Pięć tajemnic światła

Pięć tajemnic światła

W pełni ludzkie serce Boga-Człowieka tak bardzo pragnie jak największej jedności z nami, że używa całej swej Boskiej potęgi, by uczynić niemożliwe możliwym.

Przechodząc od dzieciństwa i życia w Nazarecie do życia publicznego Jezusa, kontemplacja prowadzi nas do tych tajemnic, które nazwać można „tajemnicami światła”. W rzeczywistości całe misterium Chrystusa jest światłem. On jest „światłością świata” (J 8,12). Jednak ten wymiar wyłania się szczególnie w latach życia publicznego, kiedy głosi On Ewangelię Królestwa. Pragnąc wskazać wspólnocie chrześcijańskiej pięć znamiennych momentów — tajemnic „pełnych światłości” — tej fazy życia Chrystusa, uważam, że słusznie można by za nie uznać: 1. Jego chrzest w Jordanie; 2. objawienie siebie na weselu w Kanie; 3. głoszenie królestwa Bożego i wzywanie do nawrócenia; 4. przemienienie na górze Tabor; 5. ustanowienie Eucharystii będącej sakramentalnym wyrazem misterium paschalnego. Każda z tych tajemnic jest objawieniem Królestwa, które już nadeszło w samej Osobie Jezusa.

Jan Paweł II, List apostolski Rosarium Virginis Mariae 21

Chrzest Jezusa w Jordanie

Wtedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?”. Jezus mu odpowiedział: „Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”. Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły się <nad Nim> niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębica i przychodzącego nad Niego. A oto głos z nieba mówił: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 3,13–17).

Droga ze Świętego Miasta wiedzie stromo w dół przez spaloną słońcem, jałową Pustynię Judzką. Dolina Jordanu uchodzi za najgłębszą na świecie. Już w miejscu, w którym ta czysta, wartka i obfitująca w ryby rzeka wypływa z tak drogiego Jezusowi jeziora — Morza Galilejskiego — płynie ona dwadzieścia metrów poniżej poziomu morza. Kontynuuje swój bieg, wijąc się malowniczymi zakolami przez początkowo bujnie porośniętą dolinę, by po trzystu pięćdziesięciu kilometrach wpaść do Morza Martwego, w linii prostej odległego od jej źródła o zaledwie sto dziesięć kilometrów. I przez cały czas płynie coraz niżej, osiągając trzysta dziewięćdziesiąty piąty metr poniżej poziomu morza tam, gdzie miesza się z śmiercionośnymi wodami, szybko zabijającymi każdą rybę, która przeżyła wędrówkę na południe. Na długo zanim rzeka kończy swój bieg w tym ponurym krajobrazie, dolina zaczyna tracić zielony entourage i upodabniać się do miejsca swego przeznaczenia.

Zapewne w jednym z tych zakoli, niedaleko głównej przeprawy pod Jerychem, wchodzi do rzeki ów dziwny człowiek, który przybył z pustyni, prorok zwany Janem Chrzcicielem. Tutaj jest dostatecznie dużo wolnej przestrzeni, by ludzie mogli się swobodnie zgromadzić. Tutaj Jan może stanąć na płyciźnie, a skruszeni grzesznicy mogą do niego bezpiecznie podejść, nie obawiając się rwącego nurtu rzeki. Można by wątpić, czy to na pewno ten sam człowiek, który przez długi czas „wołał na puszczy”, bo jego głos jest czysty i donośny. O tym, że jednak był pustelnikiem, przekonuje jego odzież: okrycie, które odziedziczył po padłym wielbłądzie i skórzany pas. Podobno na pustyni żywił się tylko tym, co tam znalazł, szarańczą i miodem. Jakkolwiek było, stoi teraz w wodach Jordanu szczupły i silny. Jest też w nim pewna gwałtowność, ale usprawiedliwiona przez czyste intencje:

Kto ma dwie suknie, niech się podzieli z tym, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni. (…) Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono. (…) Na nikim pieniędzy nie wymuszajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na waszym żołdzie (Łk 3,11–14).

Tłumy przychodzą i odchodzą: prawdziwi poszukiwacze głębszej mądrości, jak ci dwaj młodzi mężczyźni znad Morza Galilejskiego, ale także zwykli ciekawscy, niespokojne duchy i awanturnicy. Stoją na brzegu, patrzą i słuchają, od czasu do czasu szukając odrobiny cienia w pobliskich zaroślach. I wielu z nich, natchnionych przez łaskę, wchodzi do wody i przyjmuje Janowy chrzest nawrócenia. Wszelako sam Jan nie nadaje temu rytuałowi przesadnego znaczenia. To tylko przygotowanie do tego, co ma nastąpić:

Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem (Mt 3,11).

W końcu nadchodzi ten dzień. Z tłumu na brzegu wyłania się znajoma postać. Nie wiemy, jak często ci dwaj krewniacy się spotykali. Jan poznał swojego kuzyna Jezusa, zanim się urodził. Był bowiem jeszcze w łonie matki, kiedy Jezus, sam również w łonie swojej Matki, nawiedził go i uświęcił. Z pewnością przy okazji corocznych pielgrzymek do Świętego Miasta Józef razem z rodziną nieraz odwiedzał krewnych. Nie wiadomo, kiedy dokładnie młody Jan wyruszył na pustynię. Prawdopodobnie bardzo wcześnie dowiedział się o swojej misji. Jego ojciec z pewnością powtórzył mu posłanie, które usłyszał od anioła:

Żona twoja, Elżbieta, urodzi ci syna i nadasz mu imię Jan. Będzie to dla ciebie radość i wesele; i wielu cieszyć się będzie z jego narodzenia. Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony zostanie Duchem Świętym. Wielu spośród synów Izraela nawróci do Pana, ich Boga; on sam pójdzie przed Nim w duchu i z mocą Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych — do rozwagi sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały (Łk 1,13–17).

Stąd też podczas obrzezania Jana jego skarcony przez Boga ojciec obwieścił:

A i ty, dziecię, prorokiem Najwyższego zwać się będziesz, bo pójdziesz przed Panem przygotować Mu drogi; Jego ludowi dasz poznać zbawienie, [co się dokona] przez odpuszczenie mu grzechów, dzięki litości serdecznej Boga naszego. Przez nią nawiedzi nas Słońce Wschodzące z wysoka, by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju (Łk 1,76–79).

Teraz już nie ma cienia niepewności. Jan od razu poznaje Kuzyna. I zna swoje miejsce. To on powinien zostać ochrzczony przez Niego. „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie…” (Mt 3,14). Ale Jezus zna cały Boży plan. Wie, w jaki sposób ma się dokonać „zbawienie przez odpuszczenie grzechów” (por. Łk 1,77). Nadszedł czas, by rozpoczął swoją zbawczą misję, która może prowadzić jedynie na Golgotę, by „wypełnić wszystko, co sprawiedliwe” (Mt 3,15). Po ostatecznym przygotowaniu się Jezusa do wyjścia na pustynię Jan wskaże na Niego i powie: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1,29). Jezus bierze na siebie, jak ofiarny baranek, grzechy nas wszystkich. Musimy się tylko nawrócić.

Jednak Ten, który mówi do nas: „uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem”, nie rozkaże władczo, by Jego kuzyn nie stawał Mu na drodze. Zamiast tego prosi go łagodnie: „Ustąp…” (Mt 3,15). I Jan posłusznie spełnia Jego prośbę. Ta ich współpracująca pokora znajduje spełnienie w kulminacyjnej chwili. To właśnie chwila tajemnicy światła.

Kiedy Jezus wychodzi z wody, otwierają się niebiosa. Jan otrzymuje wreszcie przyobiecane objawienie:

Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: „Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego na Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym” (J 1,33).

Jan zaś „ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębica i przychodzącego nad Niego”. A potem jeszcze usłyszał „głos z nieba”, który mówił: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 3,17). Oto chwila światła, chwila najwyższego objawienia. Oto ludzkim uszom została udzielona tajemnica od wieków ukryta: Bóg jest w Trójcy Jedyny. Bóg nie tylko ma Syna, który jest doskonałym i absolutnym wysłowieniem się Boskości; także komunia Miłości między Ojcem i Synem jest pełnią Boga, Ich Duchem Świętym. A ten oto Młodzieniec, ten młody Cieśla z Nazaretu, który wkrótce rozpocznie swoją działalności jako rabbi, jest Synem — jest Słowem Miłości.

Trudno powiedzieć, co Jan rozumie z tego wszystkiego. (A co my rozumiemy z tej cudownej tajemnicy Życia i Miłości?). Jego misja została właściwie wypełniona. A jednak nie ustaje on w wysiłkach, by „nakłonić (…) nieposłusznych — do rozwagi sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały” (Łk 1,17), nawet za cenę życia.

Dla Jezusa kończy się Jego „życie ukryte”. Nadal jednak będzie co jakiś czas szukał samotności, by się modlić. W Ewangelii według św. Marka czytamy, że kiedy Jezus miał rozpocząć swoje publiczne nauczanie, „Duch wyprowadził Go na pustynię” (Mk 1,12). Odtąd oczy Jezusa są zwrócone ku Jerozolimie. Zawsze będzie starał się pełnić wolę Ojca. Należy do tego narodu, do zagubionych owiec z domu Izraela, które przyszedł zbawić. I należy do nas wszystkich „dzięki litości serdecznej Boga naszego (…), by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju” (Łk 1,78–79).

Niebiosa otwierają się nie tylko dla Jezusa, ale także dla nas. Przez swój własny chrzest Jezus daruje nam cudowny Sakrament Chrztu. Wkrótce roześle uczniów, by zanieśli ten dar wszystkim ludziom. Niebiosa otworzą się dla każdego z nas i zstąpi na nas Duch Święty. Duch Chrystusa stanie się naszym Duchem. Zostaniemy ochrzczeni w Chrystusie, w jedności z Nim, która przekracza wszystko, co możemy pojąć. On sam przyrówna ją do jedności łączącej Go z Ojcem, do absolutnej jedności Bytu (por. J 17,11–23). Kiedy wychodzimy z Jordanu, Ojciec mówi do każdego z nas: Oto moje dziecko umiłowane.

Ojcze nasz…

Objawienie Jezusa w Kanie Galilejskiej

Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: „Nie mają wina”. Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? [Czyż] jeszcze nie nadeszła godzina moja?”. Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: „Napełnijcie stągwie wodą”. I napełnili je aż po brzegi. Potem powiedział do nich: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu!”. Ci więc zanieśli. Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem — a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli — przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie (J 2,1–11).

Nawet dziś, gdy jadąc z Nazaretu na północ, docieramy do Kany, sprawia ona wrażenie małego, nic nieznaczącego miasteczka. Jego znakiem rozpoznawczym i głównym celem licznych turystów i pielgrzymów, którzy się tutaj zatrzymują, jest oflankowany dwoma dzwonnicami kościół zbudowany przez franciszkanów w II połowie XIX wieku. W czasach Jezusa stała tutaj mała synagoga, w której urzędował miejscowy rabin. Otaczały ją skromne domy i sklepy. Prace wykopaliskowe dostarczają dowodów, że w pierwszym wieku ta synagoga stała się miejscem zebrań żydowskich chrześcijan, natomiast na obrzeżach miasteczka wybudowano nową, większą synagogę. Jest jeszcze studnia miejska. Nie można wykluczyć, że to właśnie ta studnia, z której służba czerpała wodę zamienioną potem przez Jezusa w wino. Z nieco większym sceptycyzmem należałoby się odnieść do zapewnień o autentyczności „stągwi”, które stanowią jedną z turystycznych atrakcji. Raczej mało prawdopodobne, by przetrwały dwadzieścia wieków burzliwej historii. W miasteczku jest jeszcze jeden kościół, stojący, jak głosi tradycja, na miejscu domu Natanaela, syna Tolmaja, młodego ucznia, o którym Jezus powiedział, że „nie ma [w nim] podstępu” (J 1,47).

Być może taki był powód pobytu Jezusa w Kanie Galilejskiej: właśnie zaczął zbierać uczniów. Jego publiczne uznanie przez Ojca podczas chrztu oraz przygotowanie na pustyni już się dokonały. Wkrótce wróci do Nazaretu, by głosić dobrą nowinę, wypełniając proroctwo Izajasza. Dziś jednak w Kanie, miasteczku oddalonym o dziesięć kilometrów od Nazaretu, jest dzień szczególny. To dzień weselny — najważniejszy dzień w życiu każdego Żyda.

Zejdą się wszyscy mieszkańcy Kany. Przybędą krewni i przyjaciele z bliska i daleka. Możliwe, że znają tu Jezusa, cieślę z pobliskiego Nazaretu, bywającego w Kanie przy okazji tego czy innego zlecenia. Jego Matkę na pewno tu znają; być może nawet rodzina pana młodego to Jej krewni. Zaproszona na wesele, z dumą i radością obserwuje swego Syna w towarzystwie dostojnych mężów odnoszących się do Niego z wyraźnym szacunkiem.

Uroczystości już się rozpoczęły. Oblubieniec zjawił się w towarzystwie świadków, by dopełnić ceremonii zaślubin. Akt ślubu został już wcześniej podpisany. Młoda para wyraziła swoją wolę zawarcia małżeństwa i otrzymała błogosławieństwo rabina. Teraz śpiewy i tańce wypełniają cały dom i jego najbliższe otoczenie. A wino leje się strumieniami.

To chyba zmysł macierzyński sprawia, że Maryja pierwsza dostrzega konsternację sług skupionych wokół bukłaków. W dzbanach zaraz pokaże się dno, a w bukłakach nie ma już więcej wina. Jeśli go całkiem zabraknie… Goście mogą stracić humor. Tak czy owak będzie to wielki wstyd dla rodziny i miasteczka. Zaczną się plotki, które będą prześladować młodą parę przez całe życie. Każde nieszczęście w rodzinie będzie okazją do zabobonnych komentarzy: „Pamiętacie? Na ich weselu skończyło się wino…”. Radosna procesja, w której pan młody wprowadza swą oblubienicę do domu, nie będzie wcale radosna. Słowem, katastrofa.

Maryja wie, kto może uratować sytuację, choć zapewne nie ma pojęcia, jak tego dokona. Podchodzi do swego Syna i szepcze Mu do ucha: „Nie mają wina”.

Zapisana przez Ewangelistę odpowiedź Jezusa to jeden z tych fragmentów Pisma Świętego, które uczą nas pokory. Możliwe są jednak różne odczytania greckiego oryginału. Czy słowa Jezusa to zwykłe potwierdzenie faktu, że od czasu swego publicznego uznania przez Ojca nad Jordanem nie jest już tylko posłusznym dzieckiem cieśli z Nazaretu? Czy też może próbuje On powiedzieć, że nie jest jeszcze gotowy do rozpoczęcia działalności publicznej? Czy zbytnio „uczłowieczam” Jezusa, przypuszczając, że może nie chciał, by zapamiętano, iż pierwszym Jego cudem było dostarczenie wina chłopcom, którzy osuszyli już wszystkie bukłaki? (Z pewnością uczniowie, których przyprowadził, nie byli zaplanowanymi gośćmi i w niemałym stopniu przyczynili się do powstania tego niedoboru!).

Tak czy owak, Ona nie rezygnuje. To, co mówi do sług — Jej ostatnie zapisane słowa — wszyscy powinniśmy wziąć sobie do serca: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

Jezus rozgląda się dookoła. Mógłby cudownie odnowić zawartość bukłaków wiszących na ścianie. Albo napełnić winem stągwie stojące przy wejściu. Służyły one do rytualnego obmywania rąk przed posiłkiem. Jednak czyniąc zarówno ten, jak i wszystkie inne znaki, Jezus chce, abyśmy z nim współdziałali. W opowieściach o Jego cudach prawie zawsze jest mowa o zwykłych ludzkich sprawach i codziennych zajęciach. Teraz nakazuje zakłopotanym sługom napełnić wielkie stągwie wodą aż po brzegi. I ponieważ są Mu posłuszni — bo przecież posłusznie wykonują, co im polecił — otrzymują obfitość najlepszego wina.

Niektórzy, zwłaszcza starosta weselny, są nieco zaskoczeni, że dobre wino zachowało się aż do tej pory, ale większość gości bawi się beztrosko i niczego nie zauważa. Słudzy nic nie mówią, a zapytani o to, co widzieli, pewnie by odparli, że sami za dużo wypili. Tylko uczniowie Jezusa w pełni zdają sobie sprawę, że są świadkami Jego pierwszego znaku. Ich wiara w Nauczyciela staje się jeszcze silniejsza: wierzą w Niego nie tylko z powodu cudu, ale także z powodu przykładu, który daje owa Kobieta, Jego Matka, całkowicie pewna Jego miłości i troskliwości, Jego mocy i współczucia, i to mimo pierwszej enigmatycznej reakcji. Ta, która była Jego Matką, staje się Matką w wierze Jego uczniów.

Jakże wiele Jezus nas uczy w Kanie Galilejskiej! Tak, w życiu jest miejsce na radość i zabawę. Tak, małżeństwo jest najważniejszą chwilą w życiu człowieka. (Z czasem okaże się, że jest to też sakrament Jego oblubieńczego związku z nami, Jego ludem, Jego Kościołem). Tak, niebieski Ojciec, przepełniony współczującą miłością, ofiarowuje nam czułość kochającej i troskliwej Matki, przedkładającej wszystkie nasze potrzeby Synowi, który nie potrafi Jej niczego odmówić. Tak, Jego dzieła są znakami wiary: „Uwierz, widząc, co czynię”. Tak, Bóg, który stał się w pełni człowiekiem, jest między nami zarówno w radości, jak i w smutku. Nic ludzkiego (nawet kieliszek wina — albo dwa lub trzy) nie jest Mu obce.

Ojcze nasz…

Głoszenie królestwa Bożego

Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,14–15).

I przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mó0gąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili nosze, na których leżał paralityk. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: „Dziecko, odpuszczone są twoje grzechy”. A siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli w sercach swoich: „Czemu On tak mówi? [On] bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, prócz jednego Boga?”. Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: „Czemu myśli te nurtują w waszych sercach? Cóż jest łatwiej: powiedzieć paralitykowi: Odpuszczone są twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje nosze i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów — rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje nosze i idź do swego domu!”. On wstał, wziął zaraz swoje nosze i wyszedł na oczach wszystkich. Zdumieli się wszyscy i wielbili Boga, mówiąc: „Nigdy jeszcze nie widzieliśmy czegoś podobnego” (Mk 2,3–12).

Jeden z faryzeuszów zaprosił Go do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem. A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że gości w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u Jego stóp, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego stopy i włosami swej głowy je wycierała. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem.

Widząc to, faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: „Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co to za jedna i jaka to jest kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą”. Na to Jezus rzekł do niego: „Szymonie, mam ci coś do powiedzenia”. On rzekł: „Powiedz, Nauczycielu”. „Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go bardziej miłował?”. Szymon odpowiedział: „Przypuszczam, że ten, któremu więcej darował”. On zaś mu rzekł: „Słusznie osądziłeś”.

Potem zwróciwszy się w stronę kobiety, rzekł do Szymona: „Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i otarła je swymi włosami. Nie powitałeś Mnie pocałunkiem; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować stóp moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje stopy. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje”. Do niej zaś rzekł: „Odpuszczone są twoje grzechy”. Na to współbiesiadnicy zaczęli mówić sami do siebie: „Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza?”. On zaś rzekł do kobiety: „Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!” (Łk 7,36–50).

Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: „Pokój wam!”. A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: „Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20,19–23).

Dla tych z natury otwartych i serdecznych ludzi — w rodzinie ludu Bożego, u synów i córek Abrahama — dom był miejscem, w którym koncentrowało się życie towarzyskie. Wejście z ulicy prowadziło wprost do przestronnego pomieszczenia. W jednym z narożników przygotowywało się posiłki, obok przechowywano żywność i zmywano naczynia. Przy wejściu stały duże dzbany z wodą przeznaczoną do rytualnych obmywań. W najbogatszych domach pośrodku tego „salonu” znajdował się duży niski stół, a wokół niego dywany, na których mężczyźni, na pół leżąc, jedli, pili i rozmawiali o wszystkim, o czym można było porozmawiać. W biedniejszych musiała wystarczyć byle mata na podłodze lub zamiecione klepisko. Kobiety znały swoje miejsce; większość czasu spędzały z tyłu domu, w pomieszczeniach gospodarczych, skąd wychodziły jedynie po to, by usłużyć mężczyznom.

Każdy mężczyzna mógł śmiało wejść przez drzwi, które zazwyczaj były szeroko otwarte. I mógł być pewny, że zostanie poproszony, by dołączył do już obecnych, niezależnie od tego, czym się akurat zajmowali; zobowiązywało do tego prawo gościnności. Kiedy zjawiali się wyjątkowi goście lub obchodzono święto, robiło się całkiem tłoczno.

Gdy do miasteczka przybywał Rabbi, Mistrz, dom, w którym się zatrzymywał, szybko stawał się centrum życia religijnego i towarzyskiego. Mężczyźni przybywali gromadnie, by Go zobaczyć i wysłuchać; kobiety, by służyć pomocą przy pracach domowych.

Nie chodziło o to, że Rabbi mówił coś, o czym nigdy wcześniej nie słyszano. Jego nauki przecież przypominały i to, co nieco innymi słowami głosił Jan Chrzciciel, i to, co już od wieków prorocy głosili jako orędzie z niebios. W pewnym sensie też nie zawsze były szczególnie atrakcyjne: „Bliskie jest królestwo Boże — powtarzał. — Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię…”. A jednak to przesłanie trafiało głęboko do serca każdego, kto miał uszy do słuchania. Sposób, w jaki Mistrz je głosił, konsekwencje, które z niego wyprowadzał, znaki i cuda, którymi je poświadczał — wszystko to przyciągało powszechną uwagę.

Trzecia tajemnica światła zachęca nas do rozważania całej publicznej działalności Chrystusa. Wszystko bowiem było głoszeniem królestwa Bożego, wszystko było wezwaniem do nawrócenia. Papież w swoim krótkim omówieniu tej tajemnicy wskazuje na dwa konkretne przykłady Chrystusowej „posługi miłosierdzia” (RVM,21). Wydaje się, że mają one walor pewnej uniwersalności: jeden dotyczy mężczyzny, drugi — kobiety. W pierwszym przypadku wszystko się dzieje w zwykłym domu, w którym „zebrało się tylu ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca” (Mk 2,2); w drugim — jesteśmy w domu bogacza, a tłum, choć ciekawy Jezusa, z respektu dla gospodarza trzyma się z daleka. W pierwszym przypadku szukający miłosierdzia dostaje się do środka jedynie dzięki pomocy oddanych przyjaciół; w drugim — skruszona grzesznica musi zebrać się na odwagę i sama utorować sobie drogę ścigana pogardliwymi spojrzeniami. Mężczyzna nie wypowiada ani słowa; niesiony na łożu przez przyjaciół, wydaje się zupełnie bierny. Kobieta jest bardzo aktywna, łzami i pocałunkami wyrażając to, czego nie zdołałaby wyrazić słowami. W pierwszym przypadku zostaje wynagrodzona wiara przyjaciół mężczyzny, potwierdzona władza Jezusa odpuszczania grzechów, a sam grzech — powiązany ze swymi konsekwencjami. W drugim obserwujemy żywą wiarę płynącą z wielkiej miłości oraz różne sposoby jej wyrażania.

Ewangelia według św. Marka wprowadza nas we wspólnotowy wymiar Jezusowej „posługi miłosierdzia”. Pierwsze uzdrowienie, o którym opowiada, ma miejsce wśród ludzi zgromadzonych w synagodze (por. Mk 1,23). Potem Jezus zaszedł do domu Szymona Piotra, uzdrawiając członków jego rodziny, a następnie wszystkich, którzy znaleźli się w jego progach. To przejście z synagogi do domu Piotra ma dla nas wymiar symboliczny (jakkolwiek dokonując następnego cudu, Jezus uwierzytelnia władzę kapłanów). Na początku rozdziału drugiego tej ewangelii znajdujemy opis zdarzenia, o którym mówi Papież: wokół Jezusa gromadzi się tłum, tworzy się nowy lud. Towarzysze paralityka — być może są oni także jego towarzyszami w grzechu, jednak trudno im odmówić miłości i troskliwości — są zdeterminowani, by dostać się ze swoim grzesznym i chorym przyjacielem przed oblicze Mistrza. Nie rezygnują mimo trudności. Zwycięża upór i pomysłowość: „Odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili nosze, na których leżał paralityk” (Mk 2,4). Ciekawe, czy Jezus się uśmiechnął, widząc nosze zjeżdżające z sufitu. Tak czy owak, Jego słowo — Jego uzdrowicielska posługa — usuwa grzech oraz wszystkie jego skutki.

Jest coś szokującego w obu tych przykładach wybranych przez Papieża. Jasne i wyraźne stwierdzenie Mistrza, że ma władzę odpuszczania grzechów… Prostytutka pieszcząca Go, całująca, namaszczająca olejkiem, ocierająca Jego stopy własnymi włosami — taka poufałość w miejscu publicznym… Miłosierdzie jest szokujące. Kłóci się z naszym poczuciem przyzwoitości, sprawiedliwości i własności. Jest wyrazem miłości, która przekracza nasze doświadczenie i w ogóle nasze możliwości pojmowania. Oto Bóg stał się sługą; a nawet więcej — żebrakiem, który wszystko zrobi, na wszystko pozwoli w zamian za naszą miłość.

Nieważne, czy bardziej jesteśmy skłonni się utożsamiać z tym sparaliżowanym mężczyzną, całkowicie uzależnionym od swych przyjaciół, czy z tą odważną kobietą, która pokonuje swój wstyd siłą żarliwej miłości — wszyscy pragniemy łaski nawrócenia, której doświadczyło każde z nich i wszyscy inni, którzy z ufnością garnęli się do Pana, gdy Ten głosił królestwo Boże miłości i miłosierdzia. Jego posługa miłosierdzia nie kończy się nawet wraz z aktem najwyższej miłości i najwyższego miłosierdzia spełnionym na Golgocie. On powróci. Zmartwychwstanie. I pozostanie z nami w posłudze sakramentalnej.

Oto najgłębsza istota i samo sedno Objawienia. Cała reszta ma nam pomóc uwierzyć. Chrystusowa bowiem posługa miłosierdzia nie może być ograniczona do czasu Jego ziemskiej działalności, lecz musi trwać dalej, aż do skończenia świata. To mówiąc, Papież wybiega już myślą w przód, zapraszając nas do „sali na górze” w dniu zmartwychwstania.

W uczniach Jezusa to miejsce budzi mieszane uczucia. Jest bezpieczne na tyle, by się w nim spotkać, a właściwie — ukryć. Niewiele osób wie, gdzie się znajduje, a poczciwy gospodarz dołoży wszelkich starań, by ich chronić. Nadal jednak żywe są wspomnienia o czwartkowej nocy i o tym, co się potem wydarzyło. Jezus przepowiedział, że wszyscy Go zdradzą, i tak się stało. Jan, ten młokos, ukochany uczeń Mistrza, później wrócił i wytrwał do końca. Piotr, który tak bardzo zawiódł, nie odstępuje teraz tego chłopca na krok. Ciągle wisi nad nimi cień Judasza, zdrajcy i samobójcy. Zanim jeszcze stali się oficjalnie ustanowionym Kościołem, ów Kościół musi zaleczyć te głębokie rany. Zdaje się, że piękne, płynące z głębi serca słowa Jezusa wciąż dźwięczą w uszach Jego uczniów — cóż jednak teraz znaczą?

Uczniowie są w pewien sposób zadowoleni, że poprzedniego dnia był szabat, dzień wolny od zwykłej, powszedniej krzątaniny. Mogli zostać w domu, zjeść wcześniej przygotowane potrawy, uspokoić się i modlić. Większość tego dnia spędzili w milczeniu.

Teraz jednak nastał już pierwszy dzień tygodnia. Ależ pełen zamętu! Kobiety, które poszły namaścić zwłoki, wróciły, opowiadając coś o pustym grobie i aniołach. Piotr i Jan także tam pobiegli i ujrzeli tylko pusty grób. A może dostrzegli coś więcej w sposobie, w jaki zwinięta była chusta, która przedtem okrywała Jego głowę? W tym samym czasie wróciła do uczniów Magdalena, mówiąc, że widziała Pana. Ta, która wytrwała przy krzyżu do samego końca, miała prawo oszaleć z rozpaczy. Ale przecież biła od niej zwykła, głęboka radość. Zaraz potem wrócił półprzytomny Piotr: on też widział. Jak to wytłumaczyć? Kiedy do sali na górze wpadli dwaj uczniowie, którzy wrócili z Emaus („A myśmy się spodziewali…”), salę już wypełniała gorączkowa radość, zdumienie, zgiełk pytań, próby wzajemnego przekonywania, powtarzanie w nieskończoność opowieści Piotra, Jana, Marii Magdaleny oraz innych kobiet.

Wtedy nagle zjawia się On. Zjawia się, stając pośrodku nich. Wszystkie drzwi są zamknięte. I wszystkie okna. A jednak jest z nimi. Zanim w zmąconych umysłach i skołatanych sercach zdąży się zrodzić jakiekolwiek pytanie, On zwraca się do nich ze zgoła nieduchową prośbą: „Macie tu coś do jedzenia?” (Łk 24,41). Potem bierze kawałek pieczonej ryby, przeżuwa go i przełyka. Zwyczajny, najzwyczajniejszy człowiek. Ale nie całkiem.

To jest Pan. Kiedy słyszą Jego pozdrowienie: „Pokój wam!”, ich serca stopniowo napełniają się pokojem. To, co wydawało się zbyt piękne, aby było prawdziwe, okazuje się jednak prawdziwe. To On, z otwartymi, lecz promieniującymi dziwnym światłem ranami na rękach, nogach i w boku. To On — ich Mistrz — Mistrz, który został ukrzyżowany.

Po tej straszliwej próbie, kiedy zaznali wstydu z powodu swej zdrady i tchórzostwa, On napełnia pokojem ich niespokojne serca i umysły. Potem rozsyła ich jako posłańców pokoju, pokoju, który płynie z pojednania i przebaczenia grzechów: „Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam” (J 20,21). Z głębi odwiecznej Boskiej Miłości, Jezus, Syn, tchnie Ducha miłości i daje uczniom swoje pełnomocnictwo, by nieśli innym pokój Boskiego pojednania. „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. „Któż może odpuszczać grzechy, prócz jednego Boga?”. I prócz tych, których Boskie miłosierdzie zaprasza do udziału w swojej posłudze miłosierdzia. Z tej posługi każdy z nas może skorzystać dzięki sakramentowi pojednania.

Ojcze nasz…

Przemienienie Jezusa

W jakieś osiem dni po tych naukach wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dopełnić w Jeruzalem. Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwu mężów, stojących przy Nim. Gdy oni się z nim rozstawali, Piotr rzekł do Jezusa: „Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Nie wiedział bowiem, co mówi. Gdy jeszcze to mówił, zjawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy weszli w obłok. A z obłoku odezwał się głos: „To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie!” (Łk 9,28–35).

Można ją zobaczyć niemal z każdego miejsca we wschodniej Galilei. Mówi się, że jest to „góra doskonała”, bo wydaje się tak doskonale krągła i gładka. Dopiero kiedy się do niej zbliżamy, widzimy, jak bardzo jest stroma. Mimo prowadzącej na samą górę serpentyny, droga stanowi nie lada wyzwanie dla piechurów i jest zbyt spadzista dla turystycznych autokarów. Tylko prawdziwi pielgrzymi docierają na szczyt Taboru. Na widok średniowiecznej, kamiennej bramy oddychamy z prawdziwą ulgą. Stąd do bazyliki na szczycie prowadzi już prosta, wysadzana drzewami cienista aleja. Zbudowana w syryjskim stylu bazylika jest względnie nowa, liczy mniej niż sto lat. Po prawej stronie krypty znajdują się ruiny posaraceńskie, poniżej zaś starsze, z czasów pierwotnego chrześcijaństwa. Z jednej strony bazyliki stoi duży franciszkański dom pielgrzyma, z drugiej, w gaju oliwnym, mały prawosławny monastyr, istna oaza spokoju. Tak naprawdę jednak wszystko to wydaje się tutaj zbędne. Tabor sam w sobie jest świątynią. Kiedy odmawiamy poranne modlitwy, obserwujemy słońce wynurzające się z Morza Galilejskiego, którego brzegi ciągną się nieopodal podnóża góry. Wieczorem z kolei idziemy za wielką bazylikę i odmawiamy nieszpory, patrząc, jak słońce kończy swój bieg i tonie w wodach Morza Śródziemnego.

Powiada się, że zrzucenie pierwszej bomby atomowej na Japonię właśnie w Święto Przemienienia było zamierzoną kpiną ze światła Taboru. Bez względu na fizyczne podobieństwo jasności towarzyszącej obu tym zdarzeniom światło Taboru przynależy do całkowicie odmiennej rzeczywistości. To przemieniające światło i łaska wciąż są tutaj obecne. Prawdziwy pielgrzym, który dociera na szczyt Taboru, nie potrzebuje wspaniałych mozaik w apsydzie bazyliki, by doświadczyć uwielbionego Chrystusa. On, Chrystus, tu jest, a Jego przemieniające działanie nie ustaje, kiedy pielgrzym schodzi z góry. Kto doświadczył Taboru, w każdym mężczyźnie, każdej kobiecie i każdym dziecku widzi już tylko Chrystusa.

Chociaż nigdy nie pojmiemy całej pełni i głębi Jezusowej miłości do wszystkich nas i każdego z osobna, to jednak faktem jest, że Jezus ma swoich ulubieńców. Ma ich nawet wśród wybranych Dwunastu. Na górę Tabor zabiera ze sobą tylko Piotra, którego uczyni przywódcą, oraz dwóch braci: Jakuba, który zostanie pierwszym biskupem Jerozolimy, i Jana — „tego, którego miłował”. W tamtych czasach nie było asfaltowej drogi, a tylko wyboista ścieżka. Czeka więc ich długa, mozolna wspinaczka w skwarze. Do tego uczniowie nie wiedzą, dokąd Mistrz ich prowadzi: czy aż na sam szczyt? A jednak idą za Nim. Tak samo my musimy iść za Jezusem na sam szczyt, jeżeli chcemy naprawdę Go „odnaleźć”.

Kiedy wchodzą na górę, pojawiają się jeszcze dwie inne postaci: Mojżesz, prawodawca, oraz Eliasz, prorok. Kiedy żydzi mówią o Biblii, określają je mianem „Prawo i Prorocy”. To właśnie oni, Mojżesz i Eliasz, rozmawiając z Jezusem (zapewne przytaczając odpowiednie ustępy biblijne), pierwsi objawiają trzem wybrańcom to, co ma się wydarzyć w Jerozolimie. Wszyscy trzej będą świadkami tych przerażających zdarzeń, a jeden z nich jako jedyny z Dwunastu wytrwa przy Mistrzu do samego końca.

Jeśli chcemy poznać Jezusa, pojąć, co wycierpiał, zrozumieć sens Jego obietnicy, też musimy zwrócić się do „Prawa i Proroków”, do natchnionych Pism, teraz bogatszych o Nowy Testament. Nasza droga do kontemplacji zaczyna się od lectio, od otworzenia się na słowo Boże i przyzwolenia, by nas ukształtowało i powołało do życia w wierze i nadziei.

Trzej uczniowie są bardzo podekscytowani. Impulsywny Piotr, który zawsze chce przewodzić i nie znosi bezczynności, ma plan: „Panie, postawimy tutaj trzy namioty” (te prowizoryczne szałasy z gałęzi, które żydzi budują w święta Sukot). Kiedy doświadczamy Boga, za wszelką cenę staramy się to doświadczenie uchwycić i zamknąć w czymś, co nasz umysł może pojąć i zachować. To jednak niemożliwe. Ludzkie wyobrażenia czy pojęcia są zbyt ciasne: zredukowałyby to doświadczenie do czysto ludzkich wymiarów. Doświadczenie Boskości uwalnia nas od tych ograniczeń. Łukasz Ewangelista powiada, że Piotr, zabierając głos, tak teraz, jak w innych przypadkach, „nie wiedział […], co mówi” (Łk 9,33).

Pan ma to na uwadze. Już sama jasność bijąca od przemienionego Chrystusa przekracza wszystko, co można wyrazić słowami. Święci autorzy wynajdują obrazowe porównania. Gdyby żyli w naszych czasach, użyliby obrazu eksplozji bomby wodorowej albo, co bardziej prawdopodobne, któregoś ze zdjęć wykonanych przez teleskop Hubble’a. Rezultatem tych prób opisania Nieopisywalnego jest obłok, który wyprowadził naród wybrany z Egiptu (Wj 13,21), okrył górę Synaj (Wj 24,16) i napełnił świątynię (2 Krl 5,13).

Osobiście wolę tradycyjną ikonę Przemienienia. Przedstawia ona Jezusa na szczycie stromej góry, otoczonego wielobarwną aureolą. Po jednej Jego stronie stoi Mojżesz, po drugiej Eliasz. Trzej uczniowie leżą bezładnie na ziemi, sandały spadły im z nóg! Ludzkie słowa, myśli, wyobrażenia, plany — wszystko to straciło znaczenie. Liczy się tylko doświadczenie tej chwili. I słowa, które w niej rozbrzmiewają: „To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie!”. Oto główne przesłanie Taboru i tej tajemnicy światła: ten Człowiek, ten skromny Cieśla, który zaczął nauczać, pochodzący z maleńkiego Nazaretu — jest w rzeczywistości prawdziwym Synem Najwyższego, Synem Najświętszego, pełnego chwały Pana nieba i ziemi. To On jest Światłem, świetlistym Obłokiem, który wyprowadził naród wybrany z niewoli i teraz doprowadzi ich do królestwa niebieskiego: „Jego słuchajcie!”.

Wszystko się kończy w tej samej chwili, w której się zaczęło. Przynajmniej tak się wydaje, bo nie jest to „chwila” w czasie, lecz w wieczności. Kiedy wystraszeni uczniowie ośmielają się w końcu podnieść oczy, widzą już tylko samego Jezusa. Widzą tylko Jezusa, swojego ukochanego Nauczyciela. Żyjąc odtąd wiarą wyniesioną z Taboru, w każdym mężczyźnie, w każdej kobiecie i w każdym dziecku — widzą wyłącznie Jezusa.

Tymczasem jednak zachowywali milczenie i nikomu nie opowiadali o tym, co widzieli. Wszystko ma swoje miejsce i swój czas: jest czas milczenia i czas mówienia. Teraz Syn Człowieczy jest już Zmartwychwstałym. Niestety, nie zmartwychwstał On jeszcze we wszystkich sercach. Tym, co ja „zobaczyłem” na górze, mogę się podzielić tylko z tymi, którzy mają uszy do słuchania i serca gotowe przyjąć tę cudowną prawdę, że Bóg, pełen chwały Pan nieba i ziemi, rzeczywiście stał się jednym z nas w naszym człowieczeństwie; serca gotowe przyjąć wiarę, która jest źródłem nadziei na radość zmartwychwstania i naszego własnego przemienienia za sprawą Ducha nawet za cenę opuszczenia na Golgocie.

Wpatrując się z wiarą w nieziemskie Światło Taboru, módlmy się:

Ojcze nasz…

Ustanowienie Eucharystii

Było to przed Świętem Paschy. Jezus, wiedząc, że nadeszła godzina Jego, by przeszedł z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował (J 13,1).

W pierwszy dzień Przaśników, kiedy ofiarowywano Paschę, zapytali Jezusa Jego uczniowie: „Gdzie chcesz, żebyśmy przygotowali Ci spożywanie Paschy?”. I posłał dwóch spośród swoich uczniów z tym poleceniem: „Idźcie do miasta, a spotka was człowiek niosący dzban wody. Idźcie za nim i tam, gdzie wejdzie, powiecie gospodarzowi: Nauczyciel pyta: gdzie jest dla Mnie izba, w której mógłbym spożyć Paschę z moimi uczniami? On wskaże wam na górze salę dużą, usłaną i gotową. Tam przygotujecie dla nas”. Uczniowie wybrali się i przyszli do miasta, a tam znaleźli [wszystko], tak jak im powiedział, i przygotowali Paschę.

Z nastaniem wieczoru przyszedł tam razem z Dwunastoma. A gdy zajęli miejsca i jedli, Jezus rzekł: „Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was Mnie wyda, ten, który je ze Mną”. Zaczęli się smucić i pytać jeden po drugim: „Czyżbym ja?”. On im rzekł: „Jeden z Dwunastu, ten, który ze Mną rękę zanurza w misie. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził”.

A gdy jedli, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał im, mówiąc: „Bierzcie, to jest Ciało moje”. Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, i pili z niego wszyscy. I rzekł do nich: „To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana. Zaprawdę, powiadam wam: Odtąd nie będę już pił [napoju] z owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić będę go nowy w królestwie Bożym”. Po odśpiewaniu hymnu wyszli w stronę Góry Oliwnej (Mk 14,12–26; por. Mt 26,17–30; Łk 22,7–20; 1 Kor 11,23–26).

Zwiedzający jerozolimską „salę na górze” zwykle czują się zawiedzeni. To po prostu duża — o wiele za duża na Wieczernik — prostokątna, gotycka sala, której układ budzi wątpliwości co do jej pierwotnego przeznaczenia. Jest usytuowana na piętrze, ale z całą pewnością znacznie wyżej, niż prawdziwy Wieczernik, jeśli faktycznie znajdował się w tym miejscu.

Nawet kiedy opuszczają ją hałaśliwi turyści i grupy pielgrzymkowe, trudno w niej dostrzec aurę świętości. Wydaje się taka ogromna, taka pusta, taka nijaka. Z drugiej strony, czy w tamtej sali, którą Jezus polecił przygotować swoim uczniom, było wtedy coś szczególnego? Najprawdopodobniej niczym się nie różniła od wielu innych podobnych sal w Jerozolimie, które zamożniejsi pielgrzymi wynajmowali, by spożyć Paschę. Z pewnością także w poprzednich latach uczniowie świętowali Paschę razem ze swoim Mistrzem. Jego dokładne wskazówki dotyczące Wieczernika mogły im się wydać trochę niezwykłe, ale w tym czasie byli już przyzwyczajeni do niecałkiem zwykłych sytuacji. Tak czy owak, przygotowania do wieczerzy przebiegały zupełnie zwyczajnie. Zakupionego baranka lewita zabił rytualnie w Świątyni. Teraz mięso piecze się na rożnie. Na stole to, co zwykle: gorzkie zioła, przaśny chleb, bukłaki z winem… Wszystko jest gotowe na czas. Wszystko jest tak, jak dawniej. Poza tym, że coś wisi w powietrzu, uczniowie mają jakieś złe przeczucia. Krążą plotki. Wszyscy są podenerwowani. I od ostatniej niedzieli wszyscy na coś czekają.

Zjawia się Mistrz z resztą uczniów. Drzwi są zamknięte. Wszyscy zajmują miejsca przy niskim stole. Wtedy niespodziewanie Mistrz wstaje, zdejmuje wierzchnie szaty, przepasuje się prześcieradłem, nalewa wodę do miednicy i zaczyna umywać uczniom nogi. To pierwsze z niezwykłych wydarzeń tego wieczoru. Jezus z namaszczeniem wypowiada słowa, które uczniowie ledwo rozumieją. Prosi, by nie trwożyły się ich serca. Zapowiada, że zostanie zdradzony, w pewnym sensie zdradzony przez każdego z nich. Odprawia Judasza.

Wszystko to jest wplecione w uświęcony rytuał. Zebrani słuchają opowieści o wyjściu z Egiptu. Odmawiają psalmy. Wznoszą kubki z winem, wypowiadając błogosławieństwa. Łamią chleb, odkładając kawałek, afikoman, na potem. Jedzą gorzkie zioła i baranka.

Kiedy uczta zbliża się ku końcowi, w Wieczerniku coraz silniej daje się odczuć nastrój świętości tej wyjątkowej chwili. Jezus sięga po odłożony kawałek chleba. Trzymając go wysoko w dłoniach, mówi: „Bierzcie, to jest Ciało moje”. W ciszy, która pulsuje raczej zdumieniem niż zrozumieniem, łamie chleb i podaje uczniom. Kiedy go jedzą, doświadczają nowej komunii ze swoim Mistrzem. Czyż można było lepiej wyrazić tę miłosną jedność?

Głęboka cisza tchnie dziwnym spokojem. Nadchodzi czas spełnienia czwartego, ostatniego kielicha, kielicha dziękczynienia. Tym razem jednak bukłak nie wędruje z rąk do rąk. Tylko jeden kielich jest napełniony, napełniony po brzegi. Jezus podnosi go i mówi: „To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana”. Nie, nie będą pili, jak dotąd, każdy ze swego kielicha. Będą pili z jednego kielicha, z Jego kielicha, z kielicha Jego krwi. Ten, którego Jan Chrzciciel nazwał w obecności pierwszych uczniów Barankiem Bożym, ma być złożony w ofierze. Jego krew ma zostać wylana jako ofiara za ich i nasze grzechy.

Ta noc to noc intymności. Intymność Eucharystii to rdzeń struktury całego Kościoła i jego ziemskiej misji. To właśnie otwartość na Chrystusa, naszego Zbawcę („Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną”) oraz Komunia ciała i krwi czynią nasz Kościół tym, czym jest. To dzielenie się ciałem, bardziej intymne niż w akcie seksualnym, jest doprawdy szokujące. To jest Ciało moje — jedzcie. Jakim cudem apostołowie mogli pojąć to wszystko, co się działo na ich oczach? Takim samym cudem, jak my: mocą światła Ducha Świętego, który sprawia, że możemy słyszeć, rozumieć i przyjmować słowo Chrystusa. To prawda, odczuwamy pokusę, by traktować to jako przenośnię („To jest symbol mojego ciała…”). Jednak dzięki nieomylnemu kierownictwu Ducha Świętego wiemy, że to prawdziwe Ciało i Krew ukryte pod sakramentalnymi postaciami chleba i wina. W pełni ludzkie serce Boga–Człowieka tak bardzo pragnie jak największej jedności z nami, że używa całej swej Boskiej potęgi, by uczynić niemożliwe możliwym. Nic dziwnego, że wielcy święci zgodnie twierdzą, iż mistyczne zaślubiny zawsze się dokonują poprzez przyjęcie Eucharystii. Gdybyśmy potrafili otworzyć się na tę prawdę, to za każdym razem, kiedy mamy zaszczyt uczestniczenia w Eucharystii, przeżywalibyśmy ekstazę pełnej jedności z Bogiem.

Jednak nie potrafimy. Albo z powodu ograniczonej zdolności pojmowania, albo z powodu ograniczonego czasu, który nie pozwala naszemu pojmowaniu wzrastać i rozkwitać w wierze, przyjmujemy Ciało i Krew z mniejszą lub większą pobożnością, lecz bez tego całkowitego poddania się miłości, które pozwala jej czynić w nas prawdziwe cuda. Z pewnością właśnie dlatego Ojciec Święty zachęca nas, byśmy jedną z dziesiątek różańca poświęcali rozważaniu wzniosłej tajemnicy Komunii. Jest to ostatnia z tajemnic światła, bo nic nie objawia pełniej i bardziej nieomylnie Boskiego Oblubieńca, dla którego zostaliśmy stworzeni, oraz tego, jak bardzo On nas potrzebuje, by się nami radować i być jednym z nas.

Ciało i Krew w ich sakramentalnym rozdzieleniu potwierdzają to, co Jezus powiedział w Wieczerniku: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). To nie wszystko. Komunia jest ofiarą. Ofiarą z Ciała i Krwi Tego, który sobą karmi swoje umiłowane dzieci. Całość Boskiego człowieczeństwa, wtedy ofiarowanego za nas, dziś jest nam dana w Komunii. Jego ciało wnika do naszego ciało, Jego krew rozgrzewa naszą krew, rodząc życie wieczne. To rzeczywiście pełnia i szczyt miłości.

Śpiewają hymn na zakończenie uczty i wychodzą z Wieczernika. Kierują się w stronę Góry Oliwnej, by spędzić tam jakiś czas na modlitwie, rozważaniu i dziękczynieniu. Są bardzo zmęczeni i wkrótce wszystkich zmorzy sen — wszystkich, oprócz Mistrza.

Ojcze nasz…

przeł. Janusz Ruszkowski

Powyższy fragment pochodzi z książki M. Basila Penningtona OCSO Dwadzieścia tajemnic różańca. Podróż biblijna, która ukazała się nakładem Wydawnictwa W drodze.

Pięć tajemnic światła
M. Basil Pennington OCSO

(ur. 28 lipca 1931 r. w Nowym Jorku – zm. 3 czerwca 2005 r. w Worcester, Massachusetts, Stany Zjednoczone) – amerykański trapista, teolog, wiodący pisarz duchowy, mówca, nauczyciel i reżyser, opat Opactwa Matki Bożej od Ducha Świętego w Conyers (Georgia), uczestniczył w prac...