Pan Bóg, geniusze i kontuzje

Pan Bóg, geniusze i kontuzje

Dlaczego piłkarze, wbiegając na boisko, dotykają ręką murawy i czynią znak krzyża? Chyba nie proszą Boga o to, aby tego dnia kibicował ich drużynie. Boga nie interesuje wynik, ale poziom gry, a raczej radość gry. I właściwie wszyscy piłkarze w wywiadach wyznają to samo: ten znak ma wyrażać jedno: „Boże, chroń moje kości”.

Bóg , niestety, w różny sposób wysłuchuje ich modlitw. Daje im wielki talent, a potem, dopuszczając kontuzje, jakby go zawiesza. „Panie, zachowaj mnie w zdrowiu, a po strzeleniu bramki będę Cię wychwalał jak Ronaldhino, będę na oczach tysięcy, milionów, miliardów widzów sławił Cię znakiem krzyża”. Bóg kiwa głową. „Nie synu, Ja nie chcę, twoich goli, majstersztyków i geniuszu — Ja chcę ciebie”.

„Dlaczego?” — ile razy to pytanie pojawiało się na twarzy wykrzywionej w grymasie bólu. Dlaczego teraz? To pytanie dziś stawiają sobie Anglicy, gdy ich największa gwiazda Wayne Rooney na parę tygodni przez mundialem doznał skomplikowanego złamania kości śródstopia. Szkoleniowcy nie chcą uwierzyć w nieszczęście i postanawiają zabrać go do Niemiec nawet ze złamaną nogą. Liczą na cud. Że wyzdrowieje choćby na finał.

Ile razy my przeżywaliśmy kontuzje naszych bohaterów?

* * *

Ze Stanisławem Terleckim, byłym reprezentantem Polski, piłkarzem ŁKS–u, Legii, Polonii Warszawa i amerykańskiego Cosmosu spotykamy się 29 kwietnia. Za parę godzin ma do nas dołączyć jeszcze Marek Citko, który był uznany za największe objawienie polskiej piłki lat 90. Dwa niepospolite talenty piłkarskie. Dwaj wybrańcy Boży. Kiedy w pewnym momencie swej kariery zaczęli mówić nie tylko o piłce, ale i o Bogu, wielu uznało ich za nawiedzonych.

— Wiesz, że dzisiaj jest moja rocznica — śmieje się Staszek. — Symboliczna data.

Siadamy w pustej o tej porze kafejce mieszczącej się obok stadionu Polonii Warszawa. Ten klub łączy moich rozmówców. Stanisław Terlecki wprowadzał go przed kilkunastu laty do pierwszej ligi wraz ze swoim synem Maciejem. Absolutny ewenement w polskiej lidze. On miał wówczas lat 38, syn — 15. Marek Citko gra właśnie w Polonii spadającej do drugiej ligi. Przeszedł do niej przed paroma tygodniami, kiedy już wszyscy właściwie wróżyli jej ten los. Włączam magnetofon.

— O czym dziś marzą wszyscy piłkarze na świecie? — zaczyna Terlecki. — Pytanie retoryczne. Aby zagrać na mistrzostwach świata. W moich czasach nie było o to tak łatwo, jak teraz. Nie grały 32 zespoły, ale 16. Miałem to szczęście, że grałem w epoce, kiedy polska piłka była autentyczną potęgą. 25 kwietnia 1978 roku zostaje ogłoszony ostateczny skład kadry, która wyjedzie do Argentyny na mistrzostwa świata, a właściwie po mistrzostwo świata, bo apetyty i chyba możliwości mieliśmy na złoto. Grą w eliminacjach i w towarzyskim meczu z Irlandią wygranym przez nas 3:0 przekonałem Jacka Gmocha o mojej formie. A miałem konkurencję na swojej pozycji niesamowitą. Do lewego skrzydła, które zwolniło się po odejściu Roberta Gadochy, była cała kolejka wyśmienitych napastników: Smolarek, Okoński, Sybis, Chojnacki, Puszkarz. Wygrałem rywalizację.

I oto dwudziestego dziewiątego wychodzę na boisko, by zagrać ostatni ligowy mecz, w którym nie powinienem wystąpić. Gramy ze spadkowiczem, z Polonią Bytom. Dla mojego ŁKS–u to był mecz o pietruszkę. Większość zawodników w mojej sytuacji by zrezygnowała. Ale czego się nie robi dla publiczności, dla tak zwanej „galery”, która przychodzi dla Staszka Terleckiego. A w dodatku, jak tu się oprzeć pokusie zagrania w takich kapciach — „World Cup” — pierwszy model na świecie z kangurzej skóry. But był uszyty na miarę przez Adidasa dla reprezentantów Polski. Trzeba wiedzieć, że normalne buty „rozbijało się” miesiąc. Tych po włożeniu w ogóle się nie czuło. No więc ja w tych butach samograjach wyszedłem na mecz, aby się pożegnać z publiką i dać kilka próbek, z których zrobił się cały pokaz. Nogi mnie niosą, jestem w niesamowitym gazie.

Pierwsza połowa minęła. Żegnają mnie brawami. Między mną a publicznością była nie tylko nić sympatii, ale powiedziałbym, obopólna miłość. Oni mówili, że przychodzą na mecz, by oglądać właśnie mnie. Tak jak się przychodzi do teatru dla aktora…

Pod koniec meczu zatraciłem się w dryblingach, „nawijam” piątego, szóstego… siódmy mi nie popuścił, wszedł mi nożycami z tyłu. Najgorszy typ wślizgu, jaki może być. Trafia mnie w kolano i w ułamku sekundy już wiem, że to koniec. To tak jak człowiek wie, że umiera. W tej sekundzie wiedziałem, że nie jadę na mistrzostwa. Nagle ogarniają mnie ciemności. Nie słyszę, co do mnie mówią. Zawodnik, który mnie sfaulował, poklepuje mnie. Wylądowałem w szpitalu na Lindleya. Leżę w jednej sali z trzema mężczyznami, którzy mają amputowane nogi. Jestem w szoku. Przez trzy dni nie wypowiadam słowa. To była typowa forma rozpaczy. Siostra Faustyna pisze, że „cierpienie jest wielką łaską, w cierpieniu dusza upodabnia się do Zbawiciela, w cierpieniu krystalizuje się miłość. Im większe cierpienie, tym miłość staje się czystsza”.

— No dobra, Stasiu, ale Ty wtedy nie wiedziałeś, kto to św. Faustyna, niewielu w Polsce o niej słyszało. Co było dla Ciebie światłem w tunelu?

— Byłem wychowany w wierze, ale w tej wschodniej wierze, która nie uznaje kompromisu. Wiara to wiara, a nie rozumowanie.

Pan Bóg nieraz daje cierpienie, żeby wzmocnić wiarę. Myślę, że coś takiego przeżyłem. W życiu nie ma przypadków, do czegoś mnie to prowadziło. Możesz mieć wielki talent i nie dziękować za to. Kiedyś czytałem pamiętniki Artura Rubinsteina. Niesamowite. Opisał w wieku 90 lat to, co przeżywał jako dwulatek. Mam to samo, co on, pamiętam, co się działo, kiedy miałem dwa lata. Mimo że nie umiałem mówić. Ale umiałem patrzeć. Rubinstein miał ogromny talent. Mimo tego talentu targnął się na swe życie. Chciał się powiesić w hotelu w Berlinie na lampie, ale urwała się pod jego ciężarem. I nagle otworzyły mu się oczy i zapisał: „Kocham życie, bez względu, czy jestem chory czy jestem zdrowy, czy jestem bogaty czy biedny, czy jestem sam czy z rodziną, kocham życie — bezwarunkowo, bezwarunkowo”… Mój ojciec pewne rzeczy kwitował powiedzeniem: „I w sto koni nie dogoni”. Odwracał się na pięcie i szedł. Tak jak siostra Faustyna mawiała: „Każda godzina jest zapieczętowana i już nie wróci”.

Są pewne sytuacje w życiu, kiedy nie można rozumować, bo człowiek zwariuje. Wtedy tylko wiara pomaga.

* * *

— Już wcześniej doświadczyłem w życiu wielu cudownych rzeczy. Całe moje życie jest cudem. Bo cudem mnie odratowano po urodzeniu. Rodziłem się w najlepszym szpitalu na Madalińskiego, niedaleko miejsca, gdzie mieszka dziś Kazimierz Górski. Urodziłem się o godzinie szóstej, bardzo nieszczęśliwej godzinie. W niedzielę. To, że w niedzielę, to akurat dobrze, bo mówią, że w czepku urodzony, ale w czepku się ciężej przychodzi na świat. Zostawiono noworodka przez pół godziny nieokrytego. Bo była właśnie zmiana personelu i o mnie zapomniano. I zaczął się koszmar. Dwa lata walki o utrzymanie mnie przy życiu. Do piątego roku życia nie wypowiedziałem słowa. Dopadały mnie wszystkie infekcje. Czyli walkę w sobie mam od urodzenia, zakodowaną nie tylko po lwowskich przodkach.

Ojciec był niesamowitym człowiekiem. Wykładał chemię. Na politechnice i w technikum. Zasuwał na dwa etaty, bo postanowił, że wybuduje taki dom jak we Lwowie. Wtedy to było karkołomne przedsięwzięcie. W lecie 1976 roku przyjechałem po meczu z żoną do domu. I nagle ojca dopada atak serca. Nic nie mówi, ale robi się na twarzy najpierw czerwony, potem siny. Brakuje mu oddechu, puls zaczyna zanikać. Nie mieliśmy w domu telefonu. Biegnę ulicą i modlę się do Maryi. Nagle widzę trabanta należącego do lekarza, który leczył mojego ojca. Wpadam do jego domu. „Proszę nie przeszkadzać mężowi” — żona protestuje. „Ojciec umiera”. Lekarz zostawia wszystko i jedzie. Przyjeżdża i nie stwierdza zawału, tylko niewydolność. Ale miał ze sobą całkowitym przypadkiem — chyba jeden na milion — elektrokardiograf. Okazuje się, że to jednak zawał, dzwoni po karetkę. Ojca uratowali. I pamiętam, że wówczas całkowicie zawierzyłem się Maryi.

Tak więc w 1978 roku, kiedy przytrafiła mi się ta kontuzja, byłem już człowiekiem o pogłębionej wierze.

— Staszku, Ty chyba byłeś ewenementem wśród reprezentantów. Studiowałeś historię dziennym trybem… To był niemały wyczyn.

— Oprócz mnie wtedy studiowali także Bogdan Masztaler, Maculewicz, Chojnacki. Ale studia nie decydowały o czyjejś pozycji w kadrze… Królewską grą nazywamy szachy, gra dla inteligentnych, wykształconych. A z piłką jest tak, jak to Chrystus powiedział: Błogosławię Cię, Panie, że zakryłeś to przed mądrymi, a objawiłeś maluczkim. Piłka nożna jest grą od Jezusa dla prostych ludzi. Dlatego każdy Brazylijczyk ma na koszulce serce i napis I love Jesus

— W Twoich czasach nie było mile widziane publiczne przyznawanie się do wiary?

— Większość piłkarzy była wierząca.

— Niektórzy piłkarze twierdzą, że nie chodzą do kościoła, bo w niedzielę grają mecze.

— Bzdury, jeśli ktoś nie chce pójść do kościoła, jeśli ktoś nie chce przeżyć misterium męki i zmartwychwstania, to sam sobie czyni krzywdę, to tak jakby dziecko w mróz nie założyło czapki. Ludzie nie wiedzą, co tracą. Oczywiście, bywało, że kościół był za daleko i nie można było dojechać. Ale wtedy zawsze czułem się niespełniony.

Kiedyś zapytano mnie w wywiadzie o najważniejszą dla mnie sprawę i wtedy odpowiedziałem: piłka, choć tak naprawdę chciałem powiedzieć: Biblia. I było mi potem strasznie wstyd z tego powodu. Ale to były takie czasy, kiedy sprawy duchowe traktowano jako coś intymnego. W gruncie rzeczy jestem eremitą. Lubię samotność, lubię chodzić swoimi ścieżkami. Lubię się w izdebce zamknąć. Ze swoim Ojcem. A wiesz, skąd się to wzięło? Kiedy miałem 5 lat, umarł ojciec mojej mamy. Mama była jego ukochaną córunią. Pamiętam, że kiedy widziałem jej smutek, popadłem w odrętwienie, w strach, że mogę utracić ojca i matkę. Godzinami o tym myślałem. I jako pięciolatek poszedłem z ojcem do kościoła i słyszę, jakby Jezus mówił do mnie ustami sędziwego kapłana: „Pamiętajcie, nawet jeśli wasi najbliżsi odejdą, nie zostajecie sami. Bo waszym ojcem jest Bóg, a matką Maryja”. I wtedy zacząłem normalnie żyć.

Ilu papieży wart jest Boniek

Przeznaczeniem Terleckiego było nie zagrać na mistrzostwach świata. Choć jego kariera przypadła na okres, kiedy Polacy zawsze znajdowali się na mundialu i podobno nie było w Polsce piłkarza z takim talentem dryblerskim. W 1978 roku wyeliminowała go kontuzja. W 1982 roku nie pojechał ze względów politycznych. Stało się tak w 1981 roku, bo wyjechał do Stanów i jako emigrant, zwolennik Solidarności i prezydenta Reagana miał drogę zamkniętą.

Zaczęło się od słynnej afery na Okęciu, czyli akcji tzw. Bandy Czworga. W przeddzień wyjazdu na zgrupowanie kadry do Włoch reprezentacyjny bramkarz Józef Młynarczyk nadużył nieco alkoholu i trener za namową działaczy postanowił go zostawić w kraju. Wstawili się za nim trzej koledzy: Stanisław Terlecki, Zbigniew Boniek i Władysław Żmuda. Mieli swoje racje. Oczywiście, postępek Młynarczyka nie był chwalebny, ale po pierwsze, piłkarze uważali, że akurat niektórzy działacze występujący w obronie abstynencji sami nie wylewali za kołnierz, a po drugie, Józef Młynarczyk sięgnął po alkohol pod wpływem stresu wywołanego śmiercią ojca. Trójka jego najbardziej krewkich kolegów doprowadziła wbrew woli kierownictwa reprezentacji do wywiezienia „Młynarza” z Polski. Wkrótce i tak odłączono ich od reprezentacji i musieli wrócić do kraju, a po kilkunastu dniach ukarano ich rocznymi dyskwalifikacjami. Ale krótki pobyt w Rzymie zaowocował niezwykle ważnym spotkaniem…

* * *

— W 1978 roku miałeś jechać na mundial do Argentyny. Polacy mieli wrócić ze złotem. Nic z tego nie wyszło. Ale był to rok dla Polaków może najszczęśliwszy. 16 października wybrano na papieża Karola Wojtyłę.

— To był niezwykły dzień. Byłem wtedy w okropnym dołku, bo znowu odnowiła mi się kontuzja. Nie dowierzałem już lekarzom i postanowiłem sam doprowadzić moją nogę do pełnej sprawności. Nie pojechałem na eliminacyjny mecz z Islandią, ale marzyłem, aby wyleczyć się na październikowy mecz z Wisłą w Krakowie. Uwielbiałem tam grać. Pełne trybuny. Wisła była opromieniona niedawnym zwycięstwem nad świetnym zespołem Brugii w europejskich pucharach. Trenowałem indywidualnie w Łagiewnikach. Biegałem trzydzieści razy sto metrów. Nazywałem to moimi trzema dziesiątkami różańca. Umówiłem się z trenerem, że sam zdecyduję, czy jestem w stanie jechać do Krakowa. Tego dnia poczułem się znakomicie. Powiedziałem sobie: prawdziwy różaniec ma pięć dziesiątek. Dołożyłem więc jeszcze dwie dziesiątki — kolejne dwadzieścia razy sto metrów. I w chwili, kiedy skończyłem, z klasztoru franciszkanów rozległo się bicie dzwonów. Wiedziałem, że wybierają papieża. Domyśliłem się, że jest już nowy papież. Wsiadłem do samochodu i pojechałem do franciszkanów. Tym razem zmówiłem już w podzięce prawdziwy różaniec. Za trzy dni wybiegłem na stadion Wisły. Rozegraliśmy jeden z najlepszych meczów w historii. Pokonaliśmy Wisłę 4:1. Strzeliłem pierwszą bramkę, a kolejne padły z moich podań. Znany dziennikarz Wojciech Filipiak zamiast sprawozdania z meczu napisał recenzję jak ze sztuki teatralnej. W pięciu aktach.

Trzy razy miałem szczęście się spotkać z Papieżem. Pierwszy raz zaraz po słynnej akcji na Okęciu. Kiedy działacze się dowiedzieli, że chcemy pójść do Papieża, dostali piany na ustach. Ale niewiele sobie z tego robiliśmy. Sporządziliśmy pismo, że jesteśmy reprezentacją Polski i marzymy o spotkaniu z Papieżem. Z Watykanu natychmiast nadeszła pozytywna odpowiedź. Nie spaliśmy prawie całą noc. Dyskutowaliśmy, jak się ubrać. Ktoś wpadł na rewelacyjny pomysł, aby założyć reprezentacyjne dresy. Od razu zjawił się przy nas tłum reporterów. Gwardia wszystkich przepuściła, ale zatrzymała esbeka. Skąd oni wiedzieli, kto był kapusiem w ekipie? Wchodzimy do Papieża… Gdy go zobaczyłem, poczułem się, jakbym był jednym z górali, który witał w czasie szwedzkiego potopu wracającego z wygnania króla Kazimierza. Było wśród nas pełno Krakusów: Iwan, Szymanowski, Maculewicz, Skrobowski, no to atmosfera zrobiła się od razu swojska. Trener Kulesza każdego przedstawiał. Ojciec Święty pytał się, gdzie byliśmy chrzczeni, wymieniał nazwiska księży z tych parafii. Genialna pamięć i orientacja. Wszyscy całowali go w pierścień. Oprócz esbeka.

Zyga Kukla, nasz bramkarz, chłop ze wsi, miał nakazane od babci, żeby Papieża w trzewik pocałować, jak kiedyś. Klęka, schyla się, wszyscy zdębieli, Papież się zorientował i mówi: „Synu, nie musisz mnie po nogach całować, ja nie jestem Jezusem Chrystusem”.

Przemawiałem w imieniu drużyny, bo wszyscy się bali. Powiedziałem, że prosimy o błogosławieństwo, bo jesteśmy w ciężkiej sytuacji: „Szukamy pomocy i protekcji u Waszej Świątobliwości…”. A on na to, że tej już niestety będziemy musieli u najwyższej instancji szukać. „A to ten łobuziak Terlecki — zażartował. — Kiedyś stałem na bramce i też miałem takiego lewoskrzydłowego kolegę, łobuz był”. Kiedy przedstawiano Bońka, jego menedżer Johny River powiedział: „Wasza Świątobliwość nawet nie wie, ile on jest wart, ile milionów dolarów za niego chcą dać. Już go chcą za dwa miliony, ale jeszcze chyba dadzą więcej”. Papież pokiwał głową. „Tyle jest naprawdę wart? Aaa… To za taką sumę można by kilku papieży kupić”. Wszyscy w śmiech. A potem usiedliśmy. Papież udzielał rad Młynarczykowi, jak ma się rzucać, i robił to z wielkim znawstwem. Tak się zagadaliśmy, tyle było anegdot, jak na rynku wadowickim. A potem ktoś ze świty mówi, że do tej pory najdłuższą audiencję miał prezydent USA — 45 minut, a my byliśmy prawie półtorej godziny. Papież na to: „Dlaczego? No bo mecz graliśmy — dwie połowy po czterdzieści pięć”.

Wracaliśmy do Polski w mieszanych nastrojach. Z jednej strony byłem naładowany spotkaniem z Papieżem, a z drugiej wiedziałem, co nas czeka za akcję na Okęciu. Na serio zastanawialiśmy się, czy w ogóle wracać. Każdy z naszej czwórki mógł bez problemu dostać się do włoskich klubów. Na lotnisku zobaczyłem franciszkanina, który uginał się pod ciężarem torby. Pot mu płynął ciurkiem. Doskoczyłem i mówię, że mu pomogę. Uśmiechnął się z wdzięcznością. Biorę, a tu mi ręka opada. Co to? Tak osłabłem po spotkaniu z Papieżem? A on: „Synu, błogosławię Cię. Będę się za Ciebie modlił. Wracam z Ziemi Świętej. Obiecałem, że zrobię parafianom drogę krzyżową, a co to za droga krzyżowa bez kamieni, po których stąpał Zbawiciel?”. Wszyscy się śmiali, że tak się rozpoczęła moja droga krzyżowa. Przysłał mi potem święte obrazki i wiadomość, że cała parafia się za mnie modliła.

Kiedy pokazałem rodzinie, która zjechała się z połowy świata, zdjęcia z Papieżem, zapomnieliśmy o moich kłopotach. Media przedstawiały nas jako bandę rzezimieszków. Profesor Krakowski, u którego pisałem pracę magisterską ze średniowiecza, wezwał mnie i powiedział: „Kolego, oficjalnie to ja muszę wyrazić swoją dezaprobatę, ale prywatnie powiem, że zachował się pan jak średniowieczny rycerz, chociaż nie, bardziej przypomina mi pan Andrzeja Kmicica”. No cóż, Trylogię czytałem kilkanaście razy.

W połowie grudnia nas zdyskwalifikowano. Niedługo potem wybuchły strajki studenckie, w których wziąłem udział. W tym czasie niektórzy członkowie Bandy Czworga ze Zbyszkiem Bońkiem na czele złożyli samokrytykę i karę im skrócono. Zbyszek potem się tłumaczył, że mnie nie mógł znaleźć, bo strajkowałem. Pytał, czy mam pretensje. Powiedziałem, że z historii wiem, że już dwa tysiące lat temu żył człowiek imieniem Judasz…

Nie było przede mną przyszłości w Polsce. Ojciec już wcześniej mi powiedział: „Nigdy nie będziesz wolny, jeśli nie wyjedziesz z kraju”… Parę miesięcy później znalazłem się w Ameryce. A w Polsce wprowadzono stan wojenny. Moja kariera jako reprezentanta Polski była właściwie skończona.

— Zrobiłeś za to bajeczną karierę w najlepszych klubach amerykańskich.

— No tak, może to nie jest najlepsza liga na świecie, ale ja grałem w Cosmosie. Cosmos to był taki ówczesny Real Madryt — Galacticos, w którym grały same gwiazdy.

To, że się tam znalazłem, to był cud. W podpisaniu kontraktu oprócz niezwykłych przypadków pomogły mi na pewno moje świetne występy w czasie tournée reprezentacji w 1979 roku w Brazylii. Wiesz, co to znaczy oczarować swoją grą Brazylijczyków, tak, aby ponadstutysięczny stadion skandował „Terleki”? To tak, jakbyś rybom zaimponował swoim pływaniem. W Brazylii byliśmy w przeddzień wizyty Jana Pawła II. Żebyś ty widział, jak ci prości ludzie się cieszyli, jak w każdej chatce wywieszano jego zdjęcia.

— W Cosmosie grał także król futbolu — Pele…

— Kiedy przyszedłem, to on akurat odchodził. Zagrałem z nim jeden mecz. Ale spotykałem się z nim wielokrotnie, jeździłem do jego szkółki piłkarskiej. On miał wówczas 43 lata. To, co wyprawiał na boisku, było niewiarygodne. Potrafił od połowy boiska poprowadzić piłkę, minąć wszystkich łącznie z bramkarzem i wjechać do bramki. Wiele razy rozmawialiśmy. Mówił mi, że wie, co to bieda, i potrafi się cieszyć każdym dniem. Zawsze się uśmiechał, jak każdy zresztą Brazylijczyk. Opowiadał mi taką historię. Tuż przed podpisaniem kontraktu w Ameryce grał pokazowy mecz, po którym jego nogi zzieleniały. Przestraszył się, że to jakieś uczulenie. Okazało się, że specjalnie na ten mecz, tak jak u nas w dobrych czasach PRL–u na przyjazd I sekretarza, pomalowano trawę…

Król Nabuchodonozor

— Czy był taki moment, kiedy piłka stała się dla Ciebie religią?

— Tak, kiedy grałem w Cosmosie. Po jednym z turniejów, w którym wygraliśmy między innymi z Barceloną, uznano mnie za najlepszego zawodnika, lepszego od Maradony, od Zico, od Schustera. Mam zdjęcie, na którym trzymam puchar na głowie. Powiedziałem wtedy do żony, że wszyscy mogą mnie pocałować w dupę. Zupełnie jak król Nabuchodonozor, który się przechwalał: „Czy to nie ja własnoręcznie zbudowałem to wielkie potężne królestwo?”. W tym momencie zwariował.

I wtedy znowu uratowała mnie wiara. Nabuchodonozor zapomniał, że władza płynie z góry. To tak jak Jezus powiedział Piłatowi: nie miałbyś żadnej władzy, gdyby ci jej nie dano z góry. Pycha… Łatwo nieraz zgłupieć.

* * *

— Zrobiłeś w Stanach zawrotną karierę, dorobiłeś się sporego majątku…

— Tak, ale w 1986 roku postanowiliśmy wrócić do Polski. Bezpośrednią przyczyną był poważny stan zdrowia mojego teścia, który chciał przed śmiercią zobaczyć swoją córkę. Mnie też opanowała tęsknota i za krajem, i za prawdziwą piłką, bo cokolwiek by powiedzieć, choć w USA byłem gwiazdą i grałem z jeszcze większymi gwiazdami, jak choćby z Franzem Beckenbauerem, to amerykańska piłka była czymś w rodzaju cyrku objazdowego. Chciałem się sprawdzić w Europie.

— Po powrocie wiodłeś barwny żywot. Grałeś w piłkę najpierw w Legii, potem w Polonii Warszawa, prowadziłeś biznesy i próbowałeś sił w polityce.

— Z biznesem dałem sobie spokój, kiedy się okazało, że trzeba płacić łapówki. Z polityki się wycofałem, kiedy kazano mi realizować czyjeś żądania. A ja zawsze chciałem być sobą. Stwierdziłem, że trzeba ratować siebie.

— Z pieniędzy, które zarobiłeś w USA, mógłbyś pewnie do dziś żyć z procentów. A tak, co tu dużo ukrywać, gdzieś ta fortuna Ci między palcami uciekła…

— Ale przecież ja wróciłem do kraju, o którym marzyłem całe życie, który odzyskał wolność. Chciałem się włączyć w przemiany, a nie troszczyć się o życiową stabilizację. To nie leży w mojej naturze. Są rzeczy, których za pieniądze nie kupisz. Gdybym dziś był biznesmenem, pewnie byśmy sobie tu nie siedzieli i nie deliberowali nad sensem życia.

Citko, czyli eksplozja sympatii

Trudno dziś odtworzyć atmosferę, która otaczała w drugiej połowie lat 90. Marka Citkę. Trudno pojąć zjawisko tzw. citkomanii, szaleństwa wokół piłkarza, który wyzwolił tak wielką sympatię społeczną, nieproporcjonalnie wielką w stosunku do sportowych osiągnięć. Wygłodniali sukcesów kibice traktowali go jako męża opatrznościowego polskiej piłki nożnej. Był to okres niezwykle gorący, ale i krótki. Marek rozegrał kilka znakomitych meczów w Lidze Mistrzów w barwach Widzewa. Strzelił bramkę Anglikom w świetnym, ale przegranym 1:2 meczu na Wembley i ta bramka uczyniła z niego niemalże bohatera narodowego. Bo przecież Polacy od ponad trzydziestu lat żyją mitem meczu na Wembley z 1973 roku, kiedy to po remisie 1:1 wyeliminowaliśmy dumnych synów Albionu. Marka wybrano w konkursie audiotele sportowcem roku ’86. Dla jego oponentów sytuacja ta była chorobliwa. „Jak to? Zostać sportowcem roku i wyprzedzić złotych medalistów olimpijskich z Atlanty tylko dlatego, że strzeliło się bramkę w przegranym meczu?”. To polska choroba — stawiać pomniki przegranym. Miłośnicy talentu Marka, do których i ja się zaliczałem, uśmiechali się ze spokojem. Wiedzieliśmy, że lada moment Marek udowodni, iż ten tytuł nie był dany na wyrost. Wiosną 1997 roku, choć Widzew wiele w Lidze Mistrzów nie zwojował, Citko grał świetnie, a przede wszystkim w meczu z Atletico Madryt kropnął z ponad czterdziestu metrów bramkę, którą pokazywały wszystkie światowe stacje sportowe. Interesowały się nim już najlepsze kluby europejskie. To on miał nas wprowadzić do Mistrzostw Świata ’98. Ale wszystko przekreśliła kontuzja z 11 maja 1997 w meczu z Górnikiem Zabrze. Poszedł Achilles. Operacja się nie powiodła. Przeprowadził ją chirurg, który takie operacje co prawda wykonywał, ale u normalnych ludzi — achillesy u sportowców operuje się inaczej, bo inaczej pracują.

Marek Citko nie był pierwszym piłkarzem, któremu lekarze w Polsce spaprali operację i w pewien sposób przekreślili karierę. To samo było z Włodzimierzem Lubańskim, któremu polski lekarz, operując kolano, zostawił odprysk. Przy każdym ruchu powodował on ból i puchnięcie. Kiedy się zorientowano, w czym rzecz, i zoperowano naszego asa powtórnie, w Wiedniu, było już za późno. Najlepszy polski piłkarz nie wyjechał na Mistrzostwa Świata ’74 do Niemiec, gdzie prawie wszyscy Polacy w ciągu paru tygodni stali się światowymi gwiazdami.

Według mnie, Citko i Lubański mieli wiele wspólnego, nie tylko niezwykły talent, ale to coś, co jest tak trudne do uchwycenia — odpowiednie proporcje sympatyczności i skromności — co powoduje, że naród kocha piłkarza i robi z niego swojego idola. (Można być geniuszem, strzelać bramki jak Kazimierz Deyna i być jeszcze za to wygwizdanym, a można się na boisku przewrócić i porwać za sobą kibiców). Lubański miał szczęście, że kontuzja dopadła go w chwili, kiedy osiągnął wystarczająco dużo, aby na długie lata stać się symbolem polskiej piłki. Marek Citko przeżył swoją piłkarską katastrofę u progu kariery.

Miłośnicy Marka tłukli głową w ścianę. Co za pech. Gdyby się zgodził wyjechać do Blackburn Rovers, które chciało go kupić za rekordową w historii polskiej piłki kwotę czterech milionów funtów (dziesięciu milionów dolarów), byłby uratowany. Nawet gdyby tam odniósł kontuzję, miałby fachową opiekę i zapewnioną przyszłość.

* * *

Marek dołączył do nas w kawiarni po treningu Polonii Warszawa. Minęło prawie dziesięć lat od „czasu jego chwały”. Kiedyś miał ratować polską piłkę, teraz wyznaczono mu zadanie skromniejsze, choć może trudniejsze. Wybronić Polonię przed spadkiem do drugiej ligi. Nie udało się. Chyba nie z jego winy. Rozegrał kilka znakomitych meczów, po których publiczność żegnała go oklaskami. Strzelał bramki, miał asysty. Ale los napastnika w słabym klubie, broniącym się przed spadkiem, jest mizerny. Napastnik gra pierwsze skrzypce wówczas, kiedy gra w klubie prącym do ataku.

Siedzą naprzeciw mnie dwaj napastnicy. Różnica wieku 18 lat, choć wyglądają jak z jednej drużyny. Po Staszku Terleckim nie widać prawie upływu czasu. Uroda wiecznego chłopca. Kiedy Marek się rodził, Staszek grał już w I lidze.

— Marku, które pokolenie polskich piłkarzy było dla Ciebie punktem odniesienia?

— W sposób świadomy przeżywałem Mundial España ’82.

— Miałeś swoich idoli w tamtej drużynie Piechniczka? Boniek, Smolarek, Lato?

— Nie, Boniek nie był moim idolem. Zawsze brałem od zawodników coś najlepszego, ale nie miałem swoich idoli. Nie biegałem za piłką, utożsamiając się z jakimś sławnym piłkarzem. Od jednego brałem przerzut, sposób uderzenia, od innego bieg. Jeśli kogoś podziwiałem, to Pelego, Diego Maradonę, Michela Platiniego. Maradona był chyba lepszy od Pelego, bo grał w czasach, kiedy trudniej było sobie wywalczyć pole do gry. Zawsze podziwiałem tak zwanych technicznych zawodników.

Przywołujemy nazwiska największych piłkarzy w historii futbolu. Staszek mówi, że dla niego największym był Hiszpan Di Stefano. Pada też nazwisko Garrinchy, przez niektórych stawianego wyżej niż sam Pele. Piłkarz, który w dzieciństwie przeżył chorobę Heinego–Medina. Mimo swego kalectwa stał się czołowym dryblerem świata. Mówimy o wadzie, która potrafiła wyzwolić geniusz.

Pokazuję książkę, w której autor dowodzi, że w efekcie nieudanej operacji Achillesa Marek Citko ma jedną nogę o parę milimetrów krótszą. „Niby gry w piłkę się nie zapomina, ale… do gry trzeba dynamiki, szybkości, zwrotności. A to wszystko zaprzepaściła kontuzja ścięgna Achillesa…”.

Marek się śmieje i kręci głową. Przegląda tekst i jest coraz bardziej zdumiony.

— A to ciekawe, pierwsze raz słyszę, że mam krótszą nogę. Pisze, że przez to odczuwam bóle w kręgosłupie. Przecież ja nie mam żadnych takich dolegliwości. W ogóle nie czuję, żeby ta kontuzja pozostawiła jakiś ślad.

Ofiara własnego mistrzostwa?

— Niektórzy twierdzą, że padłeś ofiarą swojego zamiłowania do dryblingu. Kiwałeś, kiwałeś, czym rozjuszałeś obrońców, aż cię upolowali.

— To nieprawda, moja kontuzja nie wynikała z kopnięć przeciwników. Ona się wzięła z obciążeń. Ja nie dostawałem po achillesach. Po prostu od rana do wieczora grałem na sali czy na śniegu i wytworzył się stan zapalny. A nie było lekarza, który by powiedział, że powinienem ze dwa miesiące odpocząć. Lekarz klubowy się bał, że Smuda go udusi, kiedy mu powie, że muszę miesiąc odpocząć. Piechniczek, gdyby się o tym dowiedział, też by powiedział: „Ty jesteś słaby lekarz”. Nie było diagnozy i nie było odważnego lekarza.

— Nie przeczuwałeś, że w łódzkim szpitalu Cię zniszczą… Po kontuzji nie grałeś prawie dwa lata.

— Byłem zbyt młody. Myślałem, że kontuzja, zabieg i będę zdrowy. Myślałem, że lekarze znają się lepiej ode mnie. Ufałem działaczom, że jak będzie trzeba, załatwią mi najlepszych specjalistów.

— Na Zachodzie — włącza się Staszek — nie dopuszczą do gry zawodnika niewyleczonego, bo on jest zbyt dużą inwestycją, a w Polsce prowadzi się gospodarkę eksploatacyjną. Miałem takiego trenera, że dopóki zawodnikowi nogi nie urwało, to nie uznawał żadnych kontuzji.

— Nikt się nie zatroszczył, żeby załatwić mi najlepszych fachowców. To samo było z rehabilitacją. Przecież tak naprawdę to dopiero Tomasz Zimoch załatwił mi prawdziwą rehabilitację. Teraz jestem całkowicie sprawny.

We mnie jest gorycz, że ja nie trafiłem na drugiego Franka Smudę, który by powiedział: „Wiem, co ty potrafisz”. Najbardziej boli, że nie mogę znaleźć trenera, który mi zaufa. Co zrobiono z del Piero? Po kontuzji wystawiano go na siłę, bo wiedziano, że tylko grając mecze, może dojść do formy. Nie sadza się na ławie kogoś, kto ma duży potencjał, choćby nie jest w pełni formy.

— Marek, od Twojej kontuzji minęło dziewięć lat. Od siedmiu lat grasz w różnych zespołach. Grałeś w Szwajcarii, Izraelu, Legii, Cracovii.

— Uważam, że w każdym z nich miałem dobry okres i byłem przydatny. Ale prawda jest taka, że nawet gdy zagrasz świetny mecz, ale w nie najlepszym klubie szwajcarskim, to niewielu to zauważy. Na dodatek trener w Szwajcarii okazał się niewdzięcznikiem. Uratowałem mu zespół przed spadkiem, a on potem sprowadził swoich zawodników i prawie cały sezon miałem z głowy. Tak samo było w Legii. Grałem na początku nieźle — kibice wybierali mnie na najlepszego zawodnika danego miesiąca. Wykończył mnie serbski trener Okuka, który sprowadził swoich zawodników, a poza tym nie lubił graczy technicznych i za zagranie piłki piętą był gotów wyrzucać z treningu. Był też trener, który miał kompleksy i sadzał mnie na ławie, bo byłem bardziej znany od niego. Wystarczyło, że kibice byli bardziej zainteresowani mną niż nim. „O, widzę, że cię tu wszyscy znają”. „Wszystko przed trenerem…” — żartowałem. No i ława.

— To jest kompleks większości trenerów — potwierdza Staszek. — Znam to, jak przebiłeś trenera w prasie, to już byłeś skończony. Zaczynało się szukanie dziury w całym.

— Nie wszędzie tak jest, istnieje model Chelsea, gdzie jest kult i dyktatura Mourinho i nie ma gwiazd, i model Barcelony, gdzie Rijkaard usuwa się w cień i daje wolność swoim piłkarzom, a oni mu za to odpłacają świetną grą — dodaje Marek. — W piłce, jak i w życiu, nie zawsze można liczyć na wdzięczność, najlepiej się o tym przekonał Jerzy Dudek, którego hiszpański trener Benitez posadził na rok na ławkę właśnie po tym, jak w dużej mierze dzięki Jurkowi Liverpool zdobył Ligę Mistrzów.

Świętoszek albo nawrócony przez chrześniaka

— Zostałeś najpierw ponad miarę wyniesiony…

— U nas dziennikarze za szybko zawodnika kreują na gwiazdę, a jak mu się nie powiedzie, to by go zakopali jak najszybciej. Czasami mnie to śmieszyło, że mnie tak wyniesiono do góry.

— Niektórzy zarzucali, że wylansowało cię Radio Maryja i w konkursie audiotele dodzwaniali się głównie słuchacze Radia Maryja.

— Niektórych drażniło, że mówiłem publicznie o swojej wierze. Twierdzili, że robię sobie reklamę. A ja przecież nigdy o sprawach religijnych nie zaczynałem sam z siebie; kiedy dziennikarze pytali, to odpowiadałem. Byłem normalny. Nigdy sam nie wyskakiwałem ze sprawami duchowymi. Nic na siłę. Jestem tylko człowiekiem, bluźnię i się wkurzam, i myśli mam, że bym nogę podstawił. Mogę się pośmiać i brzydkie filmy pooglądać, wszystko jest dla ludzi. Tylko mam fundament i pewnych granic nie przekraczam. To media urabiały mi taki wizerunek. Nieraz z trybun krzyczeli: „Świętoszek, idź do kościoła”. Ale za bardzo się tym nie przejmowałem. Czytałem różne książki o żywotach świętych. Pamiętam, że jeden dziękował, gdy w niego kamieniami rzucali, i mówił: „Panie Boże, ale mnie kochasz”, a jak raz w niego nie rzucali, to zaczął pytać: „Panie Boże, czym Cię obraziłem, czym zgrzeszyłem?”. Tak samo sobie wytłumaczyłem to, co się ze mną działo. Diabeł jest na świecie i zawsze będzie prowokacja.

— Kiedy wróciłem ze Stanów — mówi Staszek Terlecki — gdzie Ruch Charyzmatyczny był normalką, wyczułem, że muszę być ostrożny. Odmawiałem modlitwę przed posiłkiem, a inni patrzyli na mnie jak na wariata. Ale potem sami się zaczęli żegnać. Nie wszyscy mają odwagę powiedzieć: „Wiara jest dla mnie najważniejszą rzeczą”.

— Bo wiesz, mówiąc to, trzeba być odpowiedzialnym — dorzuca Marek. — Ludzie będą cię sprawdzać, czy rzeczywiście postępujesz zgodnie ze swoimi deklaracjami. Dlatego niektórym brakuje odwagi.

— Marku, na czym polegało Twoje nawrócenie?

— Przebiegało bardzo spokojnie. To nie było powalenie jak św. Pawła. Kiedy grałem w Jagiellonii Białystok, lubiłem dyskoteki, nocne życie, no i hazard. Nie trenowałem należycie, bo byłem niewyspany. Pić nie piłem, palić nie paliłem. Nie oddawałem się rozpuście. Umiałem się bawić na trzeźwo. Po prostu prowadziłem życie nijakie, bezcelowe, a jeśli ma się talent, to trzeba zasuwać, a ja się tak bujałem. Pochodzę z tradycyjnej rodziny, miałem wiarę przekazaną przez rodziców, ale ona nie była przemyślana.

Kiedyś wpadła mi do rąk książka O naśladowaniu Chrystusa Tomasza á Kempis. Usypiałem chrześniaka. Naprawdę superlektura, cieniutka, konkretna. Zacząłem się zastanawiać nad moim towarzystwem. Czy mam kolegów czy pseudokolegów? Co chcę robić, jak chcę żyć? Z perspektywy widzę, że dużo dała mi też modlitwa mojej mamy. Widziałem, jak codziennie długo się modliła. Modlitwa za kogoś ma wielką moc.

— Jak przyjęło Twoją odmianę środowisko?

— Zaakceptowali to. Nie tworzyłem wokół siebie aury świętoszkowatości. Gdy szedłem do kościoła, to się nawet wstydziłem, nie mówiłem, że idę na mszę, tylko jakąś sprawę załatwić. Ale jak już się umocniłem, mówiłem prawdę, wolałem mieć dwóch prawdziwych kumpli niż pięciu nijakich. Zacząłem chodzić na spotkania Ruchu Światło–Życie. Zrozumiałem wtedy, po co są sakramenty, modlitwa.

— Czy można powiedzieć, że swój pech na boisku i potem niefart u trenerów spożytkowałeś dla rozwoju duchowego?

— Nie rozdrapuję przeszłości, nie rozpamiętuję, co by się stało, gdybym skorzystał z oferty Blackburn. Mam credo życiowe: „Wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba”. Jestem optymistą. Gdybym wyjechał na Zachód, może miałbym kupę forsy, ale nie poznałbym mojej żony Agnieszki, z którą jestem szczęśliwy.

— Mówisz, że nie rozdrapujesz sprawy tej fatalnej kontuzji. Ale nie wybiegasz też w przyszłość i nie snujesz wielkich planów.

— Każdego dnia pracuję nad formą i zobaczę, co się da zrobić. Swoją grą chcę sprawić przyjemność kibicom. Przede wszystkim chcę grać. Czerpię radość z samej gry. Gdybym nie czuł tej radości, gdybym się męczył, to już bym z tego zrezygnował.

— Jasiu, ja i Marek — śmieje się Terlecki — jesteśmy wschodnie typy. My nadajemy na innych falach. Dla wschodnich ludzi nie istnieje czas.

— No, ale czas piłkarza jest nieubłagany, zawodnik ma parę lat, żeby objawić i rozwinąć swój talent.

— Kondycyjnie źle się nie czuję. Biegam jeszcze więcej niż młodzi. Gdybym zagrał źle trzy mecze pod rząd, to sam bym zrezygnował. 32 lata to nie jest żaden wiek — mówi Marek.

— Kiedy ja przechodziłem do Legii w 1988 roku — mówi Staszek — grali tam prawie sami reprezentanci Polski: Szczęsny w bramce, Kubicki, Wdowczyk, Budka, Karaś, Dziekanowski, Kosecki. A mnie wzięli jako 33–letniego zawodnika. A teraz u nas jak przekraczasz 30 lat, to cię uważają za emeryta.

— A prawda jest taka, że w zespole może być trzech, czterech młodych. Sama młodzież żadnego meczu nie wygra.

— Dlaczego Pan Bóg daje niektórym talent i nie pozwala, by się w pełni rozwinął? A on jest w człowieku i nie pozwala mu spać…

— Ja też się Boga pytam: dałeś mi talent, siedem lat się zmagam i nic nie wychodzi. Żona mi mówi, kończ już to, może jesteś za słaby. Może bym znalazł inny pomysł na życie, ale nie chcę, nie mogę, bo dostałem talent i boję się usłyszeć w sumieniu, że się poddałem. „Bo kilka kamieni ci na drodze rzuciłem?”. Ale wychodzę na mecz z Górnikiem czy z Wisłą i robię, co chcę. Są dziennikarze, którzy nadal mnie wybierają do jedenastki danej kolejki ligowej. Moim życiowym pechem nie była kontuzja w 1996 roku, ale to, że nie trafiłem nigdy oprócz Franka Smudy na trenera, który by mi zaufał.

— Tomasz Frankowski — mówię — też miał pecha do trenerów. Nie ufał mu Kasperczak w Wiśle. Paweł Janas wbrew opinii publicznej nie powoływał go do reprezentacji. A jak już musiał go powołać, to sadzał go na ławce rezerwowych i wpuszczał na końcówki meczów. A on swoimi bramkami uratował Polskę w eliminacjach i posadę trenerów.

— Tylko że gdyby Frankowski miał zaufanie u Janasa, takie jak Rasiak, to by o 50 procent lepiej grał — pointuje Citko.

* * *

— Jesteś szczęśliwym człowiekiem…

— Chociaż niespełnionym jako piłkarz — uśmiecha się Marek.

— Może piłka w twoim życiu nie była po to, żebyś odniósł sukces na boisku, ale jest twoją drogą duchową. A mistrzowie duchowi często powtarzają, że Pan Bóg nagradza nie za efekty, ale za trud i cierpienie.

— Największym sukcesem człowieka wierzącego jest to, że będzie zbawiony, bo reszta sukcesów jest maleńka. Wszystko w porównaniu z wiecznością jest, o… — Marek pstryka palcami. — Jeśli człowiek tak do tego podchodzi, to nie rozpacza.

— Ale swoją drogą dobrze by było, żeby w niebie bramki stały — stwierdzam.

— Na pewno stoją…

Pan Bóg, geniusze i kontuzje
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”.Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...