Patrzeć będę w księżyc, widzieć będę słońce

Patrzeć będę w księżyc, widzieć będę słońce

Są słowa, których szukamy całe życie. Zdania potwierdzające własne, mozolne poszukiwania. Są światłem, które gwałtownie przerywa ciemności uporczywego błądzenia. Błyskawice przeszywające mroki. Dzięki nim wreszcie możemy zobaczyć rzeczy takimi, jakie są. Umęczony umysł doznaje wreszcie oświecenia. Te zdania ratują życie.

Dwa lata temu natrafiłem przypadkiem — takie frazy zawsze spotyka się przypadkiem — na wypowiedź ks. Tischnera. „Ewangelia jest wciąż przed nami”. Zdanie — oświecenie, zdanie — ratunek. Od tamtej pory zapadło ono we mnie, miałem je w sobie. Było zdaniem „moim”, zdaniem napisanym specjalnie dla mnie. Napisać, że je rozważałem, to zbyt mało. Ja je rozgryzałem, smakowałem i kwestionowałem. Pojawiało się nieustannie w trudnych rozmowach, w rozmowach ważnych, istotnych. Wreszcie zdanie — oświecenie wydało swój owoc. Stało się jasne, że takie zdanie prosi o coś więcej. O ciąg dalszy, który ma nastąpić w tym, który został nim obdarowany. Własną odpowiedź.

Z(a)danie

Ewangelia jest wciąż przed nami. Chrześcijaństwo wkracza w XXI wiek swojego istnienia, a dopiero teraz zdaje się, że rozumie cokolwiek ze swojej świętej Księgi. Słowa przez XX wieków były sprytnie wykorzystywane do popierania własnych poglądów. Przydały się do potwierdzenia idei krucjat, antysemityzmu, budowania wrogości między religiami. Korzystali z Ewangelii politycy, karierowicze, dyktatorzy, oszuści. Brali z nich, co się komu podobało, demoniczni prorocy, pożal się Boże artyści, pseudomistycy wszelkiej maści. Słowa Jezusa uwikłane w świat polityki, walki o władzę, znieważania ludzi. Słowa Jezusa wykorzystane przeciw przesłaniu Jezusa. Ci, którym powierzono Ewangelię, nie dbali o nią. Pozwalali wykradać z niej co piękniejsze perły i nie protestowali. Sami także okazali się nie lepsi. W ich rękach święta Księga zamieniła się w znak pożogi, fanatyzmu, obłudy.

Dopiero teraz Ewangelia staje się dla Kościoła ewangelią. Po wiekach wykorzystywania jej, wysługiwania się nią wreszcie coś z niej rozumiemy. Być może były potrzebne wieki niezrozumienia, wieki niesłuchania słów Chrystusa, aby poznać własne błędy. Odpadła walka o władzę polityczną, zrezygnowano z nawracania za każdą cenę. Teraz, po stuleciach niewierności, zdaje się, że Ewangelia dopiero przed nami się otwiera. Badania archeologiczne, dociekania teologiczne ostatnich lat pozwalają lepiej zrozumieć kontekst oraz sedno przesłania Mistrza z Nazaretu. Ucieka się od utartych schematów, szukając rozwiązań nowych. Powoli zaczyna do nas coś docierać. Wreszcie pozwalamy mówić Jezusowi. Wreszcie chcemy Go słuchać.

Ewangelia jest wciąż przed nam. Powinniśmy się pogodzić z tym, że jej logika nas wyprzedza. Nie zrozumiemy wszystkiego. Docieramy się do sensu, brzmienia prawdziwego, oryginalnego. Rozumiemy i wiemy znacznie więcej niż kiedyś. Nie pojmiemy jednak wszystkiego. Ewangelia jest przesłaniem, do którego zmierzamy.

Odpowiedź

Wraz z otwieraniem się na Ewangelię zaczyna się czas Kościoła. Taka jest właśnie odpowiedź na zdanie Tischnera. Czas Kościoła dopiero się rozpoczyna.

Patrzę na świątynie Majów. Zawsze mnie intrygowały. Wielkie, potężne, tajemnicze. Zdjęcia w atlasie oddają ich grozę i majestatyczność. Religia Majów istniała przez stulecia. Kult ich wierzeń napełniał kontynent Ameryki przez wieki tak, że ziemia nasiąkła nim. Podobne uczucia budzą piramidy. Potężne dzieła ludzi ogarniętych religijnym przeświadczeniem. Wiara starożytnych Egipcjan karmiła spragnionych sensu przez setki lat. Gdyby mierzyć siłę wiary sakralnymi budowlami, to Egipcjanie i Majowie prezentują się znakomicie. Wierzenia starożytnych musiały być żywotne, gdyż niemożliwe byłoby stworzenie czegoś takiego jedynie dzięki sile, przemocy, terrorowi. Przypatrzmy się tym, które znacząco wpłynęły na kształt naszej cywilizacji. Persja, Asyria, Babilon, religie Azteków oraz Inków. A jednak ich wierzenia upadły.

Porównajcie katedrę chrześcijańską z potęgą piramid czy świątyń Majów. Najwspanialsza katedra gotycka, jak chociażby Notre Dame, ten symbol potęgi chrześcijaństwa. Świątynia chrześcijańska wypada nader skromnie wobec budowli sakralnej kultury Majów. Potęga tej ostatniej jest przytłaczająca. Chrześcijaństwo jest kruche i dopiero się rozwija. Nie widać tego na kontynencie europejskim, gdzie chrześcijaństwo wsiąkło na dobre. Problemy, z którymi styka się Kościół w Azji czy Afryce, wciąż pokazują, że mocna pozycja chrześcijaństwa jest złudzeniem. Na tych kontynentach wiara następców Mistrza z Nazaretu staje w szranki z innymi wierzeniami. Chrześcijaństwo jest traktowane bez przywilejów, tak jak każda inna religia na targu idei wiecznego szczęścia. Czas chrześcijaństwa dopiero się rozpoczyna.

2000 lat, ta chluba Kościoła, jest niczym w porównaniu ze starożytnymi kultami, które panowały przez długie wieki. Chrześcijaństwo na dobre zadomowiło się jedynie w Europie. Wpłynęło na kulturę, rozwój myśli filozoficznej, prawodawstwo. Nie zmieniło jednak mieszkańców kontynentu. Coraz częściej mówi się, że potrzebna jest powtórna ewangelizacja Europejczyków. Po dwudziestu wiekach pozostali oni poganami lub powrócili do pogaństwa, odrzucili chrześcijaństwo na rzecz innych wierzeń. Wydawać by się mogło, że Ewangelia w Europie wypaliła się, straciła swoją siłę oddziaływania. Naukę Jezusa przyćmiły niechlubne dokonania Kościoła. Współcześnie Kościół jest postrzegany nieufnie do tego stopnia, że urzeczywistnia sobą zdanie z Ewangelii: Cóż dobrego może wyjść z Galilei? Czy spodziewamy się w ogóle czegokolwiek dobrego po uczniach Chrystusa? Ich hierarchowie są zawsze spóźnieni o kilkadziesiąt lat w swoich decyzjach, do błędów przyznają się po wiekach milczenia, nigdy nie idą z duchem czasu. Nastąpiło zużycie, znudzenie się i wyczerpanie formy (modelu) Kościoła, który istniał do tej pory. Do wieku XX mieliśmy do czynienia z Kościołem panującym, zabierającym głos w sprawach tego świata, broniącym swoich zdobyczy terytorialnych i politycznych. Po wieku dwóch wojen światowych, Kołymy i Oświęcimia, totalitaryzmów i konsumpcji Kościół staje się sobą. Zszedł ze swego piedestału i doświadczył bólu, którego powinien był doświadczyć. Cierpiał na równi z innymi, był prześladowany i pytał z bezradnością: Boże, dlaczego do tego dopuściłeś? Doświadczywszy tego na własnej skórze, Kościół może wreszcie stać się sobą. Obecnie przeżywamy jego ponowne narodziny, jego drugą młodość.

Gdzie jest Kościół?

Zdanie Alfreda Loisy: „Jezus głosił królestwo, a tymczasem pojawił się Kościół”, jest bardziej optymistyczne, niż by się na początku wydawało. Jakie to szczęście, że Kościół nie jest królestwem Bożym. Znak równości między tymi dwiema rzeczywistościami byłby porażką Pana Boga i weń wierzących. To, co nie przeżywa kryzysu, jest martwe. Znakiem żywotności są zmiany, które rodzą się w wyniku zderzeń, konfliktów, kryzysów. Nie myślę tu o łagodnym, grzecznym dostosowaniu się do świata, nadążaniu za nim. To nie są zmiany. To barwy ochronne rodem z filmów Zanussiego. To, co przeżywa załamania, jest żywe: czuje, przeżywa, myśli. Tylko monolit się nie wzrusza. Dla małżeństwa nie są groźne kryzysy — one mogą być zbawienne dla wspólnoty małżonków złączonych miłością. Śmiercią małżeństwa może być mała stabilizacja bez większych wstrząsów wewnątrz serca. Tomáą Halík wyraził to może jeszcze dobitniej w tytule swojej ostatniej książki: Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe. Wiara, która nie dopuszcza do siebie wątpliwości, która ucieka przed pytaniami, jest złudzeniem. Nasza relacja z Bogiem zbudowana na niewzruszonej pewności nie ma zbyt wiele wspólnego z wiarą, która przecież z założenia jest krucha, pełna znaków zapytania, trudna.

Ojcowie Kościoła mówili o świętości Kościoła za pomocą symboli księżyca i słońca: jeśli Kościół ma jakąkolwiek świętość, to jest ona odbiciem świętości jedynego Świętego. Księżyc nie świeci swoim blaskiem, lecz odbija światło słońca — mawiali Ojcowie Kościoła. Lud Boży wędruje oświecony księżycem, a nie słońcem.

Moje pokolenie

Moje pokolenie pamięta jeszcze lata dogorywającego komunizmu i początki demokratycznej wolności. Widzieliśmy przemiany, choć nie zawsze byliśmy ich świadomi. Stanie w kolejkach po żywność nie jest dla nas fikcją. Zapisywanie się w kalendarzu szefowej sklepu na telewizor, odcinane kwadraciki z kartek żywnościowych, powrót do domu z rolkami papieru toaletowego spiętymi sznurkiem i przewieszonymi przez pierś niczym pas z amunicją, jaki widzieliśmy na westernach. Nie podzielam nostalgii za komunizmem. Pisząc „moje pokolenie”, sytuuję siebie właśnie wśród tych, których dzieciństwo upłynęło pod znakiem komunizmu. Dla których PRL to nie jest „Miś” ani „Alternatywy 4”.

Nie załapałem się na myślenie ks. Józefa Tischnera. W latach 90. ubiegłego stulecia, gdy myśl autora Nieszczęsnego daru wolności święciła medialne tryumfy, ja przeżywałem romans z ateizmem. Tischner w telewizji. Tischner w gazetach. Tischner w radiu. Tischner w kazaniach. Tischner wycofany w samotność i chorobę i tłumy ciągnące za nim, wyłudzające od niego ostatnie słowa pochwał, pomocy w przepchnięciu czegoś, zaistnienie przy jego boku. Gardziłem tym. Nie widziałem siebie w takim Kościele. Mądrość księdza–górala nie dla mnie była. Tak jest do tej pory. Znużony i zniechęcony, zrażony do posługiwania się jego filozofią. Gadające głowy na ekranie, ludzie próbujący przedstawić się jako wielcy miłośnicy i znawcy dociekań Tischnera. Zwłaszcza w rocznicę jego śmierci. Hipokryzja. Hipokryzja także Kościoła, któremu nie podobała się krytyka w Tischnerowym wykonaniu. Zapomniano o tym. Tischner dla wszystkich: kawałek dla prezenterów telewizyjnych, kapkę dla zasłaniających się cytatami kaznodziejów, ociupinkę dla studentów.

Próbowałem czytać jego książki. Nie dałem rady. Wdzięczny jestem za to JEDNO ZDANIE, ale jak żałośnie to wygląda w porównaniu z całym regałem jego książek? Tłucze się za mną, wlecze się niemiłosiernie wyrzut, że był szansą niewykorzystaną przez moje pokolenie. Że może tak naprawdę był właśnie dla nas, a przywłaszczyli go sobie inni. Nie po drodze mi z Tischnerem. Za dużo podpinających się pod jego sutannę. Warcholskie chochoły wszelkiej maści zagarnęły go sobie i nie jest już on ci mój.

Nie przekonał mnie Jan Paweł II. Nie dociera do mnie język Jego przemówień. Nie podzielam zachwytu, nie uczestniczyłem w uroczystościach i wydarzeniach. Alienowałem się. Świadomie i z premedytacją. Zrażało mnie bałwochwalcze uwielbienie dla Papieża, które nie miało nic wspólnego z szacunkiem ani nawet znajomością myśli Jana Pawła II. Czułem, jakby między Papieżem a mną istniał wykrzyczany mur, ściana chorągiewek, walki o lepsze miejsca w sektorach, żeby „widzieć” — mur, którego nie byłem w stanie przejść.

Moje pokolenie nie ma autorytetów wiary. Średniowieczne legendy głoszą, że kiedy przez miasto przechodził św. Bernard z Clairvaux, matki ukrywały swoich synów, aby nie poszli za nim. Św. Franciszek z Asyżu szybko zgromadził chętnych do naśladowania jego drogi, choć niespecjalnie o to zabiegał. Za kim miałbym pójść dzisiaj? W którą stronę się zwrócić? Moje pokolenie nie znajduje kogoś, kto zdołałby je porwać za sobą. Dorastałem w atmosferze Kościoła tryumfującego, który obalił komunizm, który zdołał wytrwać, który uratował naród od czerwonej zagłady, ale z Kościołem splendoru nie da się zaprzyjaźnić. Wiem, że współczesne chrześcijaństwo ma wiele wspaniałych postaci. Nie zdążyłem już poznać ks. Jana Ziei. Cenię zdanie księży Adama Bonieckiego, Tomasza Węcławskiego, Wacława Oszajcy, Wacława Hryniewicza, Leona Knabita. Głęboko podziwiam postawę i dokonania siostry Małgorzaty Chmielewskiej. Ze wszystkich wymienionych do niej jednej mam największe zaufanie. Jest prosta, autentyczna i do tego ta urzekająca mieszanka pokory z buntem. Żadna z tych postaci nie przemawia jednak do mnie w taki sposób, abym natchnęła mnie nową nadzieją. Skąd się bierze ta nieufność? Przecież mówią dobrze, mówią mądrze, mówią zachwycająco… Gdzieś głęboko we mnie, a wierzę, że jest to doświadczenie całego mojego pokolenia, jest zranienie. To rana zadana nam przez Kościół wywyższający się, walczący o przywileje w nowej rzeczywistości. Jestem jak dziecko, które było świadkiem rodzinnej kłótni: nie wiadomo, co teraz zrobić. Oto moje własne państwo było skłócone z Kościołem. Walka o kształt konstytucji, z obydwu stron żenująco niski poziom kłótni w sprawie aborcji, wysługiwanie się religią przez polityków, agitacja polityczna z ambon. Zatrzymałem się w przedpokoju i stałem się wbrew swej woli świadkiem tego wszystkiego. I tak jak dziecko, któremu nikt niczego nie wytłumaczył, nie mam już zaufania ani do państwa, ani do Kościoła.

Ewangelia jest palącym problem dla człowieka poszukującego sensu. Kościół jest „przeklętym problemem” dla każdego człowieka żyjącego w naszym kraju. Trzeba się wobec niego określić. Przyjęta postawa ewoluowała, może nawet nastąpi zmiana frontu. To nie jest prosta sprawa: brak zaufania do Kościoła instytucjonalnego, brak autorytetów, brak mapy duchowej. Niby wszystko zostało dane: chrzest, tradycja, kultura, wychowanie. W rzeczywistości zostaliśmy pozostawieni sami sobie i czujemy się zdradzeni. Kościół nie jest nasz i nie jest dla nas. Zgubił moje pokolenie. Zbyt szybko wyrośliśmy; nawet się nie obejrzał, a już wyszliśmy kuchennymi drzwiami. I na całe życie mają moi rówieśnicy problem z powrotem do tego, który zdradził — był zajęty sobą, a nie nami.

Pozostaje siedzenie w opustoszałym kościele w nawie pod sklepieniem, tam gdzie jest najciemniej. Żeby nikt nie widział i żeby samemu nie być widzianym. Czekanie na to, co ma nadejść. Na to nas stać.

Nikt nie zachęca do powrotu, bo nie do końca wiadomo, kto był synem marnotrawnym. Wszystko przeczy sensowi pojednania: nikt nie czeka, każdy się okopał na swoich pozycjach, emisariuszy nie wysyłano. A właśnie budowniczowie mostów są teraz pilnie potrzebni. Nie w postaci błyskotliwych metafizycznych anegdotek opowiadanych w telewizyjnym talk–show, nie w statystycznych sukcesach, ale w działaniu. Jeśli współcześnie Kościół potrafi przekonać do siebie, to raczej nie przez kaznodziejów mających na każde pytanie przygotowane odpowiedzi–formułki. Przypominają oni bardziej biznesmenów, którzy doskonale poruszają się w swojej świetnie zorganizowanej firmie. Nie przekonują do Kościoła hierarchowie. Ich ogłada w mowie przypomina wystąpienia polityków, po których nic się nie zmienia. W rzeczywistości członkowie hierarchii kościelnej i przedstawiciele polityki są dla większości z nas (ale czy tylko dla nas?) tą grupą społeczną, która im bardziej chce przekonać do siebie, tym bardziej zraża.

Przekonują ci, których nie widać. Ci z pierwszej linii prawdziwego frontu bitwy o serce człowieka. Walka odbywa się w ciemnościach, ubóstwie i pokorze. Uratowali mnie spowiednicy. To w konfesjonale odbywały się (i wciąż trwają) największe zmagania. Ta walka z samym sobą, z grzechem i dążeniem do naśladowania Chrystusa jest realna. W konfesjonale, tym baraku łaski, chwyta się człowiek kapłana jak ostatniej deski ratunku. „Chcę spotkać człowieka, który niezakłamanie wierzy”. „Chcę spotkać Boga”. Te i inne zdania w rzeczywistości są wołaniem o pomoc. To prośba, choć może być wyrażona w formie krzyku, zdenerwowania: „Pragnę być wysłuchany przez Drugiego Człowieka, który Wierzy. Miej dla mnie czas i cierpliwość. Porozmawiaj ze mną”. Walka odbywająca się w konfesjonale dlatego jest tak zaciekła, a przez to tak dotykająca serca, że odbywa się indywidualnie. Penitent nie jest jednym z wielu anonimowych członków ludu Bożego. W tej jednej chwili jest sobą. Ma imię. Pozbawiony anonimowości mówi we własnym imieniu swoim głosem. Uporczywe powracanie i podejmowanie tej duchowej walki jest wyrazem dobrej woli. Spowiadający się chce coś zmienić w swoim życiu, ale prosi o umocnienie.

Sakrament pokuty i pojednania otoczony jest tajemnicą. Wielowiekowe przestrzeganie tajemnicy spowiedzi zbudowało olbrzymi potencjał zaufania. Człowiek poszukujący może liczyć, jeśli nie zawsze na zrozumienie, to z pewnością na wysłuchanie. Spowiednicy milczą o zmaganiach, którym towarzyszyli. Są w cieniu spraw dokonanych. Wyjściem Kościoła dla ludzi zranionych (np. przez Kościół tryumfujący jak moje pokolenie) jest autentyczna praca spowiedników: cicha, pokorna, blisko człowieka zbolałego. Nie przez przypadek konfesjonały w kościołach umieszczane są zazwyczaj z tyłu świątyni, tak aby rozgrywające się w nich dramaty miały godną do tego oprawę.

Nauka z chodzenia po wodzie

Czy pamiętacie fragment Ewangelii, gdy Piotr idzie po wodzie do Jezusa kroczącego po jeziorze (Mt 14,24–33)? Piotr porywa się na rzecz niezwykle śmiałą: stawia Jezusowi żądanie. „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!”. Uczeń zdaje sobie sprawę, że bez pomocy Mistrza nie jest w stanie pomaszerować po tafli wody. Sam z siebie tego nie potrafi, dlatego domaga się bardzo stanowczej pomocy, niemal rozkazu, który złamie jego słabość: „Każ mi przyjść”. Jest coś w głosie Mistrza z Nazaretu, co uwalnia Piotra — ten wyskakuje zaraz z łodzi i rusza. Z pewnością początkowe zdumienie zamienia się w dumę. Piotr widzi, że to wcale nie jest takie znowu trudne, ot, taka mała przebieżka po wodzie. Toż przecie nawet Andrzej, Jan czy pozostali w łodzi mogliby zrobić to samo. Im bardziej Piotr jest dumny z siebie, tym bardziej tonie. Jego oczy nie spoglądają na Mistrza, który go wyzwolił. Nie potrzebuje już Jezusa — Piotr otrzymał to, czego pragnął, więc reszta traci na znaczeniu. Apostoł patrzy już tylko na siebie, na swoje niebywałe osiągnięcie. Jest kimś, udało się. Obrasta w piórka. Dopiero, czując silny wiatr, zaczyna szukać swojego Pana. Jezus tylko na to czeka: podmuch wiatru ma pokazać Piotrowi, kto tu jest najważniejszy. Uczeń dokonuje rzeczy niezwykłych mocą Pana i tylko pod warunkiem, że robi swoje, nie roszcząc sobie do tego żadnych praw. Zimny prysznic bardzo się przydał Piotrowi.

Im bardziej patrzysz w siebie, tym bardziej toniesz. I tak jest z Kościołem. Nieprzypadkowo spotkało to właśnie Piotra, który miał być przywódcą apostołów. Jest to zdarzenie, które dokonuje się nieustannie w dziejach Kościoła. Jeśli patrzy on tylko na swoje osiągnięcia, własną potęgę, rosnące możliwości, zaczyna tonąć. Przeznaczeniem Kościoła jest właśnie to: nie zwracając na siebie uwagi, podążać w stronę Mistrza.

Tacy jak Piotr

Piotr otrzymał wiele znaczącą lekcję. Przez wszystkie karty Ewangelii żadnego z uczniów Chrystusa nie spotyka tyle wpadek, co właśnie tego, który został przywódcą apostołów. Dlaczego nie został nim na przykład Jan, który trwał niezmiennie przy Mistrzu? W czym byli gorsi Andrzej czy Filip? O ich upadkach Pismo Święte skwapliwie milczy. Piotr — Potknięcie Za Potknięciem. Piotr otrzymał nowe imię: Skała. Gdy nadszedł czas świadczenia o Panu, nie zadrżał, nie popełnił jednej ze swych wpadek. Jego serce było już przygotowane. Piotr nie byłby twardy jak skała, gdyby wcześniej nie odrobił wszystkich zawstydzających go lekcji.

W życiu duchowym istnieje dziwna zależność: im lepiej, tym gorzej. Im bliżej jesteśmy Pana Boga, tym trudniejsze doświadczenia nas spotykają. Dotkliwiej upadamy, ponosimy większe obrażenia, niemal ledwo uchodzimy z życiem. Wiara poddawana jest próbom. Nie potrafimy się modlić, sytuacje z pracy, studiów, życia rodzinnego zdają się nas przerastać. Pojawia się uczucie smutku, przygnębienia, a także strachu i wściekłości. „Panie, czy nic Cię nie obchodzi, że giniemy”? W obliczu takich sytuacji wydaje się, że jesteśmy bezradni. I rzeczywiście tak jest. Nic nie możemy uczynić. My nic. Próby wiary muszą się pojawiać, aby relacja z Bogiem była realna. Kryzysy są nieodłącznym etapem wzrostu. Kryzys to sytuacja graniczna, którą musisz przekroczyć, aby rozwijać się dalej. Siła Piotra brała się nie z siły jego charakteru, umiejętności, ale z tego, przez co przeszedł. Jego wiara pękała wobec spotykających go doświadczeń. Wiara musi być zakwestionowana, aby mogła się rozwijać. Tak jest przez całą Biblię: doświadczenie Izraelitów wędrujących przez pustynię, los Hioba czy uzdrowienie Syrofenicjanki.

Szaleńcza jest ta myśl, ale taka jest konsekwencja: jeśli Kościół chce być wierny swojemu Panu, powinien modlić się o kryzysy.

Oblubienica nie jest starą panną

Jestem przekonany, że dopiero teraz nadchodzi czas Kościoła. Uwolniony od walki o wpływy polityczne, odseparowany od tronu może być wreszcie sobą. Kościół pokazany jest w Apokalipsie jako Oblubienica. Można zapytać: takich, którzy chcieliby 21–letnią pannę młodą, jest bez liku, ale kto by tam chciał taką pannę, co to ma 21 wieków? Czy Kościół nie zachwyca nas dlatego właśnie, że jest już starą panną?

Panna młoda jest marzeniem każdego mężczyzny — pełna powabu, humoru, piękna. Stara panna jest jego zmartwieniem.

Zapytaj człowieka głęboko przeżywającego liturgię mszy świętej, nowicjusza w zakonie lub dla odmiany starego siwego księdza, czy Kościół jest niechlubną, porzuconą, odsuniętą i niechcianą starą panną? Czy jest kapryśną, zrzędliwą, wiecznie nadąsaną księżniczką, która myśli, że jest pępkiem świata? Odpowiedzą, że pielgrzymujący lud Boży jest nasycony siłą i zachwytem. Że Kościół jest miejscem odpocznienia, fascynacji i uporu.

Jest młody młodością Wiecznego. Ma rację św. Jan, pisząc w Apokalipsie, że Kościół jest Oblubienicą. Gdy Bóg jest Odwieczny, niepodlegający zmianie czasu, czym może być wobec Niego Kościół, jeśli nie panną młodą?

Co jakiś czas słyszymy o odnowie, reformach czy wiośnie Kościoła. Jak może się odnawiać to, co jest młode? Poprzez powrót do źródeł swej witalności. Do samego Pana Boga. Na tym polegają wszystkie reformy ludu Bożego. Zmiany w Kościele mają o tyle sens, o ile przybliżają wierzących do Pierwszego. Jeśli nie biorą poważnie tego jedynego sensu, są wytworem pychy.

Im gorzej, tym lepiej

Gdy patrzymy na dzieje chrześcijan, nieodparcie nasuwa się wniosek: im gorzej działo się z Kościołem, tym lepiej na tym wychodził. Wtedy, gdy Kościół pogrążony jest w „naszej małej stabilizacji”, gdy czuje się bezpieczny, niewiele jest w nim pragnienia Pana — nie potrzebuje Go, bo świetnie radzi sobie sam. Jest samowystarczalny, samozbawialny: nie przychodź Panie, przełóżmy Twoje nadejście na inny termin, jest nam dobrze.

Wtedy, gdy Kościół i wszystkie jego członki cierpią, rozlega się nieustanne wołanie do Pana — Marana tha! Przyjdź Panie, bo już czas. Jesteśmy gotowi.

Zdrowy rozsądek każe zagłuszyć tę myśl. Jest niemal niedorzeczna. Przypomina koan — paradoksalną wypowiedź, zagadkę tak ulubioną przez buddystów i mistyków. Dzieje Izraela, Ewangelia i historia Kościoła nie pozostawiają jednak wątpliwości: jeśli zależy ci na Bogu, na realnym zbliżaniu się do Niego, na pełnieniu Jego woli, nie pozostaje ci nic innego, jak tylko modlić się o kryzysy wiary. Pozwól, aby Bóg zakwestionował twoją wiarę. Przyjmij to. W rzeczywistości, jeśli naprawdę wstąpiłeś do Jego służby, On już to czyni. Znajdziesz tę myśl wyrażoną chociażby u św. Jana od Krzyża w Nocy ciemnej. Bóg zakwestionuje twoją wiarę nie ze złośliwości, ale by ci pomóc: zobaczysz, jak niewiele jest tak naprawdę Boga w twoim życiu. Ilu masz bożków lub Jego zastępców: twoje ego, ocenianie siebie i innych według własnych kryteriów, brak wdzięczności. Dopiero, gdy twoja wiara się zachwieje, być może pełniej zwrócisz się ku Bogu. W tym sensie Ewangelia jest wciąż przed nami. Czas Kościoła dopiero nadchodzi.

Patrzeć będę w księżyc, widzieć będę słońce
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz.  Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....