpadałem do kuchni po kromkę chleba z masłem i kiszonym ogórkiem lub kapustą, dopiero co przyniesioną przez mamę z piwnicy. Jej zapach, jej smak. Nigdy już takich nie spotkałem. Gorąca herbata z miodem stawała się czymś, czego dzisiaj też nie potrafię opisać. Mieszkaliśmy w małym miasteczku Prudniku, na Śląsku, a ja wędrowałem śladami bohaterów Sienkiewicza po stepach i przestrzeniach dawnej Rzeczypospolitej i marzyłem, czekając na pomarańcze.

W same święta Bożego Narodzenia, kiedy wróciliśmy z kościoła, już po obiedzie ojciec zwołał nas wszystkich, kazał sobie podać leżące na najwyższej półce pomarańcze, poprosił o swój dobrze naostrzony scyzoryk i zabrał się do ich obierania. Była to czynność na poły święta. Nikt z nas nie potrafiłby tego zrobić. Nawet mama, która ich nigdy wcześniej nie widziała ani nie jadła. Ojciec znał pomarańcze jeszcze sprzed wojny i potrafił je obrać. Każdy etap tej czynności śledziliśmy z otwartymi buziami. Najpierw ponacinał owoc z wyczuciem. Potem odrywał skórkę, która stworzyła piękny kwiat, wreszcie dzielił owoce między wszystkich, oczywiście nam dzieciom przydzielając z nadwyżką. Skórkę pozostawiał mamie, udzielając wskazówek, jak ją ususzyć lub przesypać cukrem, aby była zapachem i smakiem do ciasta. To czekanie na pomarańcze, a później ich rodzinne zjadanie wydawało mi się czynnością nieziemską, podniosłą, sakramentalną. Pomarańcze były z daleka i przyniosły nam podniosłość. Zmieniły naszą szarą peerelowską codzienność w najprawdziwsze święto.

Dzisiaj, kiedy brat Krzysztof podał mi pomarańczę, wrócił świat dzieciństwa, szczególnie że nie byłem na rekreacji, a ta pomarańcza była ostatnia. Wziąłem ją do ręki i zaniosłem do celi. Tam ukradkiem, jak kiedyś ojciec, scyzorykiem ponacinałem w gwiazdkę owoc i dzieliłem na kawałki. Spożywając je, przeniosłem się w świat odległy, szary, peerelowski, ale przecież serdeczny, pełen ciepła i wzajemnej miłości. Wróciłem do domu. Trwam w nim i napawam się szczęściem. Krążę po jego szczegółach. Widzę gliniane garnki z miodem, sterty ramek pszczelich czekających na przetopienie. Nasz dom pełen najrozmaitszych zapachów wrócił do mnie. Wystarczyła jedna mała pomarańcza i całkowicie zmienił się świat wokoło. Przypominam sobie szczegóły naszego życia w Prudniku.

Z żalem uświadamiam sobie, że domu już nie ma, rodzice nie żyją, a bracia rozpierzchli się po świecie. Nie wiem, jak długo trwała ta chwila, ale wyrwał mnie z niej telefon, że Waldek z Magdą przyszli pokazać mi swoje dwumiesięczne dziecko. Teraz oni, jak i wielu innych są moją rodziną. Schodząc do nich po schodach, wracałem z nieba na ziemię.

Owoc pomarańczy
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...