Pęknięcie w Kościele czy krzywa Gaussa?

Pęknięcie w Kościele czy krzywa Gaussa?

Są artyści, którzy potrafią nawet zejść ze sceny, jeśli taka jest cena uratowania siebie – największej ze sztuk. Jak powiedział przed laty do twórców Jan Paweł II, w końcu będziemy rozliczeni z jednego talentu – talentu człowieczeństwa.

Wracam z Lublina z Kongresu Kultury Chrześcijańskiej. Naprzeciwko mnie w pociągu siedzi uśmiechnięty, starszy człowiek. Nie zna mnie. Zobaczyłem go wczoraj wieczorem w czasie przejmującego spotkania „Jedna ziemia — dwie świątynie”. Miało ono przypomnieć, że przed wojną w Lublinie żyły dwie wspólnoty religijne: chrześcijańska i żydowska. Z miejsc, gdzie przed wojną stała fara św. Michała i Wielka Synagoga, arcybiskup Józef Życiński i rabin Michael Schudrich wykopali ziemię. Dwoje dzieci — polskie i żydowskie — oraz ks. Romuald Weksler–Waszkinel, uratowany w czasie wojny przez polskie małżeństwo, zmieszali ją potem pod Bramą Grodzką, zwaną też Bramą Żydowską, bo oddzielała niegdyś dwie dzielnice. Zasadzono w tej ziemi dwa krzewy winne — jeden z Lublina, a drugi z Rishon LeZion. Będą symbolizowały to, że kiedyś tutaj zgodnie współistniały dwie kultury, dwa narody, dwie świątynie.

Ziemia dotarła pod bramę, przekazywana z rąk do rąk w łańcuchu utworzonym przez ocalonych z zagłady Żydów i tych, którzy ich ratowali. Tam właśnie zobaczyłem mojego „znajomego” z pociągu — „Sprawiedliwego wśród narodów świata”.

Przesuwałem się wzdłuż „łańcucha życia” ku Bramie Grodzkiej wzruszony jak wszyscy uczestnicy tego niecodziennego pochodu. Z powodu psujących się mikrofonów z trudem wyławiałem nazwiska i zdarzenia przedstawiane przez bohaterów wieczoru.

Znajdujące się na trasie pochodu restauracje i puby nie przerwały swej pracy. Z otwartego okna na parterze doleciała mnie melodia wakacyjnego szlagieru Chałupy welcome to. Środkiem ulicy, w tłumie ludzi, którzy zjechali się z całej Polski i świata, była niesiona inna pieśń — pieśń o życiu. Młodzi zgromadzeni wokół pochodu zobaczyli tych, którzy ratowali życie. „Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat” — te słowa z Talmudu umieszczone są na medalach „Sprawiedliwych wśród narodów świata”. Medal przyznaje się tym, którzy w czasie wojny ratowali Żydów. W gruncie rzeczy nie jest ważne, komu się ratowało życie. Jeden z odznaczonych tych medalem powiedział mi kiedyś, że on nie ratował dzieci żydowskich. On ratował po prostu dzieci. Ratowałby każde dziecko. Bez względu na narodowość, rasę, kolor skóry. Miłość życia.

Podejmowano tyle wysiłków, narażając się na śmierć, by uratować jedno marne liche życie. Czy to nie tak jakby ratować iskierkę z popiołu, która i tak zgaśnie? Można tylko żywić nadzieję, że tak licznie zgromadzona młodzież, obserwująca na co dzień masowe unicestwianie ludzkich istnień, zapamięta te świadectwa o świętości życia.

Z człowiekiem z pociągu nie zdołałem zamienić nawet paru słów. Wysiadł na wcześniejszej stacji. Nigdy pewnie już go więcej nie zobaczę. Zapamiętam jednak jego dobry uśmiech. Uśmiech człowieka, który kiedyś postanowił ratować jedno życie.

Jak żyć w globalnym świecie?

Ten wieczór będzie dla mnie chyba najtrwalszym wspomnieniem z Kongresu Kultury Chrześcijańskiej, który odbył się w dniach 15–17 września 2000 roku w Lublinie. Kongres był prawdziwą ucztą duchową. Nie sposób opowiedzieć wszystkiego, zdać relacji z wykładów, spotkań panelowych i imprez towarzyszących. Poruszę jedynie kilka tematów i zdarzeń, które trafiły do mnie w sposób szczególny 1.

Nazwiska niektórych uczestników kongresu — jak Andrzej Wajda, Leszek Kołakowski, Ryszard Kapuściński — już przed jego rozpoczęciem w środowiskach związanych z „Naszym Dziennikiem” wywoływały emocje. Zarzucano, że ci, którzy onegdaj budowali system komunistyczny, mający unicestwić religię, teraz stanowią filary debaty o chrześcijańskich korzeniach przyszłości. Nie zaproszono natomiast tych, którzy na przykład budowali Szkołę Lubelską: Mieczysława Krąpca, siostry Józefy Zdybickiej. Arcybiskup Życiński tłumaczył, że to nie jest zjazd metodologów nauki i kultury, tylko jej najwybitniejszych twórców. Gdyby chcieć zaprosić wszystkich „zasłużonych”, zjazd trwałby co najmniej dwa tygodnie.

Kongres — według słów jego inicjatora — miał służyć poszukiwaniom chrześcijańskich odpowiedzi na pytania, które stawia przed nami życie w globalnym świecie. Przeciwstawiając się mentalności prowincji, budowaniu „murów chińskich” trzeba szukać korzeni, które nie pozwolą sprowadzić definicji człowieka do homo ludens czy homo pragmaticus. Człowiek współczesny nie znajdzie wyzwolenia ani w czystym pragmatyzmie, ani w bezrozumnej rozrywce. Nie obyło się bez poruszania takich tematów jak wchodzenie do Europy. Andrzej Wajda trafnie zauważył, że dylemat Polaków związany z uczestnictwem w świecie nie polega na tym, czy pozwolimy się połknąć — bo to już się dokonało — ale czy damy się strawić.

Ksiądz Leszek

Wykładem, który wzbudził chyba największe emocje, był występ Leszka Kołakowskiego zatytułowany Czy już w po–chrześcijańskim świecie żyjemy? Słynny filozof wyznał, że nie jest cząstką Kościoła, ale nie jest też neutralny, z różnych racji, jak choćby z tej, że bez Kościoła kultura popadłaby w nicość. Leszek Kołakowski wyliczał przyczyny pustoszenia Kościołów w dzisiejszym świecie. Odpowiedzialnością za słabnącą żywotność wiary obarczył głównie kapłanów. „Papież umie trafiać do młodych, ale kapłani nie”. „Jeśli liczą na siłę, na gromkie potępienia, na groźby, na to, że będą skutecznie podtrzymywać wiarę, wiążąc ją z różnymi zabobonami i magią, a tym bardziej z socjalnymi i etnicznymi nienawiściami, przekonają się rychło, że pracują na swoją zgubę”. Wśród wielu zjawisk wyrządzających szkodę Kościołowi wymienił m.in. „obskurantyzm katolicki”, a jego przykładem była delegacja polskich polityków, która udała się onegdaj do Anglii, by zapewnić Pinocheta o jego niebywałym wkładzie w obronę Kościoła przed komunizmem.

Negatywnie ustosunkował się do niedawnych wydarzeń w Kościele, jakimi były beatyfikacja Piusa IX i wydanie deklaracji Dominus Iesus. Pius IX — według Leszka Kołakowskiego — wykopał rów między Kościołem a inteligencją, przemieniony następnie przez Piusa X w fosę. Dominus Iesus z kolei to niedobry znak dla współczesnego świata. Kościół wyraża w tym dokumencie nie tylko własną tożsamość, ale podkreśla swój monopol na prawomocność, co w praktyce może oznaczać, że ekumenizm ma być nawracaniem niekatolików na katolicyzm. „Trzeba wiedzieć, kiedy i co się mówi” — powiedział o deklaracji Kołakowski.

Pomimo wszystkich swoich wątpliwości filozof wyraził pogląd, że nie żyjemy w epoce po–chrześcijańskiej. Będzie tak, dopóki na świecie będą ludzie z piątego rozdziału Ewangelii Mateusza.

Oczekiwałem od obecnych na sali wysokich hierarchów kościelnych bardziej wyrazistej polemiki z niektórymi tezami wykładu. Bronienie Piusa IX dlatego, że był on w XIX wieku orędownikiem sprawy polskiej i nie godził się na rozbiory, potwierdzało jedynie problematyczność beatyfikacji, bo sprowadzało ją do płaszczyzny narodowej, a nie dawało odpowiedzi na pytanie o świętość tego papieża. Tak samo wątpię, aby ogólna, moim zdaniem, obrona Dominus Iesus — że jest ona konieczna w chwili rozmywania wartości i doktryny katolickiej — przekonała do końca Kołakowskiego, którego wiara opiera się na przeświadczeniu, że kosmos jest pod nadzorem siły duchowej prowadzącej go ku dobru. Szkoda, że najciekawszy głos w obronie deklaracji, głos francuskiego historyka Alaina Besançona rozległ się w innym miejscu i czasie, tak że nie nastąpiła konfrontacja racji.

Przeciw wystąpieniu Leszka Kołakowskiego najbardziej dramatycznie protestował Leon Kowalczyk, który zaznaczył, że nie jest żadnym filozofem, tylko lekarzem. Stwierdził, że na tej sali przed paroma laty swoje budujące słowo przekazywał Jan Paweł II. I on przyszedł tu w nadziei, że usłyszy o chrześcijaństwie, a dobiegają go tylko głosy o obskurantyzmie Kościoła. Słowa te zostały nagrodzone brawami części sali, lecz odpowiedź Filozofa, że „nie ma na to nic do powiedzenia”, wywołała jeszcze większy aplauz. I tak było kilka razy, że walka na oklaski zastępowała merytoryczną dyskusję.

Po cóż jednak poświęcam tyle uwagi chyba nie najlepszemu wystąpieniu na tej sesji? Bo jest w nim parę rzeczy znamiennych, stanowiących jakby osie Kongresu. Najpierw sama postać Profesora. Reprezentuje on w kulturze całą rzeszę tzw. „nawróconych”. Napisał onegdaj jako marksista teksty bardzo krytyczne o Kościele i religii. Potem stał się sprzymierzeńcem Kościoła. Doszło nawet do tego, że — jak powiedział we wprowadzeniu do wykładu Leszka Kołakowskiego ks. Andrzej Szostek — z racji jego licznych publikacji traktujących o Bogu i religii zdarza się, że studenci przygotowujący się do egzaminów właśnie z jego materiałów, uważają go za księdza.

Jan Paweł II bardzo Kołakowskiego ceni, wyraża to, zapraszając go na sesje do Castel Gandolfo. Nie wszyscy jednak w Polsce patrzą w ten sposób na „nawróconych”. Niektórzy ich przemiany uważają za koniunkturalne. A już szczególnie drażni, gdy traktuje się ich na zasadzie wybrańców i darzy szczególnymi względami. Bóg przygarnia wszystkich szczerze nawróconych, jeśli chodzi o ludzi, bywa różnie.

Czyściec czy rany Chrystusa?

Na konferencji prasowej arcybiskup Życiński wyznał, że odebrał boleśnie sposób, w jaki zaatakowano szczególnie Andrzeja Wajdę, Ryszarda Kapuścińskiego i Leszka Kołakowskiego, bo jest on niezgodny z chrześcijańską kulturą i odpowiedzialnością za prawdę. Na pytanie dziennikarza, co uważa na temat pęknięcia w polskim Kościele, które uwidoczniło się na Kongresie, odpowiedział: „Ja bym z tym nie przesadzał, to najwyżej krzywa Gaussa. Nie ma co oczekiwać jednomyślności. PZPR jej oczekiwała i jak się to skończyło? Chrystusa też krytykowano”.

Myślę, że wspomniani twórcy są na tyle wielcy, że stać ich na przyjęcie nawet niesprawiedliwej krytyki. Jeśli zdarzy się, że ktoś wypomina im życiorysy, może powinni przyjąć to z większą pokorą i traktować to najwyżej jako czyściec, a nie rany Chrystusowe. Rozumiem arcybiskupa Życińskiego, że jako gospodarz dbał o to, by jego gości nie spotkały „krzywdy”.

Niestety — a może to i dobrze — kultura jest miejscem zadawania sobie ran. Nie podobały mi się próby — rzadkie co prawda — zagłaskiwania przez prowadzących dyskusje sporów i nieporozumień.

Kongresowi towarzyszyło kilka nazwisk Wielkich Nieobecnych. Herberta, Herlinga–Grudzińskiego, Tischnera, Giedroycia. Za trzech pierwszych były odprawione Msze. O śmierci redaktora „Kultury” paryskiej zawiadomiono tuż po otwarciu Kongresu. Wiemy jednak, jakich gorących sporów byli zarzewiem za życia. Kultura pojęta jako dochodzenie do prawdy rani. Herling–Grudziński zdecydował się po kilkudziesięciu latach pisania dla „Kultury” przestać publikować w niej swój Dziennik ze względu na poparcie, którego Giedroyc udzielał prezydentowi Kwaśniewskiemu. (Kwaśniewski, podobnie jak wcześniej Wałęsa, zapewniał Giedroycia, że wychował się na jego „Kulturze”). Przepaść w poglądach między dwoma przyjaciółmi, którzy byli duchowymi autorytetami tego zjazdu, była zbyt duża, by mogli ze sobą współpracować. Ostre sądy Herberta na temat ludzi kultury — jak Michnika czy Miłosza — też nie są wyrazem political correctness, której zresztą poświęcono sporo miejsca na Kongresie. Kultura to miejsce pęknięć i ran. Choć bliska jest mi też definicja kultury podana przez kardynała Paula Pouparda, że jest ona pojednaniem człowieka ze światem, sobą i Bogiem.

Prawdziwy twórca

Skupiłem się tak bardzo na Leszku Kołakowskim jeszcze z innego powodu. Mianowicie, bliskie wydało mi się jego zdanie, że tak długo będziemy w epoce chrześcijańskiej, jak długo będą ludzie żyjący ewangelią. Ratują oni świat, a przy okazji ocalają jeszcze kulturę. Przecież to właśnie oni są artystami w tym najgłębszym sensie. Kim jest twórca? To ten, który uważa, że warto życie ocalić w jego wszelakich przejawach, kto z życia potrafi stworzyć scenę, na której czyni dobro. Są artyści, którzy potrafią nawet zejść ze sceny, jeśli taka jest cena uratowania siebie. Ocalenie siebie to największa ze sztuk. Jak powiedział przed laty do twórców Jan Paweł II, w końcu będziemy rozliczeni z jednego talentu — talentu człowieczeństwa. I myślę, że to kryterium twórczości powinno być uwzględnione w większym stopniu przy doborze gości Kongresu. Było wielu wspaniałych prelegentów, lecz może za mało było świadków ewangelii, zdolnych poruszyć serca. Wiem, że nie jest to łatwe. Najczęściej prawdziwi świadkowie dobrej nowiny nie kwapią się, by opowiadać o swoim życiu, a już na pewno nie, aby jeździć na kongresy.

Kiedy bardziej żyliśmy w kłamstwie?

Wyraźną sympatią sala obdarzyła takie postacie jak arcybiskup Tadeusz Kondrusiewicz z Moskwy czy kardynał Miloslav Vlk z Pragi. Myślę, że ujęli za serca właśnie dlatego, że wyczuwało się w nich świadków.

Tadeusz Kondrusiewicz wywołał ogólną wesołość i burzę oklasków na sali, gdy mówiąc o tym, jak odebrano wybór Jana Pawła II w Związku Sowieckim, przytoczył piosenkę Władimira Wysockiego.

Kiedy z nudy oni sobie tam ziewali,
I rozmarzył się troszeczkę Watykan,
Myśmy wtedy im Papieża podstawili:
Z naszych, bo to Polak i Słowianin.

Potem przedstawił wstrząsający obraz spustoszenia moralnego Rosji. Większość społeczeństwa żyje w przeświadczeniu, że ukraść z państwowego to nie grzech. 70% młodych małżeństw rozwodzi się. Nie dziwi zatem, że w samej Moskwie jest około 50 tys. „dzieci ulicy”, a w kraju 4 miliony (według nieoficjalnych danych 7 milionów) aborcji rocznie. Następuje całkowite załamanie dialogu ekumenicznego. Z ust prawosławnych słyszy się stwierdzenia: „Nasz Bóg nie jest waszym Bogiem, wasz — nie jest naszym”. To klarowny przykład znalezienia „chorej tożsamości” przez wyznawców tego samego Boga. Paradoksalnie sprzymierzeńcami Kościoła w Rosji są dziennikarze, a także — jak dorzucił w dyskusji znawca problemu, ks. Radwan — ateiści, którzy uznają, że dialog z Kościołem może ich wzbogacić. Przypomina się w tym miejscu aforyzm Romana Brandstaettera: „Niekiedy Pan Bóg chce, żeby ludzie byli niewierzący. Ich niewiara jest kolejnym dowodem na Jego istnienie”.

Kardynał Miloslav Vlk, prymas Czech, dokonując analizy totalitaryzmu, przytoczył słowa Vaclava Havla, że system ten nie domagał się od człowieka, aby uwierzył w kłamstwo, tylko aby w nim żył. W ten sposób nosicielami totalitaryzmu byli ci, którzy go nie wyznawali. Systemy totalitarne mogły się rozprzestrzenić dzięki zbiorowej sprzedajności ludzi. Aczkolwiek teza wykładu była bardzo nośna, gdyby przyjąć ją bezwyjątkowo, sam prelegent — pracujący w czasach komunistycznych jako robotnik — przeczyłby jej prawdzie. Należę do pokolenia, które dojrzewało w latach siedemdziesiątych. Jak wielu moich kolegów nigdy nie poszedłem na wybory, nie chodziłem na pochody pierwszomajowe, choć jeszcze do tego zmuszano i większość szła. Nie uważam się z tego tytułu za bohatera. Nie było to wówczas aż tak trudne, choć wielu z dzisiejszych nawróconych luminarzy świata kultury i polityki chodziło ochoczo na pochody i uśmiechając się, posyłało pozdrowienia partyjnym przywódcom. Doświadczenie kłamstwa, któremu przychodzi się dzisiaj przeciwstawić, jest o wiele bardziej niebezpieczne i przebiegłe. Dziś przecież też żyjemy w kłamstwie, kłamstwo świata reklam jest być może ohydniejsze od poprzedniego. A człowiek jest bardziej bezbronny, bo choroba wdziera się do jego organizmu bardziej podstępnie.

W tamtych czasach należało oddać pokłon bożkowi kłamstwa, bo w ten sposób wchodziło się w układy. Tyle znaczyłeś, jakie miałeś układy. Dzięki nim można było mieć wszystko, choć z dzisiejszej perspektywy jednak śmiesznie mało. Dzisiaj obowiązują inne zasady. Jesteś tyle wart, ile masz na koncie. „Masz pieniądz, więc jesteś”. Żeby dostać się do bajecznej krainy z reklam, „poznać lepszy świat”, wystarczy mieć pieniądze. Żeby je mieć, znaczna część zrobi wszystko: jedni wejdą do mafii, inni zdradzą wartości… Zdarza się, że ci, którzy walczyli z komuną, w nowej rzeczywistości sprzedają się za parę groszy. Niestety, w szeregach zdrajców wartości kroczą niekiedy jak ongiś artyści. Sztukę są gotowi sprzedać dla reklamy. Mogą zagrać wszystko: księdza Robaka, Hamleta, Petroniusza, zwolennika kawy „Pedros” czy firmy ubezpieczeniowej.

Dlatego tak ważne, by podkreślać, że artysta to ten, kto się nie sprzedaje, kto nie będzie kupczył swoim życiem i twarzą, a widz, patrząc na niego, nie będzie myślał: „Morda z billboarda”. Tymczasem billboardowi artyści są w cenie, biorą ich wszyscy, łącznie z wybitnymi reżyserami, którzy zaszczycili Kongres. Pisarz Amos Oz reklamę nazywa „globalną infantylizacją ludzkości”. „Dziewięć na dziesięć reklam przemawia do mnie tak, jakbym był dzieckiem… Co zostanie? Globalne przedszkole”. Najgorzej, że reklama nie przeszkadza wielu ludziom i mają poglądy jak bohater dowcipu rysunkowego, mówiący: „Czy oni muszą ciągle mi przerywać moje ulubione reklamy tymi nudnymi filmami”.

W mass mediach panuje kult „samego życia”, podglądanie świata dla zabawy. Tadeusz Sobolewski zwrócił uwagę na zawrotną karierę, jaką w Europie robi program Big Brother. Dziesięć osób zgadza się na podglądanie ich kamerami telewizyjnymi przez sto dni. Największą popularnością cieszy się ten, którego uznano za najgłupszego z całej dziesiątki. Jest uwielbiany za to, że nie wie, kto to jest Szekspir, i wcale go to nie obchodzi. Pojawiły się koszulki z jego podobizną i hasłami w rodzaju „głupota jest dobra”.

Andrzej Osęka mówił, że od wielu już lat artyści stają się eksponatami na wystawach sztuki. „Rozkładają w kącie galerii materace, śpią tam, jedzą, piją, obłapiają się wzajemnie. W Santiago de Chile wzniesiono przezroczysty dom, w którym zamieszkała młoda aktorka i prowadziła tam codzienne życie na oczach przechodniów. Gapie gromadzili się wtedy zwłaszcza, gdy dama wchodziła pod prysznic lub szła do toalety. Przezroczysty dom stanowił wydarzenie kulturalne. Jego treścią było jedynie to, że ktoś obnażał swoje życie w całej trywialności, ktoś inny zaś patrzył na to, ile chciał, nie musząc myśleć. Miał przed sobą owoc zakazany, a przecież wyłożony do ogólnej konsumpcji”. Współczesna kultura obnaża życie człowieka, a jednocześnie ono jej umyka, nie potrafi pokazać jego świętości.

W trakcie sesji opisano wszelkie możliwe przejawy nihilizmu i upadku współczesnej sztuki i kultury masowej. Pokazano jednak też wiele świateł. Powtarzano, że rozpacz sztuki jest wołaniem o sens.

Stanisław Rodziński przypomniał postać współczesnego malarza, Francisa Bacona — twórcy będącego jakby uosobieniem nędzy naszego wieku. Jednak w rozmowie z przyjacielem, który uważał, że idea, jakoby człowiek mógł być tylko zbawiony przez ukrzyżowanie, jest tragicznym spojrzeniem na życie i że wobec groźby piekła lepiej nie mieć nieśmiertelnej duszy niż znosić wiekuiste tortury, Bacon mówi, że wolałby wybrać tortury od unicestwienia. „W piekle — powiada — miałbym jeszcze nadzieję na ucieczkę”. Tę rozmowę Rodziński pointuje fragmentem listu Jana Pawła II do artystów: „Nawet wówczas, gdy artysta zanurza się w najmroczniejszych otchłaniach duszy lub opisuje najbardziej wstrząsające przejawy zła, staje się w pewien sposób wyrazicielem powszechnego oczekiwania na odkupienie”.

I to właściwie stanowi dla mnie światło wobec tej dość czarnej diagnozy postawionej na Kongresie kulturze współczesnej.

Epilog

W dniach 6–7 listopada odbyła się druga część Kongresu. Nie byłem na niej obecny, więc jestem zdany na serwis informacyjny i relacje znajomych. W jego trakcie odbyła się m.in. Modlitwa Pięciu Wyznań na Majdanku, w której uczestniczyło 3 tys. młodzieży z lubelskich szkół. Wręczono też doktoraty honoris causa trzem wielkim postaciom: arcybiskupowi Baltimore, Wiliamowi H. Keelerowi za ewangeliczny pragmatyzm w dialogu ze środowiskami muzułmańskimi, żydowskimi i prawosławnymi, rumuńskiemu patriarsze Teoktystowi, zwolennikowi jedności prawosławia, oraz rabinowi Rzymu Elio Toaffowi, który przyczynił się w dużym stopniu do rozwoju dialogu chrześcijańsko–żydowskiego. To na jego zaproszenie Jan Paweł II złożył historyczną wizytę w Wielkiej Synagodze w Rzymie w 1986 roku. „Ideą tej części kongresu — powiedział Józef Życiński — będzie zaakcentowanie ekumenicznej specyfiki chrześcijaństwa, chociaż obok elementu wspólnoty pojawią się także elementy polemiczne”. Polemika moim zdaniem wisiała w powietrzu choćby z jednego powodu — 3 października nie doszło w Rzymie do planowanego Dnia dialogu żydowsko–chrześcijańskiego, gdyż, jak stwierdził Elio Toaff, w świetle deklaracji Dominus Iesus jest on niemożliwy. Drażliwej sprawy jednak nie poruszono. Na konferencji prasowej Elio Toaff stwierdził: „Tylko przez dialog dojdziemy do lepszego świata”. I z pewnością miał rację. Tak samo jak rację miał arcybiskup Życiński, kiedy powiedział: „Wręczenie honorowych doktoratów KUL–u trzem wielkim postaciom reprezentującym różne tradycje duchowe pomoże skoncentrować uwagę na tym, co łączy, a nie na tym, co dzieli. Ważniejsze są wartości, które nas jednoczą, niż te, które nas dzielą, co nie oznacza bynajmniej zacierania różnic”.

Arcybiskup Lublina wyznał, że otrzymał wiele listów, w których jest zachęta, by kongresy kultury odbywały się co roku. Słusznie. Było to zjawisko wyjątkowe. Obok szeregu zgłaszanych postulatów — jak choćby ten, by zwiększyć udział kobiet — postawiłbym jeszcze jeden: by nie kierować się kryterium „najlepszych” nazwisk. Kultura bowiem to jest także spór racji nierównorzędnych.

Trzeba próbować zapraszać wszystkich. Nawet tych, którzy na wykresie krzywej Gaussa są po bokach i nie wchodzą w skład statystycznej osiemdziesięcioprocentowej normy. Warto wziąć sobie do serca słowa ks. Józefa Kudasiewicza, który apelował o pojednanie między różnymi grupami w Kościele, aby był on znakiem jedności: „Zacznijmy ekumenizm od własnego domu”.

Pęknięcie w Kościele czy krzywa Gaussa?
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”.Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...