Pan Janusz

Jest od zawsze. Ruchliwy, z naturalną tonsurą na głowie. Kiedyś przyprowadził do duszpasterstwa synów Jarka i Marka. Z zawodu zootechnik, z urzędu wieloletni dyrektor zoo. Dystyngowana żona jest lekarzem, profesorem chorób tropikalnych. Dzisiaj na emeryturze.

Pan Janusz Kocięcki zawsze gdzieś pędzący, zaangażowany, pod pretekstem sprzątania zoo w Poznaniu zapraszał nas jeszcze w peerelce do sali kominkowej, gdzie piekły się kiełbaski. Kochał wolność, atmosferę harcerskich ognisk i harcerskiej liturgii. Nosił w sobie jakieś tajemnice, których nie wyjawiał. Czasem tylko w zaufaniu napomknął coś o czasach przedwojennych, o ojcu legioniście spod Raszyna i nauczycielu, którego zamordowali Niemcy, o wojnie i Szarych Szeregach. Znał wielu dziwnych ludzi, którzy siedzieli w więzieniach. Było w nim coś z konspiracji, coś z niedopowiedzenia. Studiował w Olsztynie, bo z wilczym biletem szukał sobie miejsca w życiu. Zapalony turysta, przyrodnik, szybownik. Człowiek niezwykle otwarty i radosny. Szybko znaleźliśmy wspólny język.

Płynęły lata. Chłopcy wyrośli i poszli w świat. A pan Janusz pozostał taki, jak zawsze. Jest z nami od początku na Jamnej. Przed sylwestrem nosił tam dziewczętom wodę ze źródła w dolinie, żeby się wykąpały. Pomaga w kuchni, opowiada o zwyczajach zwierząt. Tego mogę słuchać godzinami. Jest z nami na wszystkich spotkaniach lednickich. Czasem jako intendent, kiedy indziej jako załatwiający z urzędami żerdzie, to znowu czuwający nad wyżywieniem młodzieży na zlotach i rekolekcjach – jak duch opiekuńczy. Dogląda wszystkiego, obdarowując nas dobrym słowem i serdecznym uśmiechem. Młodzież kocha pana Janusza.

Kiedy w 1992 roku otrzymaliśmy dom na Jamnej, pomyślałem, aby zainstalować tam osiołka, który byłby pierwszym rezydentem naszego domostwa. Poszedłem z tym pomysłem do pana Janusza i to on wyszukał zwierzę w poznańskim zoo. Nim wyjechał na Jamną, osiołek otrzymał urzędowe imię Janusz, na cześć pana Janusza, i poddany został szkoleniu, które uwieńczone zostało doktoratem. Doktorat Januszka był wspaniały. Na dziedzińcu naszego akademickiego kościoła odczytano recenzje i laudacje mistrzowsko napisane przez prezesa Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i profesora filozofii z Katowic, odegrano hejnał z balkonu, a sam akt promocji polegał na muśnięciu doktoranta żabotem ojca Innocentego Bocheńskiego, doktora honoris causa multiplex, pochodzącym z jego doktoratu honorowego otrzymanego na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Po Januszu na Jamnej pojawiły się kolejne zwierzęta. Kiedy biskup Sławoj Głódź podarował nam konia, Jola wybrała dorodną źrebną klacz Jotę, angloaraba. Klacz jednym susem przeskakiwała nasze ogrodzenia, a my goniliśmy ją po Jamnej. Kiedy zbliżał się czas jej oźrebienia, zadbałem o to, aby pan Janusz był na miejscu. Źrebię przyszło na świat piękne i zdrowe. Nazajutrz były na Jamnej rekolekcje dla księży. Księża – wiadomo, naród niesubordynowany, żyjący w absolutnej wolności – wbrew zakazom zaczęli zaglądać do stajni i kichając z podziwu, zakazili źrebiątko Jawora. Diagnoza: biegunka niemowlęca. Źrebię słabło z powodu odwodnienia, a w konsekwencji nie mogło się utrzymać na nogach i nie mogło ssać. Zdawało się, że nie przetrwa. Wtedy Pan Bóg zesłał księdza po weterynarii. Natychmiast pojechałem do Nowego Sącza po smoczek i Humanę O dla noworodków. Kiedy pani w aptece w Nowym Sączu zobaczyła mnie zdyszanego i wołającego o smoczek i Humanę O, spytała: „Dla kogóż to?”. „Dla konia”, odpowiedziałem. Pani już uspokojona przyniosła, co trzeba, a pan Janusz dokarmiał źrebię i postawił je na nogi. W międzyczasie przysiadłem, aby napić się kawy. Pan Janusz elegancko podał w filiżankach, zapytując z uśmiechem: „Z mleczkiem czy bez?”. Naturalnie z mleczkiem. Kawa była przewyborna. Sączyłem ją, by maksymalnie wydłużyć czas jej picia, ale w końcu poprosiłem o drugą taką samą. Pan Janusz się strapił, bo mleczka już nie było, ale kazał zaczekać i oddalił się gdzieś z dzbanuszkiem. Za chwilę wrócił z mleczkiem. Na pytanie, skąd wziął to cudowne słodziutkie mleczko, zrobił się cały czerwony. Dopiero po latach przyznał się, że poszedł wydoić klacz, bo mleka miała w nadmiarze.

Innym znowu razem zwierzyłem się, że spod Bramy III Tysiąclecia powinien kiedyś wylecieć orzeł. Tak się złożyło – bo nam zawsze wszystko się składało – że w poznańskim zoo był właśnie kurowany orzeł bielik i czas kuracji dobiegał końca. Orła trzeba było wypuścić na wolność. Dlaczego nie nad Lednicą? I znowu pan Janusz zaaranżował ten lot – piękny i symboliczny. Ze wzruszeniem patrzyliśmy, jak król ptaków wzbija się w niebo.

Pan Janusz dał nam dużą część siebie samego. Swojego serca. A jako harcerz stale jest na służbie. Widzę go zawsze jako pierwszego z kwiatkiem, bo pamięta, kiedy nikt nie pamięta, z drobiazgiem serdecznym, czymś pożytecznym, co może się przydać. Imponuje mi jego myślenie o drugim. Bardziej o drugim, a mniej o sobie. Wierzę, że po najdłuższym życiu będzie w pobliżu Pana Boga, bo zawsze potrafi być pod ręką, w czymś pomóc i do czegoś się przydać, a Pan Bóg takich potrzebuje. Najgorzej jest wtedy, kiedy jest się człowiekiem, z którym ludzie nie wiedzą, co zrobić. Sam Pan Bóg musi się wtedy głowić i zastanawiać, co takiemu powierzyć. Z panem Januszem takiego kłopotu nie będzie.

Pan Janusz
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...