Pani Iza
fot. robert bye / UNSPLASH.COM

Zawsze elegancko ubrana, uczesana, w dużych rogowych okularach. Blondynka. Niekiedy wkładała kapelusz. Mówiła powoli i z namaszczeniem. Nawiedzała nas uroczyście w duszpasterstwie i zawsze przynosiła coś do zjedzenia. Były to najróżniejsze smakołyki. Studenci na nie czekali. Pierwsze rzodkiewki, pomidory, ogórki, banany. Delikatesowe słodycze, orzeszki, suszone owoce. Niekiedy całe gotowe zestawy obiadowe. – Czy nie było przypadkiem pani Izy? – dopytywali studenci, wpadając do duszpasterstwa. Gdy już się ośmieliła, bywało, że przynosiła coś do ubrania. Jakieś T-shirty, szaliczki, skarpetki. Miała potrzebę pomagania.

Kiedy na chwilę usiadła, opowiadała o swojej rodzinie. O ojcu wojskowym straży nadgranicznej, o matce, o wywózce na Sybir i o swoim zaangażowaniu w wielu środowiskach i stowarzyszeniach. Pokazywała jakieś zdjęcia, dokumenty. Ale te opowieści ciekawie zaczynane, nigdy się nie kończyły. Urywały się gdzieś niedokończone. Jakby zakładała, że wszyscy powinni wiedzieć, co było dalej.

Zostało Ci jeszcze 69% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się