Pielgrzymowanie przed i za krzyżem

Pielgrzymowanie przed i za krzyżem

Co roku w sierpniu tysiące osób rusza na pielgrzymi szlak na Jasną Górę. Swego czasu ruszałem i ja. Pierwszy raz jako uczeń podstawówki. Tych początków mojego pieszego podążania do Częstochowy trochę się wstydzę. Dlaczego? Dlatego, że nagminnie z grupą kolegów chodziłem przed krzyżem. Tymczasem regulamin pielgrzymki surowo piętnował tego rodzaju praktyki. Nam, dzieciakom, wydawało się jednak, że dokonujemy czynu ze wszech miar pokutnego, kiedy np. pokonywaliśmy odległość 30 kilometrów praktycznie bez odpoczynku. Dochodziliśmy do miejscowości, w której miał być nocleg, i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku czekaliśmy na resztę. W szkole średniej przybywało rozumu i coraz częściej chodziłem za krzyżem, uczestnicząc we wspólnych modlitwach, śpiewach, konferencjach, w życiu grupy pielgrzymkowej.

Początki dynamicznego rozwoju chrześcijańskiego pielgrzymowania sięgają IV wieku, kiedy to 78–letnia cesarzowa Helena – w duchu ekspiacji za grzechy syna Konstantyna – wybrała się w drogę do Jerozolimy. W jej przypadku było to pielgrzymowanie nie tyle za lub przed krzyżem, ale w pewnym sensie po krzyż. Otóż po przybyciu do Jerozolimy opłaciła archeologów i rozpoczęła poszukiwania Kalwarii i Grobu Pańskiego, których efektem było m.in. odkopanie trzech krzyży, co uznano za cud. Przyniesiono chorą kobietę i dotykano jej ciała kolejno kawałkami znalezionego drewna, by nie pomylić belki, na której zawisł Jezus, z krzyżami łotrów. Po dotknięciu jednym z krzyży kobieta wyzdrowiała. Uznano go za krzyż Chrystusa. Od tamtego czasu pielgrzymki stały się trwałym i barwnym elementem chrześcijańskiego krajobrazu.

Z rozumieniem słowa „pielgrzymka” bywa różnie. Pamiętam lato roku 1989, kiedy jako młody kleryk, stażysta Radia Watykańskiego udałem się z młodzieżą z rzymskich wspólnot neokatechumenalnych do Santiago de Compostela na spotkanie z Janem Pawłem II. Po raz pierwszy w życiu zetknąłem się wówczas z luksusowym autokarem z klimatyzacją, barkiem itp. Kiedy młodzi rzymianie zachęcali się nawzajem do dzielnego, w duchu chrześcijańskiego umartwienia, znoszenia trudów pielgrzymowania, nie wiedziałem, o co im chodzi. Dla mnie była to gratka i czułem się raczej jak bogaty turysta niż ubogi pielgrzym. Gdy próbowałem wytłumaczyć „towarzyszom pielgrzymiej niedoli”, że dla mnie pielgrzymi trud kojarzy się raczej z dziewięciodniowym zmaganiem się z bąblami na stopach w drodze z Warszawy na Jasną Górę, nie rozumieli. Myśleli, że coś mi się z językiem włoskim poplątało, bo kto to widział, aby w dzisiejszych czasach iść pieszo ponad 200 kilometrów.

W związku z pielgrzymowaniem do Santiago de Compostela działy się – na przestrzeni wieków – różne ciekawe historie. Otóż w średniowieczu jedna z form sakramentalnej pokuty polegała na odbyciu pielgrzymki – najczęściej właśnie do tego sanktuarium – by u jej kresu otrzymać rozgrzeszenie. Taką pokutę mógł nałożyć każdy proboszcz. Nakładano ją na świeckich i duchownych, którzy popełnili publiczne i raczej dość skandaliczne grzechy. Problem polegał na tym, że grupy pielgrzymów pokutników przypominały niejednokrotnie zgraje zbójców. Owi pątnicy wiedzieli, że po odbyciu pielgrzymki i tak dostaną rozgrzeszenie, więc wędrując od sanktuarium do sanktuarium, nie omijali okazji, by jeszcze trochę nagrzeszyć, gwałcąc i rabując. Nic dziwnego, że zaniechano tej formy pokuty.

Dziś zbójów pątników już nie ma, chociaż w minionym okresie nie brakowało pielgrzymujących służbowo i patrzących, jak by tu coś popsuć i wywołać awanturę. Dzisiaj mamy za to tzw. turystykę pielgrzymkową. Turysta udający pielgrzyma to ciekawe stworzenie: chytre oczka, wrodzony lub nabyty spryt, trochę religijności i nieustanna gotowość do zrobienia interesu. Bez żadnych wyrzutów sumienia wsadzi bliźniemu łokieć w żebra, osłabi nienawistnym wzrokiem albo obrzuci epitetem, aby mieć lepszy dostęp do przechodzącego lub przejeżdżającego Ojca Świętego. Potem cała rodzina będzie się wzruszać, oglądając zdjęcia.

Pomimo wszystko pielgrzymki są praktyką godną polecenia. Wszak bardzo wielu ludzi na pielgrzymkowym szlaku odnajduje Boga i siebie samych. I nic w tym dziwnego, skoro pielgrzymowanie jest celną metaforą ludzkiego życia.

W naszych postmodernistycznych czasach ponoć coraz mniej jest prawdziwych pielgrzymów, a coraz więcej spacerowiczów. Człowiek ponowoczesny nie stawia sobie zasadniczych celów wędrówki. Nie jest człowiekiem zmierzającym ku… Kręci się raczej w kółko, realizując cele cząstkowe, chwytając ulotne przeżycia i odczucia. Spacerowicz zajrzy do sanktuarium, popatrzy, ale obce są mu wzruszenia utrudzonego pielgrzyma. No cóż! Jeśli tak rzeczywiście jest, to tym bardziej warto wyruszać na pielgrzymkę. Ale pamiętajcie: za krzyżem!

Pielgrzymowanie przed i za krzyżem
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....