Pan Bóg mówi dużymi literami

Pan Bóg mówi dużymi literami

Święty chodzi uśmiechnięty. – To nie znaczy, żeby mieć cały czas głupkowatego banana na twarzy – mówi Maria. Nie wyobraża też sobie, by męczennicy, których odzierano ze skóry, mówili z uśmiechem na ustach, że czują się fajnie.

Rok 2000. Polskę podbija piosenka „Arki Noego” o tym, kto może być świętym. Dzieci śpiewają, że każdy.

Taki duży, taki mały może Świętym być, Taki gruby, taki chudy może Świętym być, Taki ja i taki ty może Świętym być

– prosty refren łatwo wpada w ucho. Na koncertach zespół musi bisować po kilka razy.

– Dla dzieciaków to były takie bardzo naturalne słowa – mówi Robert „Litza” Friedrich, założyciel i lider zespołu. – Wtedy nie zdawały sobie pewnie sprawy, jak ważne rzeczy śpiewają.

Najstarsze miały po 11, 12 lat. Dziś chodzą do liceum albo studiują. Jedne są wciąż blisko Kościoła, inne dalej. Co myślą teraz o świętości?

– Czy chcą być święte, tego nie wiem – odpowiada „Litza”. – Czasami jest z nimi sporo problemów.

Taki duży, taki mały

Na okładce płyty Maria, najstarsza córka Roberta i Dobrochny, ma długie włosy splecione w dwa grube warkocze. Była wtedy w czwartej klasie podstawówki, dziś studiuje kulturoznawstwo.

Za piosenką „Święty, Święty uśmiechnięty” nie przepadała. – Na koncercie musieliśmy ją śpiewać po trzy razy i trochę mi się przejadła – wspomina.

Nie pamięta specjalnie, jakie myśli towarzyszyły jej wtedy, gdy śpiewała o świętości. Na pewno były na swój sposób ważne. Raz w czasie trasy koncertowej pokłóciła się z koleżanką z zespołu. – Przeprosiłam ją, bo pomyślałam sobie, że skoro śpiewamy o tym, jak zostać świętym, to nie chcę być z kimś pokłócona – to pamięta.

Dziś częściej myśli o świętości. – To dla mnie bardzo ważne – mówi. – Mam świadomość, że jak każdy człowiek jestem powołana do świętości, czyli do tego, żeby podnosić się ze swoich upadków i ufać Bogu.

Taka postawa pomaga jej w życiu. Na przykład, gdy ma wątpliwości, po co iść tysięczny raz do spowiedzi, skoro i tak po jakimś czasie znowu tam wraca? Myśli wtedy, że to nie ma sensu, skoro człowiek na krótko się poprawia, a potem na nowo upada. – Ale gdyby nie dążył do świętości, nigdy by się nie podniósł – mówi Maria.

Uważa, że świętość jest jak najbardziej na dzisiejsze czasy. – To temat ziemski, codzienny – mówi. – Przecież tu chodzi o to, co robimy ze swoim życiem i życiem innych. Co mówimy, na co się zgadzamy, a na co nie, jak traktujemy drugą osobę? I nie zgadza się z opinią, że czasy dla świętych są dziś trudniejsze niż kiedyś. – Czy pierwsi chrześcijanie mieli łatwiej?

* * *

Mikołaj. 20 lat. Student I roku Akademii Muzycznej w klasie kontrabasu. Gdy przebój Święty, Święty uśmiechnięty podbijał kraj, miał lat jedenaście. W gronie dzieciaków był jednym z najstarszych. Do występów namówił go tata, który znał Roberta. Mikołaj nie dał się długo prosić. – To była czysta przyjemność – wspomina tamte czasy. – Przecież w tym wieku nie myśli się o robieniu kariery, ale o przygodach.

Oprócz przyjemności była też ciężka praca: uciążliwe próby, długie czekanie w telewizji na nagranie, a potem powtarzanie kilka razy tego samego utworu. Wszyscy zaczęli też nagle więcej od niego wymagać, oczekiwać – by coś im zaśpiewał. Czasami zastanawiał się nad sensem śpiewanych słów. – Bo Robert ciągle powtarzał nam, że nie chodzi o zwykłe koncertowanie, ale o ewangelizację – pamięta jak dziś słowa „Litzy”. Zdaje sobie sprawę, że tamto myślenie musiało być dziecięco naiwne. Słowa piosenki co jakiś czas wracają jednak do niego. Przeważnie wtedy, gdy sobie z czymś nie radzi. – Działają na mnie jak duchowa naprawa – mówi. I dzisiaj myśli tak: – Świętość to właściwie dążenie do świętości, bycie normalnym, a nie uleganie złym wpływom. Walczyć z nałogami, złymi nawykami, bo niedobry nawyk to grzech – mówi.

* * *

Przesadziłaby, gdyby powiedziała, że zastanawiała się nad słowami, które śpiewała. Ada, dziś licealistka, miała wtedy osiem lat. Trafiła do zespołu, bo w „Arce” śpiewała jej mama. Pamięta, że imponowało jej, gdy po koncertach cały zespół oblegały inne dzieciaki. Czuła się wtedy wyróżniona. Jeśli czasem myślała o świętości, to chyba tyle, że trzeba być dobrym dla wszystkich, codziennie się modlić, chodzić do kościoła, a wtedy na pewno pójdzie się do nieba. – Takie myślenie na poziomie ośmiolatki – uśmiecha się dziś z politowaniem Ada.

Zapiski na kartonie po butach

Pomysł napisania piosenki o świętych podsunęła „Arce” siostra Mariola Kłos z telewizyjnego programu „Ziarno”. „Litza” pomysł chwycił od razu. – Pierwsze moje myśli były takie: Franciszek, ptaszki, kwiatki. Wiadomo, najbardziej popularny święty – opowiada.

Temat okazał się jednak nie taki prosty. Była już muzyka, a tekstu ciągle brakowało. Mieli ostatni dzień, żeby ją nagrać. – Byłem bezradny. Nie miałem żadnego pomysłu, nawet nie wiedziałem, od czego zacząć – przypomina sobie.

W końcu zamknął się sam na strychu i modlił, żeby Pan Bóg mu pomógł. – Im dłużej się modliłem, tym bardziej zaczynałem widzieć prawdę – opowiada. – A prawda była taka: Panie Boże, chciałbym napisać dobrą piosenkę, choć to ja, jak zwykle, będę odbierał wszystkie honory i zaszczyty, a nie Ty. Ale Panu Bogu ta szczerość chyba się spodobała i podarował mi słowa – dodaje „Litza”.

Na kartonie po butach zaczął zapisywać wolne myśli. Takie, które przychodziły mu do głowy. – Zapisałem: „święty kocha Boga, życia mu…”. No i się zrymowało: „nie szkoda”. Dalej: „Kocha bliźniego” i tu się samo rymowało: „jak siebie samego”.

Był poruszony, gdy zerknął na notatki i zobaczył, że ma właściwie gotowy tekst. Odniósł wrażenie, że ta piosenka została już dawno napisana. Wystarczyło dopisać refren. Pomysł wziął od Jana Pawła II, który powtarzał, że świętym może być każdy. – Właściwie to nie jest nic nowego. To są słowa, o których Kościół trąbi od wieków – mówi „Litza”.

Czasem te słowa pomagają także jemu. – Są taką zachętą, żeby być, już nie mówię świętym, ale dobrym. Dobrym ojcem, dobrym mężem. Starać się, żeby to, co się robi, było rzetelne.

Święty kocha Boga

Zaczęło się od dużego guza na szyi. Pół roku oczekiwań i diagnoza jak wyrok: ziarnica złośliwa. Potem osiem miesięcy ciężkiego leczenia. Miesiące bólu, strachu i apatii.

Była właśnie po pierwszej chemii, osłabiona, bez włosów, gdy zaczęła rozumieć to, o czym wiedziała od dawna. – Zrozumiałam, że Bóg jest bardzo blisko mnie i że mnie kocha – Maria opowiada o Wigilii Paschalnej sprzed dwóch lat.

– Zobacz! – Robert pokazuje mi zdjęcia córki z tamtej liturgii. – Blada i łysa jak kolano, ale najbardziej ze wszystkich radosna.

Dzięki tamtemu doświadczeniu zaczęła dostrzegać też dobre strony choroby. – Zrozumiałam, że życie jest krótkie i kruche i dlatego trzeba je cenić. Dlatego dziękuję Bogu, że uchronił mnie od wielu złych rzeczy, które mogłabym robić. Mogłabym ćpać, pić albo iść z każdym dopiero co poznanym chłopakiem do łóżka – tłumaczy, używając mocnych słów. Ma jednego chłopaka. Zależy jej na nim. Codziennie dziękuje Bogu za niego. I twardo trzyma się pewnych zasad. Nie chodzi na imprezy w piątek ze względu na to, że to właśnie piątek. Nie połyka pigułek antykoncepcyjnych, bo chce żyć z Kubą w czystości. Znajomi dobrze znają jej poglądy. Nie wszyscy je podzielają, ale nie zauważyła, żeby ktoś wykpiwał jej styl życia. – Pewnie dlatego, że młodzi lubią ludzi autentycznych – mówi. – Zresztą taka święta to ja już nie jestem.

Ma charakter buntownika, ale kiedy chce zejść z dobrej drogi, Pan Bóg zawsze nagina jej kark i zawraca. – Bywa, że czuję się na kogoś obrażona i zarzekam się, że nie przebaczę, i nagle się odmieniam – opowiada Maria. – W takich chwilach Pan Bóg mówi do mnie dużymi literami.

* * *

– Wiara to jedna z najważniejszych wartości w moim życiu – Mikołaj lubi kategoryczne stwierdzenia. W atmosferze wiary został wychowany i tak jest do teraz. Codzienna modlitwa, przynajmniej raz w tygodniu msza i trzymanie się tego, co Kościół naucza. Wie, że taka postawa nie jest dziś modna. Często czyta, słyszy albo widzi, jak wiara jest ośmieszana czy to w mediach, czy w rozmowach zwykłych ludzi. Na temat księży i wierzących krąży mnóstwo krzywdzących stereotypów. Sam ma to szczęście, że obraca się wśród ludzi, którzy nie szydzą z Boga ani Kościoła. – Nawet jeśli sami są niewierzący, to podchodzą do religii z respektem – mówi. I ma nadzieję, że gdyby znalazł się w innym środowisku, odważnie broniłby własnych wartości.

* * *

Był czas, gdy Ada bardzo liczyła się z opiniami rówieśników. Gdy koleżanki mówiły, że nie chce im się iść do kościoła, też nie szła. – Chciałam się im przypodobać – mówi szczerze.

Teraz jest bardziej dojrzała w wierze. Tak przynajmniej o sobie mówi. Gdy jest w towarzystwie, nie waha się powiedzieć czasem czegoś pod prąd. – Mówisz jak na mszy – zażartuje czasem ktoś z niej. Wszyscy wybuchają śmiechem, ale Ada się nie peszy. – Wiara to dla mnie podpora. Dlatego często się modlę, przeważnie swoimi słowami. To taka moja rozmowa z Panem Bogiem.

Kocha bliźniego jak siebie samego

Maria jest we wspólnocie neokatechumenalnej. Na liturgii Słowa Bożego odkryła kiedyś, że człowiek musi najpierw pokochać samego siebie, żeby mógł kochać innych. – Trzeba akceptować swoje wady, słabości – mówi.

Potrafi więc akceptować siebie taką, jaka jest. Nawet wtedy, gdy to jest trudne, bo to nie tak, że wszystko jej się u siebie podoba.

– To nie jest tak, że robię pstryk i wszystkich od razu kocham – zastrzega Maria. – Ale gdyby nie przykazanie o miłości bliźniego, pewnie nie umiałabym ułożyć sobie życia z wieloma ludźmi. Nawet z młodszymi siostrami, z rodzicami, z babcią – tłumaczy. Wie, że ma sobie tutaj sporo do zarzucenia.

* * *

Mikołaj gorszy się, gdy widzi kłócących się polityków. Wystarczy, że włączy telewizor, otworzy radio albo gazetę, i ma polskie piekło. – To brak szacunku dla drugiego człowieka – mówi. I sam stara się być dla wszystkich życzliwy.

* * *

– Nie kocha bliźniego ten, kto się odsuwa od ludzi – wyrokuje Ada. – Dlatego nie powinno się nikogo zbywać.

Niedawno podeszła w swoim mieście do starszej kobiety. Kobieta siedziała na ławce, twarz miała zasłoniętą rękoma. Przechodnie omijali ją. Pewnie myśleli, że jest pijana. Ada przysiadła na ławce. Zapytała, co się stało? – Kobieta powiedziała, że życie jej się zawaliło, bo straciła połowę rodziny. Nic więcej. Wstała i poszła przed siebie.

Ada wierzy, że gdy pomagamy innym, to stajemy się lepsi, może nawet czujemy się z tego dumni. – Czyli pomagamy też sobie – mówi.

Nic nie potrzebuje, zawsze się raduje

Maria najbardziej zadowolona jest z tego, że może żyć. Nie tylko, że pokonała chorobę (choć tu do końca nic nie jest jeszcze pewne) i nie umarła w młodym wieku. Jest wdzięczna za to, że się urodziła. Wie, że mogło jej nie być. – Mam świadomość, że dużej części mojego pokolenia nie ma na świecie, bo zabito ich, nim się urodzili – mówi Maria. – Mnie się udało – dodaje. Mówi „udało się”, bo jej mamie lekarka też zalecała aborcję.

* * *

– Trzeba cieszyć się z tego, co mamy, jacy jesteśmy, a nie być zachłannym i ciągle powtarzać, że chce się więcej – tak definiuje Mikołaj radość świętego. – Każdy chce oczywiście coś w życiu osiągnąć i to jest naturalne, ale należy umieć też docenić to, co się posiada. I trzeba umieć przyjmować z optymizmem porażki – dodaje. Sam stara się podchodzić z optymizmem do wszystkiego w życiu. A gdy dopadnie go coś złego, pociesza się, że następnym razem może być lepiej i że wszystko jeszcze przed nim. – Każda porażka może nas przecież czegoś nauczyć, więc w sumie, wychodzi na dobre – kalkuluje.

* * *

– To ktoś, kto czuje w głębi, że jego życie ma sens, że nie był egoistą, ale człowiekiem otwartym na innych – w ten sposób rozumie radość świętego Ada.

Więźniowie byli wolni

Robert „Litza”: – Miejsca, w których śpiewaliśmy, i sytuacje, które temu towarzyszyły, nadawały tym słowom zupełnie inne znaczenie. Sami ze zdziwieniem to odkrywaliśmy.

Pamięta, jak śpiewali w więzieniu w Płocku. – Tam słuchali nas faceci, którzy mają długie wyroki. Niektórzy opowiadali, że w więzieniu się nawrócili i mimo krat, czują się wewnętrznie wolni.

Jeden ze skazanych siedział wcześniej w innym więzieniu, ale niedawno przenieśli go do Płocka. Z przenosin był niezadowolony. Długo nie mógł się z tym pogodzić. Gdy przyjechała „Arka Noego” i zaśpiewała o świętości, powiedział, że te przenosiny to był „znak Boga”.

Na zakończenie koncertu dzieciaki podbiegły spontanicznie do skazanych i pełne ufności zaczęły wręczać im płyty. Więźniów zamurowało. – Wszyscy płakaliśmy – wspomina „Litza”. Zrozumiał wtedy, że spotkanie z ludźmi, którzy chcą słuchać o Panu Bogu, zawsze ma sens.

Innym razem grali w hospicjum w Mysłowicach. Umierający tam dwunastoletni Krzyś miał dwa życzenia: zjeść pizzę i posłuchać „Arki Noego”. Przyjechali specjalnie dla niego. Był szczęśliwy.

Ta historia miała w życiu Roberta dalszy ciąg. Gdy Maria zachorowała, spędził na onkologii dużo czasu. – Zobaczyłem, że ten szpitalny świat jest jakby prawdziwszy, bo tam człowiek pyta o najważniejsze rzeczy: o sens życia, o Boga. A na co dzień tylko goni.

Święty chodzi uśmiechnięty

– To nie znaczy, żeby mieć cały czas głupkowatego banana na twarzy – mówi Maria. Nie wyobraża też sobie, że męczennicy, których odzierano ze skóry, mówili z uśmiechem na ustach, że czują się fajnie.

Jednym ze świętych, którego spotkała w życiu Maria, był Jan Paweł II. Pamięta, jak byli u niego całym zespołem w 2001 roku. Chociaż był już schorowany i zmęczony po całym dniu, cieszył się ze spotkania. Przy jednym z utworów pozwolił im nawet głośno tupać. – Chociaż tata nas uciszał – opowiada dziś Maria.

Zawsze urzekało ją, że Papież lubił być dowcipny i często na spotkaniach z wiernymi żartował. – Święty to nie ponurak, ale ktoś, kto potrafi być szczęśliwy już tu, na ziemi – mówi Maria. Kimś takim był dla niej właśnie Jan Paweł II.

* * *

– To ktoś życzliwy na co dzień – mówi Mikołaj. Ubolewa, że nie wszyscy są życzliwi.

* * *

Ada mówi o sobie, że robi w szkole za psychologa. To dlatego, że nie lubi, gdy ktoś jest smutny. Woli, gdy wszyscy są radośni. Dlatego, kiedy widzi, że ktoś ma jakieś zmartwienie, od razu reaguje.

Są między nami w szkole i w pracy

– Może znam świętych, a nawet o tym nie wiem – odpowiada Maria. – Może to nawet ktoś, kogo nie lubię? Ale zmaga się ze swoimi upadkami. W tej chwili, tak na zawołanie, Maria nie może sobie przypomnieć, czy zna kogoś świętego.

* * *

Dla Mikołaja przykładem świętości są jego rodzice: Lidia i Marcin. – Ich świętość polega na tym, że poświęcają się dla mnie, żebym mógł się kształcić i rozwijać swoje pasje – ocenia Mikołaj. Wciąż są dla niego autorytetem.

Pewnie powie coś niepopularnego, ale imponują mu też duchowni. Dlatego, że poświęcili swoje życie Bogu. Sam nigdy nie zastanawiał się, czy chciałby być księdzem, ale wie jedno: byłoby mu bardzo trudno wyrzec się całkowicie tego świata.

Czy często spotyka świętych obok siebie? Tego nie wie. Może mijają go codziennie, a on nie ma o tym pojęcia. Bardziej przejmuje go widok tych, którzy szukają szczęścia w czymś, co świętością na pewno nie jest. Ma na myśli narkomanów, alkoholików. Widuje ich czasem w swoim mieście. Strasznie ich żałuje. – Szukają szczęścia w ćpaniu i alkoholu, ale nie są szczęśliwi – mówi. Gdy spotyka pijaka, modli się, żeby miał siły podnieść się ze swojej nędzy.

* * *

Adzie święci kojarzą się z jakąś odległą epoką. Ze średniowieczem. Może i są też obok niej, ale ona tego nie zauważa.

A sama? – Nie! – wzbrania się głośno. – Ja święta na pewno nie jestem.

* * *

Maria już przypomniała sobie, że spotkała niedawno świętą osobę. To była Magda. Była w ciąży z piątym dzieckiem, gdy dowiedziała się, że jest ciężko chora, ale chciała koniecznie urodzić. Zmarła przy porodzie.

To było kilka tygodni temu. Maria jest przekonana, że Magda, chociaż odeszła, to zostawiła po sobie życie, bo urodziła córeczkę, ale też dała nadzieję wielu ludziom, którzy ją znali.

– Tak, to była na pewno święta osoba – powtarza Maria, jakby chciała się upewnić.

Pan Bóg mówi dużymi literami
Stanisław Zasada

urodzony w 1961 r. – dziennikarz, reporter, absolwent polonistyki na UMK w Toruniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu.Współpracuje m.in. z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Gazetą Wyborczą”. ...