Pierwsza wierząca Nowego Przymierza

Pierwsza wierząca Nowego Przymierza

Dlaczego ta encyklika powstała?

Elżbieta Adamiak: Głównym motywem był zbliżający się Jubileusz. Papież pisze o tym, że tak jak Maryja wyprzedzała Jezusa w historii zbawienia, tak samo świętowanie Jubileuszu narodzin Jezusa powinno być poprzedzone wspomnieniem Maryi. Rok wydania encykliki jest wyznaczony symbolicznie, bo można przyjąć, że Maryja urodziła Jezusa, mając mniej więcej 12 do 14 lat — to był wiek, kiedy kobiety wychodziły wtedy za mąż. Dlatego rok 1987 przypadający 13 lat przed Jubileuszem ogłoszono Rokiem Maryjnym. Na jego koniec Jan Paweł II wydał List Apostolski Mulieris dignitatem, który zamyka go klamrą wraz z Redemptoris Mater.

Papież wielokrotnie powołuje się na II Sobór Watykański. Czy ta encyklika wnosi jakieś nowe elementy do nauczania Kościoła czy też jest to powtórzenie nauczania soborowego?

Nie jest proste powtórzenie, ponieważ Papież stawia własne akcenty w przywoływaniu nauczania soborowego. W Redemptoris Mater widać dwa główne wątki. Pierwszy to wiara — jest to encyklika o pielgrzymce wiary Maryi. Drugim wątkiem jest pośrednictwo, z akcentem położonym na pośrednictwo macierzyńskie. Nowe — w stosunku do soboru — jest powołanie się na doświadczenie osób i wspólnot chrześcijańskich, np. św. Alfonsa Liguorii i św. Ludwika Marię Grignion de Montfort. To byłoby nie do pomyślenia w ostatecznej wersji soborowej Konstytucji Lumen gentium, opierającej się głównie na Piśmie Świętym i nauczaniu Ojców Kościoła. Patrząc bardziej szczegółowo, dostrzeżemy nowe elementy, wcześniej nie występujące w dokumentach Kościoła — na przykład ideę o pośrednictwie Maryi w Duchu Świętym.

Czy można opisać Maryję jako człowieka wiary, skoro słyszała zwiastowanie anioła, skoro dotykała i widziała Syna Człowieczego?

Można i trzeba — choć trudno to sobie wyobrazić, bo niemal wszystko na Jej temat otrzymujemy w określonej postaci w nauce Kościoła. Ale gdyby spróbować odtworzyć drogę Jej wiary, to przestaje być ona oczywista. Trzeba pamiętać, że to, co z Nowego Testamentu dowiadujemy się o Maryi, jest pisane przez pryzmat męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Opis zwiastowania lub — jak przyjmują niektórzy bibliści — powołania, utrzymany zaś jest w pewnej konwencji. Przedstawia nam model osoby, która jest powołana do spełnienia zamiaru Bożego. Są w nim elementy, które zawsze musiały się przy takim opisie powtórzyć. Pytanie Maryi: „Jak to się stanie, skoro nie znam męża” (Łk 1,34), jest typową trudnością osoby skonfrontowanej z niebywałą nowiną. Maryja została powołana do czegoś zupełnie niesłychanego. My się przyzwyczailiśmy, że Ona się zgodziła, a tracimy z pola widzenia całe niebezpieczeństwo, na które się decydowała.

Czyli od momentu zwiastowania misja powierzona Maryi była wyzwaniem dla Jej wiary?

Tak. Właściwie od wiary wszystko się zaczęło. Jej wiara otwiera drogę wcieleniu.

Czy można w tym wypadku mówić o zasłudze Maryi?

Jej wiara — jak wiara każdego człowieka — była łaską. Jej zasługą jest zgoda na działanie Boże: „niech się stanie” (Łk 1,38). Ta zgoda stanowi model współpracy z darem wiary dla każdego wierzącego.

Czy było coś niezwykłego w Jej wierze? Czy to, że była „pełna łaski”, sprawia, iż Jej wiara była pełniejsza?

Niezwykłe jest powiązanie pomiędzy Jej wiarą a tym, że stała się Matką Jezusa. Jeśli wiarę rozumieć jako więź z Bogiem, z Jezusem, to można powiedzieć, że nikt inny takiej wiary jak Ona nie miał i mieć nie będzie. Dlatego w tradycji Kościoła rozwinięto intuicje na temat przygotowania Jej na dar tego szczególnego macierzyństwa. Ich zwieńczeniem jest dogmat o niepokalanym poczęciu Najświętszej Maryi Panny, który powołuje się między innymi na wspomniane miejsce biblijne o pełni łaski. Egzegeci podkreślają, że tłumaczenie tego słowa w języku polskim może błędnie sugerować, iż w Maryi był stały „poziom” łaski, która rozumiana jest wówczas w przedmiotowy sposób. Dlatego proponują przekładać to jako: „na trwałe obdarzona łaską”. Oznacza to zatem, że Maryja jest Tą, w której Bóg stale znajduje upodobanie. Jeżeli tak na to patrzymy, to widzimy, że Ona ciągle jest obdarowywana, ale też sama ciągle dorasta do miary obdarowania.

Czy można mówić o próbach wiary, które przeszła Maryja?

Największą próbą był krzyż, podobnie jak dla wszystkich, którzy poszli za Jezusem. Maryja była matką przestępcy skazanego na najsroższą karę. Próbą Jej wiary mogło też być samo zwiastowanie. Często zapominamy, że Ona decydowała się na nieślubne dziecko, którego zrodzenie, przynajmniej według Prawa, było karane ukamienowaniem. Co prawda, w tamtych czasach już tego wyroku nie wykonywano, ale na pewno wiązało się to z ryzykiem odrzucenia przez społeczność. Ewangelie przekazują również sceny, które świadczą o dystansie istniejącym pomiędzy Jezusem a Jego Matką. Na przykład gdy odnajdują z Józefem Dwunastoletniego w świątyni, czytamy, że nie zrozumieli tego, co do nich mówił. Podobnie scena w Kanie Galilejskiej, która zawiera ostre słowa Jezusa, skierowane do matki: „Co mnie i Tobie?” (J 2,4), które zawsze w Biblii oznaczają odmowę. Na drodze Maryi jest zatem wiele momentów trudnych.

Czy Maryja, która nieustannie była obdarowywana łaską, mogła otrzeć się o zwątpienie, czy w wypadku Maryi w ogóle można o czymś takim mówić?

Myślę, że tak. Jeżeli przyjmujemy za Ewangeliami, że Jezus przeżywał trudne chwile i wahania przed męką, to tym bardziej wydaje się, że trzeba to przyjąć w Jej wypadku. To jest tajemnica, w której Ona miała większy udział niż ktokolwiek inny. Mówiąc o krzyżu, Papież Jan Paweł II używa w swojej encyklice języka mistycznego, mówi o ciemnej nocy wiary Maryi, o kenozie, uniżeniu Jej wiary, czyli momencie, w którym wszystko, co, być może, wcześniej już się odsłoniło, nagle zniknęło, stało się ciemnością.

Czy można traktować krzyż jako zderzenie w sercu Maryi dwóch faktów: proroctwa zapowiadającego królowanie Jezusa oraz Jego śmierci w krzyżowej męczarni?

Na płaszczyźnie egzegetycznej trudno o tym mówić, ponieważ opis sceny pod krzyżem pochodzi z Ewangelii według św. Jana, a opis zwiastowania z Ewangelii według św. Łukasza. Zadając takie pytanie, łączymy je na płaszczyźnie teologicznej, która zakłada, że znamy całość Nowego Testamentu. Na płaszczyźnie egzegetycznej należałoby raczej porównać scenę krzyża i Kany Galilejskiej. To są dwie sceny u Jana, w których występuje Matka Jezusa. Jedna z nich zaczyna, a druga kończy opis publicznej działalności Jezusa. Wtedy opis wesela w Kanie można interpretować jako czas, kiedy Maryja jeszcze nie rozumie misji Jezusa, a krzyż, który u Jana jest „godziną”, dla której On przyszedł, jest czasem, kiedy Maryja jest przy Nim. Wtedy krzyż czy „godzina” Jezusa jest świadectwem o wiarze Maryi.

Papież jednak zestawia wersję Łukasza i Jana.

Papież w wielu punktach nie odwołuje się do egzegetycznych osiągnięć, opierając się raczej na tradycyjnej interpretacji tekstu.

Jeśli na przykład mówimy o Janowej scenie pod krzyżem, to Papież interpretuje ją jako źródło duchowego macierzyństwa Maryi. Tego rodzaju teologia duchowego macierzyństwa rodzi się dopiero w XI–XII wieku. Jest to dosyć późna interpretacja i ma swoje słabe punkty. Ojcowie Kościoła interpretują tę scenę, mówiąc, że Maryja jest obrazem Kościoła Matki, a umiłowany uczeń jest obrazem ucznia Jezusowego albo wszystkich uczniów. Chrystus, umierając na krzyżu, zakłada Kościół. Umiłowany uczeń ma troszczyć się o Kościół, a Kościół opiekować się uczniem. Nie było u Ojców symboliki indywidualnej, Maryjnej. Trudność, która wynika z tej późniejszej interpretacji — przywoływanej przez Papieża — polega na tym, że Maryja pozostaje sobą, nie jest symbolicznie interpretowana, tylko traktowana jako konkretna osoba, a umiłowany uczeń jest symbolem każdego ucznia. Nie ma równowagi w tej symbolice.

Istnieje inna jeszcze interesująca egzegetycznie interpretacja tej sceny, zwracająca uwagę, że w Ewangelii Janowej krzyż jest nie tylko uniżeniem, ale też wywyższeniem Jezusa, a nawet wylaniem Ducha. Gdy ewangelista mówi o Jezusie, że „oddał Ducha” (J 19,30), to można to zinterpretować jako zesłanie Ducha Świętego. A więc znów — godzina krzyża to czas zrodzenia Kościoła. Moglibyśmy tu szukać paraleli z Łukaszem, który rozpoczyna opis drogi wiary Maryi zwiastowaniem, a kończy Jej obecnością przy zesłaniu Ducha. U Jana byłaby to Kana i krzyż szeroko rozumiany, sięgający aż po zesłanie Ducha Świętego.

Papież mówi, że Maryja przoduje w wierze. Jak możemy się uczyć od Maryi tej wiary?

Pierwszą rzeczą jest słuchanie Słowa Bożego. Tak można potraktować scenę zwiastowania: jako przyjęcie Słowa. Na tym polega wiara, która rodzi się ze słuchania. Maryja łączy usłyszane Słowo z aktywnością: idzie do Elżbiety, czyli rozpoznaje znak i wyciąga konsekwencje z tego, co usłyszała. Wiara prowadzi Ją również do modlitwy — upleciony z wersetów Starego Testamentu Magnificat jest przykładem modlitwy Pismem Świętym. Wiara Maryi trwa w najtrudniejszych momentach, możemy zatem uczyć się od Niej wytrwałości w wierze.

Papież mówi, że wiara człowieka musi się opierać na wierze Maryi. Czy to znaczy, że Jej wiara umożliwia naszą wiarę?

Bez wiary Maryi, czyli bez Jej przyjęcia Słowa, nie byłoby naszej wiary. Jej wstawiennictwo również może powodować wzrost naszej wiary. Nie wiem jednak, w jaki sposób można uczestniczyć w wierze kogoś innego. Czytając tę encyklikę, trzeba pamiętać, że Papież pisze ją jako rozważanie. Przytoczone zdanie jest przykładem nie w pełni ścisłego języka, którym Autor się posługuje, nie do końca tłumacząc, co przez takie sformułowanie rozumie.

Wspomniała Pani, że tę encyklikę należy traktować jako rozważanie. Czy mogłaby Pani to rozwinąć?

Po tej encyklice nie należy oczekiwać, że będzie to pełny systematyczny wykład wiary Kościoła. Oczywiście, opiera się ona na nauczaniu Magisterium Kościoła o Maryi, ale nie można wykluczyć własnej, niekiedy niemal poetyckiej myśli Papieża.

Encyklika przeważnie kojarzy się z nauczaniem wiary, a tutaj można powiedzieć o podzieleniu się wiarą, osobistym doświadczeniem Papieża, który w swoim tytule ma Totus Tuus?

Nieprzypadkowo w Redemptoris Mater pojawia się powołanie na osobiste doświadczenie. Jan Paweł II odwołuje się do autorów, którzy są dla niego ważni, o czym wiemy z jego wypowiedzi autobiograficznych.

Mam wrażenie, że dla człowieka wiary w XXI wieku Maryja traci na znaczeniu. Rozmawiając z ludźmi niewierzącymi czy z ludźmi, którzy są na obrzeżach wiary, widzę, że rzadko jest Ona punktem odniesienia. Częściej rozmawiamy o Bogu, o Panu Jezusie. Maryja jest raczej przeszkodą, kimś, kogo znaczenie wyjaśni dopiero postać Chrystusa. Tymczasem tekst Papieża jest pełnej ufności, że to Maryja prowadzi do swojego Syna.

Jeżeli ludzie zaczynają od uporządkowania swojej relacji z Bogiem czy Jezusem, to jest to właściwa kolejność. Nie widzę w tym problemu. Pojawiłby się on, gdyby na tej drodze w ogóle zniknęła Maryja, co jest możliwe, chociaż chyba nie w Polsce. W encyklice mowa jest zarówno o tym, że się idzie przez Maryję do Jezusa, ale też odwrotnie, że przez Jezusa do Maryi. W tajemnicy Jezusa wyjaśnia się dopiero tajemnica Maryi. Przy tym ta zasada: przez Jezusa do Maryi, musi być dobrze rozumiana, bo jeżeli odwróci się tylko hierarchię modelu pośrednictwa piętrowego, to utraci się wymiar chrystocentryczny.

Wspomniała Pani o możliwości zniknięcia Maryi z wiary chrześcijan. Czy to zniknięcie zubaża wiarę ludzi? Utrudnia im kontakt z Panem Bogiem? Czy na płaszczyźnie teologicznej coś tracą?

Sama obecność Maryi w wierze Kościoła polega na wyjaśnieniu tajemnicy Jezusa i tajemnicy Kościoła. Można zadać pytanie, czy obraz Jezusa bez Maryi będzie pełny. Prawdy o dziewictwie Maryi czy o Bożym macierzyństwie mają charakter chrystologiczny. One są odniesione do Maryi, ale przekazują prawdę chrystologiczną. Te dwie podstawowe prawdy są uznawane przez prawosławnych i protestantów, nawet jeśli ich interpretacja jest nieco inna niż w Kościele katolickim. Natomiast jeżeli ktoś na skutek negatywnych doświadczeń ma trudności z przesadzonymi formami pobożności maryjnej, to mogą one być z całkiem zdrowych teologicznych powodów zrozumiałe. Adhortacja Pawła VI Marialis cultus z 1974 roku mówiła o konieczności usunięcia nadużyć w pobożności maryjnej i do dziś nie traci nic ze swej aktualności. Teologowie zwracają uwagę, iż wyraźny wzrost pobożności maryjnej występował wówczas, gdy w sporach chrystologicznych tak mocno podkreślano bóstwo Syna Bożego, że człowiek Jezus stawał się kimś bardzo odległym (chodzi o herezję monifizytyzmu). Maryja zaczęła w pewnym sensie pełnić funkcję zastępczą dla tego zapomnianego człowieczeństwa Jezusa. Właściwy obraz Jezusa Chrystusa powinien natomiast prowadzić do właściwych proporcji w patrzeniu na Maryję — pierwszą wierzącą Nowego Przymierza.

Papież mówi, że wiara jest posłuszeństwem. Jednocześnie mówi, że „Maryja całkowicie poddana Bogu jest najdoskonalszą ikoną wolności i wyzwolenia”. W dzisiejszym rozumieniu posłuszeństwo i poddanie są przeciwne wolności i wyzwoleniu. Jak opozycje te łączą się w Maryi?

Te sformułowania trzeba czytać w kontekście, w którym się pojawiają. Gdy Papież mówi o posłuszeństwie wiary, to wspomina o paraleli Ewa — Maryja pochodzącej od Ojców Kościoła. Podkreśla, że to, co wprowadziła przez grzech, czyli przez nieposłuszeństwo Ewa, naprawia Maryja przez swoje posłuszeństwo. Mówiąc o obu tych kobietach w aspekcie wiary, Papież akcentuje zatem wątek posłuszeństwa wiary Maryi. Natomiast, gdy mówi o wolności i wyzwoleniu, to odwołuje się do teologii wyzwolenia. Tekst Magnificat odgrywał wielką rolę w tejże teologii. Jak te opozycje połączyć? Bardzo upraszczając, powiem, że posłuszeństwo wiary, czyli posłuszeństwo Bogu jest spełnieniem wolności człowieka. Jeżeli wierzymy, że w Bogu jest spełnienie człowieka, to również w Nim jest jego pełna wolność. Z posłuszeństwa Bogu wynika też przekraczanie ograniczeń stawianych przez ludzi. Magnificat jest przykładem wyznania wiary w Boga, który staje po stronie pokornych, czyli posłusznych, a strąca możnych i władców z tronu.

W porządku cielesnym macierzyństwo Maryi jest oczywiste. Jak się dokonało przejście od zrodzenia Chrystusa do macierzyństwa duchowego, do mówienia o Maryi jako Matce Kościoła, Matce wszystkich wierzących?

Macierzyństwo Maryi wobec Jezusa jest nie tylko cielesne, ale — jak każde macierzyństwo czy ojcostwo — także duchowe, czyli zawsze łącznie: cielesno–duchowe. Jest relacją między osobami. Natomiast jeżeli zapytamy o macierzyństwo Maryi wobec Kościoła czy wobec wierzących, to czytając encyklikę, znajdziemy jego uzasadnienie w interpretacji sceny pod krzyżem, o czym już mówiliśmy. Według soborowej Konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium duchowe macierzyństwo Maryi wywodzi się z Jej macierzyństwa wobec Jezusa. Skoro Maryja jest Matką Jezusa, to jest również matką tych, w których Jezus się narodził. Można powiedzieć, że ze wszystkich prawd maryjnych razem wziętych wynika Jej macierzyńska rola wobec ludzi.

Dlaczego możemy mówić o Maryi jako o matce tych, w których Chrystus się rodzi?

Sobór i encyklika odwołują się do Ojców Kościoła, którzy zarówno Maryję, jak i Kościół widzą jako Dziewicę i Matkę. Tak jak Maryja za sprawą Ducha Świętego narodziła Jezusa, tak Kościół przez Ducha Świętego w przepowiadanym słowie i w chrzcie rodzi nowe dzieci do życia życiem Bożym. Kościół zostaje określony w kategoriach macierzyńskich. Mamy tu zatem kilka poziomów rozumienia macierzyństwa. Z jednej strony jest prawda o macierzyństwie duchowym Maryi, którą można by wyrazić formułą: Maryja jest matką w Kościele. Następnie mamy prawdę o tym, że Kościół jest Matką, a Maryja jest wzorem czy typem Kościoła Matki. I potem dopiero wchodzimy na poziom, na którym uznaje się, że Maryja jest Matką Kościoła.

O ile te pierwsze tytuły jestem w stanie przyjąć, to zrozumienie ostatniego poziomu, Maryi jako Matki Kościoła, sprawia pewne trudności. Jak ten tytuł zaistniał? Jak go rozumieć?

Został on uroczyście ogłoszony w 1964 roku przez Pawła VI na sesji soborowej, na której przyjęto Konstytucję dogmatyczną Lumen gentium, w której jest rozdział mariologiczny. To znamienne, ponieważ pojawienie się tego nowego tytułu maryjnego w tekście soborowym uznano za ekumenicznie niewskazane. A sformułowanie „Matka Kościoła” występowało nawet w niektórych wersjach roboczych jako tytuł rozdziału poświęconego Maryi! Paweł VI, ogłaszając ten tytuł, rozumie go jako potwierdzenie macierzyństwa Maryi wobec członków Kościoła, a więc interpretuje jako duchowe macierzyństwo. Problem w tym, że głosząc Maryję jako Matkę Kościoła, jednocześnie trzeba zachować prawdę o tym, że Ona jest w Kościele. Na tym polega sprzeczność, której do końca nie rozwiążemy. Ojciec Stanisław Celestyn Napiórkowski swego czasu dowcipnie powiedział, że należałoby Maryję nazwać „Babcią Kościoła”, ponieważ założycielem Kościoła jest Jezus, a Ona jest Jego Matką.

Nie dorastamy więc do tego, by ogarnąć tę rzeczywistość?

Nie dorastamy. W 54. punkcie Lumen gentium sobór mówi, że Maryja zajmuje miejsce najwyższe po Chrystusie i nam najbliższe. To jest formuła, która mówi jedno i drugie. Jeżeli mówimy „Matka Kościoła”, to chcemy powiedzieć, że Ona jest najwyższa po Chrystusie. Ale jeżeli mówimy, że zajmuje miejsce nam najbliższe, to chcemy powiedzieć, że pozostaje w Kościele. Bo cały czas chodzi o Jej miejsce wewnątrz wspólnoty Kościoła. Język zmaga się z tym, żeby powiedzieć jedno i drugie.

Wynotowałem takie zdanie: „Macierzyństwo duchowe Maryi wyjednywa Ducha Świętego, który wzbudza nowych synów odkupionych Chrystusową ofiarą”. Czytając chociażby „Dominum et Vivificantem”, możemy się dowiedzieć, że męka, śmierć i zmartwychwstanie Pana Jezusa wyjednują nam Ducha Świętego. Jak możliwe jest uzgodnienie tych prawd?

Znów mamy przykład trudności z naszym językiem. Kiedy chcemy wypowiedzieć prawdę o wstawiennictwie Maryi, wypowiedź nasza zbliża się — jak Ojciec zauważył — do sformułowania oddającego rolę Chrystusa. Tak jakby Maryi przypisano rolę Chrystusa, niewystarczająco podkreślając istotną różnicę w działaniu Chrystusa — Boga i człowieka, a Maryi — człowieka. Ta wypowiedź przypomina mariologię przedsoborową, zwaną chrystotypiczną, ponieważ występujące w niej tytuły Maryjne byłby często powtórzeniem tych odnoszonych do Chrystusa.

Zarazem trzeba zauważyć, że w przytoczonej wypowiedzi zachowany został wyraźny prymat działania Ducha Świętego — to On „wzbudza nowych synów odkupionych Chrystusową ofiarą”. A wstawiennictwo Maryi należy rozumieć na tej samej płaszczyźnie, co wstawiennictwo każdego innego członka Kościoła, nawet jeśli wierzymy w jego szczególną moc w Jej wypadku.

W przedsoborowej teologii czy kaznodziejstwie Maryja odgrywała rolę Ducha Świętego? Czy to się skończyło po soborze, czy trwa do dziś?

To przypisywanie Maryi działania Ducha Świętego zauważył i udokumentował dominikanin ojciec Yves Congar. Wiele tytułów maryjnych — „Orędowniczka”, „Pocieszycielka”, „Obrończyni” czy „ucieczka grzesznych” — pierwotnie przysługuje albo Chrystusowi, albo Duchowi Świętemu jako drugiemu Pocieszycielowi. Czy jest to nadal aktualne? Myślę, że jednak znaczenie Ducha Świętego w duszpasterstwie wzrosło…

Skoro jesteśmy przy tytułach, które przeszły na Maryję, zapytam dlaczego Maryję nazywa się Pośredniczką, skoro Chrystus jest jedynym Pośrednikiem?

Mówiłam już o tym, że Maryja zaczęła w pobożności pełnić funkcje Jezusa, kiedy zapomniano o Jego człowieczeństwie. Z drugiej strony II Sobór Watykański oraz jeszcze wyraźniej Papież w encyklice uznają pośrednictwo Maryi za uzasadnione teologicznie. Pośrednictwo to jedno z najtrudniejszych zagadnień mariologicznych — czy też szerzej: antropologiczno– –teologicznych. Przed soborem było wiele głosów, które optowały za ogłoszeniem nowego dogmatu o pośrednictwie czy nawet wszechpośrednictwie Maryi. Sobór ograniczył te dążenia, stosując co prawda do Maryi tytuł „Pośredniczka”, ale stawiając go w kontekście pobożnościowym i wyjaśniając poprzez analogie z kapłaństwem i dobrem, które mają jedno źródło, ale rozlewają się na innych. Fragment, w którym sobór naucza o pośrednictwie Maryi, rozpoczynają biblijne słowa o Jezusie jako jedynym Pośredniku między Bogiem a ludźmi (1 Tm 2,5–6). Rozumiane są w taki sposób, że pośrednictwo Jezusa nie wyklucza innych pośrednictw, ale je wzbudza. Tak jak Jezus jest jedynym kapłanem Nowego Przymierza, jednocześnie wzbudzając kapłaństwo wiernych i kapłaństwo szafarzy, tak samo On, będąc jedynym Pośrednikiem, wzbudza pośrednictwo stworzeń. Jest to pośrednictwo w Chrystusie, czyli takie, w którym Jezus Chrystus pozostaje jedynym Pośrednikiem, a równocześnie daje szansę stworzeniom, by także były pośrednikami.

To znaczy, że pośrednictwo kogokolwiek, nie tylko Maryi, jest zakorzenione w jedynym pośrednictwie Chrystusa?

Tak. Problemem jest jednak to, że nie jest to jedyny model pośrednictwa ani też nie występujący najczęściej… Ciągle powszechniejszy wydaje się model tzw. stopniowy, który karmi się teologią odstraszającą ludzi od Jezusa…

„Szczęśliwy ten, kto się do Matki uciecze”, tak?

Właśnie. Choć ten fragment pieśni pokazuje jeszcze inną tendencję — pośrednictwa obok Chrystusa. Trudno znaleźć dla niego teologiczne uzasadnienie.

Można powiedzieć, że pośrednictwo Maryi nie jest konieczne, tylko jest przywilejem.

Tak, nie jest konieczne, ale zostało przez Boga w Chrystusie zaplanowane. Ciekawy model pośrednictwa przedstawił Karl Rahner, który przyjmując perspektywę antropologiczną, przekonywał, że wszyscy od siebie jesteśmy wzajemnie zależni w sprawach zabawienia. Nikt nie zbawia się sam, lecz dokonuje się to we wspólnocie. A akt zbawienia jest jednocześnie pośrednictwem w zbawieniu. Dla zobrazowania swej myśli opisuje sieć, wyciąganą przez Jezusa na brzeg zbawienia. Brak więzi z innymi „węzłami” tej sieci oznaczałby w takim obrazie koniec nadziei na wyciągnięcie na brzeg… Choć Rahner tego nie czynił, odnosząc jego model pośrednictwa „przez człowieka” do Maryi, możemy dostrzec, że Ona, jako najwyższa po Chrystusie, pośredniczy w zbawieniu w wyjątkowy sposób.

Jakie są nowe aspekty pośrednictwa w „Redemtoris Mater”?

Nowe jest rozumienie pośrednictwa Maryi jako pośrednictwa macierzyńskiego. Jest ono ważne dlatego, że nie ogranicza Jej pośrednictwa tylko do rozdawnictwa łask. Już sama zgoda na narodzenie Syna jest rodzajem pośrednictwa, bo przez Maryję przychodzi na świat Jezus. Cała działalność, aktywność Maryi w historii zbawienia jest rozumiana jako pośrednictwo. Jezus chce, by Maryja nie przestawała odgrywać swojej roli.

Drugi nowy wątek to pośrednictwo w Duchu Świętym, czyli próba pokazania tego, że zbawczy wpływ Maryi nie tylko jest zakorzeniony w działaniu Chrystusa, ale również wynika z działania Ducha Świętego. To, co czyni Duch Święty, może również robić przez Maryję, czy też Ona uczestniczy w tym, czego On dokonuje. To jest coś zupełnie nowego w dokumentach Kościoła.

Na czym polega to pośrednictwo Maryi w działaniu Ducha Świętego?

Najpierw można zadać pytanie, jak połączyć Ducha Świętego i samo pośrednictwo, bo to też jest nowa myśl Papieża. Odpowiadając, można powiedzieć, że głównym zadaniem Ducha Świętego jest uobecnianie dzieła Chrystusa. W związku z tym można Jego działanie opisać też w kategoriach pośrednictwa. Maryja — napełniona Duchem Świętym przy zwiastowaniu i pozostając w Nim — oddziałuje na innych członków Kościoła czy na innych ludzi w ogóle. Poprzez Jej działanie owocuje w Niej Duch Święty.

Jakie jest miejsce Maryi w działaniu Ducha Świętego po Jej wniebowzięciu?

Raczej należy zadać pytanie, jaka jest rola Ducha Świętego. Działanie Maryi zostaje wytłumaczone działaniem Ducha Świętego, a nie odwrotnie. Maryja może działać, bo w Niej działa Duch Święty.

Jakie jest miejsce Maryi w Kościele?

Gdy wyjdziemy od Nowego Testamentu, od Łukasza i od Jana, od ostatnich scen, to zobaczymy, że Ona tam jest, i to jest najważniejsze. Zwłaszcza, gdy czytamy to na tle Ewangelii według św. Marka, w której jest Ona wymieniona tylko dwa razy, i to w miejscach, w których Jezus mówi o tym, że Jego matką, siostrami, braćmi są ci, którzy słuchają Słowa Bożego i wypełniają je. Co prawda Marek nie wyklucza tego, że Maryja jest Tą, która słucha Słowa Bożego, ale sam o tym nie pisze. Dla niektórych jest to przykład takiej formy rozumienia Dobrej Nowiny, w której Matka Jezusa nie zajmuje jakiegoś wybitnego miejsca. Podobnie zresztą jest z dziełem św. Pawła, który wymienia Maryję zaledwie raz, nie podając w ogóle Jej imienia (Ga 4,4). Gdy czytamy pisma Nowego Testamentu chronologicznie, tak jak powstawały, widzimy wyraźne dochodzenie do tej najistotniejszej treści — że Matka Jezusa zostaje Jego uczennicą. Co więcej — staje się wzorem pójścia za Jezusem, wzorem bycia uczennicą, wzorem dla mężczyzn i dla kobiet. Ostatnie słowo Nowego Testamentu o Maryi mówi nam, że Ona jest w Kościele — jest z apostołami i z kobietami, które szły za Jezusem.

Nie jest to zbyt wiele. W encyklice jednak Maryję nazywa się „zwierciadłem Kościoła”, mówi się, że Kościół traktuje Ją jako swój początek, że w Niej może zrozumieć w pełni sens swojej misji.

Wszystkie te wypowiedzi odwołują się do idei Maryi jako typu Kościoła pochodzącej od Ojców Kościoła. Maryja jest typem Kościoła na płaszczyźnie wiary, miłości, zjednoczenia z Chrystusem. Typem Kościoła jako Dziewicy i Matki: Dziewicy w pełni oddanej Oblubieńcowi i Matki, która rodzi nowe dzieci przez przepowiadane słowo i chrzest. Można powiedzieć, że jest to mariologia eklezjotypiczna. W końcowych fragmentach Konstytucji Lumen gentium znajdują się słowa mówiące o tym, że Maryja jest eschatologiczną ikoną Kościoła, czyli że Kościół widzi w Niej to, czym sam ma nadzieję się stać. To mariologia jak najbardziej poprawna teologicznie, ale bardzo trudna do przełożenia na formy pobożności maryjnej. Łatwiej uchwycić Maryję jako wzór dla konkretnego człowieka wierzącego.

Czy egzegetycznie można powiedzieć, że autor Apokalipsy, gdy pisał o Niewieście obleczonej w słońce, miał na myśli Maryję?

W świetle dzisiejszych badań egzegetycznych uznaje się, że pierwotna symbolika „kobiety obleczonej w słońce” jest kolektywna, że odnosi się do Izraela albo do Kościoła lub do obu naraz. Jednocześnie ze względu na spotykaną często w Apokalipście wielopiętrowość symboliki nie można wykluczyć symboliki Maryjnej. Z tym, że zaznacza się, iż nie była to symbolika pierwotna. Pierwotnie za tym symbolem stoi zgromadzenie, Eklezja. Dopiero później, wtórnie ten tekst odnosi się do Maryi.

Jak powinien wyglądać Kościół macierzyński?

Sama bym chciała to wiedzieć. Mamy tu właśnie do czynienia z pewnym dysonansem, ponieważ na płaszczyźnie symbolicznej Kościół, Eklezja, to kobieta (nawet jeśli umyka to w języku polskim), w praktyce najczęściej jest jednak kierowany i reprezentowany przez mężczyzn. Myślę, że powinien to być Kościół bardziej miłosierny, bliższy ludziom, choć równocześnie stawiający wymagania. Taki Kościół to matka, która nie tylko rodzi, ale także wychowuje swoje dzieci. Kościół macierzyński oznacza dla mnie również Kościół, który jest reprezentowany przez kobiety i mężczyzn, niewykluczający żadnej ze stron.

Poruszę wątek ekumeniczny. Papież pisze, że „Maryja jest przykładem posłuszeństwa, wiary i świetlanym wzorem jednoczącym wierzących”. Wiadomo jednak, że chrześcijanie różnią się między sobą w podejściu do Maryi.

To prawda. Największe różnice są między Kościołami katolickim a ewangelickimi. Ewangelicy nie uznają dwóch ostatnich dogmatów: o niepokalanym poczęciu Maryi i o wniebowzięciu. Również wiele form katolickiej pobożności maryjnej jest dla nich nie do przyjęcia — zwłaszcza modlitwa do Maryi. Z drugiej strony trzeba powiedzieć o tym, co łączy. Przede wszystkim dwa starożytne tytuły: Maryja Dziewica i Maryja Bogurodzica, przy czym dziewictwo Maryi nie jest zazwyczaj rozumiane jako wiecznotrwałe, jak w naszym Kościele. Jeśli chodzi o cześć maryjną, to są pewne formy, do których protestanci się przyznają albo przeciwko którym nic nie mają, np. modlenie się z Maryją, bo modlenie się słowami Magnificat jest przez nich tak rozumiane, czy naśladowanie Maryi.

W Kościołach prawosławnych z kolei, poza wspólnym dziedzictwem pierwszego tysiąclecia, kiedy to Zachód przejmował wypracowane na Wschodzie prawdy chrystologiczne, odnoszone do Maryi, kult maryjny jest rozwinięty jeszcze bardziej niż u nas. W niektórych tekstach liturgicznych są takie sformułowania, które z katolickiego punktu widzenia są już ubóstwieniem Maryi (np. gdy kierowane są do Niej wezwania: „Zbaw nas”). Z drugiej strony również dwa ostatnie katolickie dogmaty maryjne nie są tam uznawane, głównie jednak ze względu na ogłoszenie ich na mocy nieomylności Biskupa Rzymu. Ich zasadnicza treść jest w życiu Kościoła prawosławnego obecna, nawet jeśli wyrażona w nieco inny sposób: czci się Maryję jako całą świętą oraz wspomina Jej zaśnięcie.

Czego możemy nauczyć się w podejściu do Maryi od naszych braci z innych Kościołów?

Możemy odebrać dwie lekcje, które są przeciwstawne. Od ewangelików możemy się nauczyć biblijnej poprawności, jeśli chodzi o obraz Maryi, oraz koncentrowania naszej wiary na Jezusie. Od prawosławnych z kolei możemy odebrać lekcję szczodrobliwości w wysławianiu Maryi. Tutaj mamy tę sprzeczność, o której mówiłam. Prawosławie uczy nas chrystocentryzmu na swój sposób: ikony, nawet jeżeli przedstawiają Maryję, to pozostają ikonami wcielenia.

Wspomniała Pani o pobożności maryjnej idącej w kierunku ubóstwienia Maryi. Czy istnieją zasady określające zdrową pobożność maryjną, która ubogaca, która prowadzi do Chrystusa?

Takie zasady wypracował je papież Paweł VI w adhortacji Marialis cultus, do której m. in. odwołuje się Jan Paweł II na początku swej encykliki. Paweł VI wskazał na zasady trynitarną, chrystologiczną i pneumatologiczną odnowy. Wszystkie trzy razem wzięte mówią, że formy czci i pobożności maryjnej powinny przypisywać odpowiednie miejsce Bogu Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu czy zachowywać strukturę modlitwy chrześcijańskiej — w Duchu Świętym, przez Chrystusa, do Ojca. Założeniem tej adhortacji jest to, że nie powinno być czegoś takiego jak pobożność maryjna, która byłaby oddzielna od kultu chrześcijańskiego, który kieruje do Boga Jedynego. Potem mowa jest o zasadzie eklezjologicznej, zgodnie z którą pobożność maryjna powinna pokazywać miejsce zajmowane przez Maryję w Kościele. Akcentuje się Jej bycie wewnątrz Kościoła, a nie wywyższanie Maryi ponad niego. Następna jest droga biblijna, która przypomina, że nauka o Maryi musi być oparta na fundamencie Pisma Świętego i że nabożeństwa maryjne niekoniecznie muszą ograniczać się do tych miejsc Nowego Testamentu, które dotyczą Matki Jezusa; można w nich wykorzystać również inne teksty biblijne. Kolejna jest droga liturgiczna, która wskazuje na prymat form liturgicznych również w pobożności maryjnej, a także na to, że wszelkie nabożeństwa ludowe powinny prowadzić do liturgii albo z niej wypływać. Wyraźnie zakazuje mieszania tych dwóch form, co w naszej praktyce duszpasterskiej ciągle jeszcze występuje. Następna jest droga antropologiczna, która każe odróżnić to, co jest stałą wartością w postaci Maryi, od otoczki kulturowej, zwłaszcza rozumienia roli kobiety, zmiennego i charakterystycznego dla danej epoki. Jako ostatnia wskazana jest droga ekumeniczna, która nakazuje uwzględniać, w jaki sposób nasza pobożność zostanie przyjęta przez wyznawców innych Kościołów chrześcijańskich. Nie chodzi tutaj o pomijanie ważnych treści naszej wiary, bo to byłoby fałszywym ekumenizmem, ale by w sprawowanym kulcie był zawarty obraz zgodny z nauczaniem Kościoła.

Jan Paweł II pisze o maryjnym wymiarze życia ucznia Chrystusa. Jak należy to rozumieć?

Jeżeli jestem uczennicą czy uczniem Jezusa, to na drodze mojego poznawania Go spotkam Jego Matkę i będę starać się Ją naśladować, bo Jej postawa wobec Jezusa jest postawą uczennicy Pańskiej. Można również mówić o maryjnym wymiarze życia ucznia Jezusa w znaczeniu szukania oparcia w Maryi, czyli uciekania się do Niej, prośby o Jej pomoc. Być może Papież ma na myśli inne jeszcze sprawy, ale to jedno z miejsc encykliki, których bliżej nie precyzuje.

Na czym polegają akty zawierzenia Maryi?

Zawierzenie jest relacją między dwojgiem ludzi opartą na zaufaniu, na oddaniu się i na przyjęciu drugiej osoby. W tym znaczeniu mówi się o przyjęciu Maryi do swego życia, a z drugiej o oddaniu Jej własnego życia. To jest język, który mi zdecydowanie bardziej odpowiada niż mówienie o oddawaniu się w macierzyńską niewolę miłości, chociaż idea, która się za tym kryje, jest podobna.

Czy to nie jest bałwochwalstwo, gdy mówimy o Maryi, że doznaje uwielbienia jako „Królowa wszystkiego”?

Gdy mówimy, że Maryja doznaje uwielbienia, to mamy na myśli, że zostaje uwielbiona przez Boga i wtedy nie ma niebezpieczeństwa bałwochwalstwa. Gdybyśmy mówili o uwielbianiu Maryi przez ludzi, wtedy popadamy w bałwochwalstwo, uwielbienie bowiem, chwała, adoracja należy się tylko Bogu. Gdy mówimy o „Królowej wszystkiego”, musimy pamiętać, że jest to tytuł wynikający z pobożności chrystotypicznej. Chrystus jest Królem, więc Maryi nadano też taki tytuł, jako Tej, która jest najbliżej Chrystusa.

A jak Maryja prowadzi do Eucharystii?

Tak jak Maryja sama przyjmuje w ciele Jezusa, tak później nas prowadzi do tego, aby tegoż samego Chrystusa — w Ciele i Krwi — przyjmować. Myślę, że tu nie ma tu problemu na płaszczyźnie teologicznej, ale w przełożeniu na praktykę. Trudno bowiem uznać, że nabożeństwa kierowane do Maryi (np. majowe) odbywane przed wystawionym Najświętszym Sakramentem były przemyślane teologicznie. Dyskusję na ten temat prowadzi od wielu lat wspomniany już o. S. C. Napiórkowski.

„Kobiecość istotnie stanowi szczególną więź z Matką Odkupiciela”. Czy można powiedzieć, że kobiety mają inną więź, bliższą więź z Matką Chrystusa?

Wszystko, co dotychczas mówiliśmy o Maryi jako doskonałej uczennicy Jezusa czy doskonałym człowieku, mówimy jednocześnie o kobiecie. Droga Maryi jest pewnym doprowadzeniem do spełnienia kobiecej drogi bycia człowiekiem czy właśnie kobiecości, jak mówi Papież. Na tej płaszczyźnie wydaje się to całkowicie zrozumiałe. Problem pojawia się, gdy zaczniemy zastanawiać się, jak Jan Paweł II rozumie kobiecość, bo to kolejna z wypowiedzi, której nie precyzuje, oraz gdy tę konkretną a tak wyjątkową osobę stawia się jako jedyny wzór dla kobiet. W Redemptoris Mater myśl ta nie występuje jeszcze tak wyraźnie, ale w Mulieris dignitatem staje się motywem przewodnim. Wielu dzisiejszym kobietom trudno się odnaleźć się w takim wzorze kobiecości, bo wyakcentowane zostaje w nim macierzyństwo jako podstawowe powołanie kobiety. Nie zapominajmy także, że o Maryi jako o jedynej kobiecie wyznajemy, iż Jej macierzyństwo pozostało dziewicze. Taki wzór dla kobiet wydaje się zupełnie nieosiągalny. Wówczas to, co miało być podstawą szczególnej więzi kobiet z Maryją, może stać się barierą w Jej przyjęciu. Nie sama Maryja, tylko określony kulturowy wzór kobiety wpisany w Jej postać w słowie Kościoła, doświadczany bywał i nadal bywa przez kobiety jako ograniczenie ich roli. Nie jestem pewna, czy Papież, pisząc o macierzyństwie Maryi jako szczycie kobiecości, bierze pod uwagę głosy kobiet — również teolożek, wyrażających tego rodzaju wątpliwości.

Na jakie treści tej encykliki powinniśmy dzisiaj zwrócić uwagę?

Najważniejsze jest to, od czego wyszliśmy — bardzo często w naszym Kościele Maryję stawia się tak wysoko, że nie widać, jak wiele wspólnego ma z naszym życiem, z naszą drogą wiary. Warto ukazywać Maryję jako tę, która przeszła niełatwą pielgrzymkę wiary. Drugą sprawą jest to, co Papież przejął od soboru: myślenie o Maryi w tajemnicy Chrystusa i Kościoła.

Pierwsza wierząca Nowego Przymierza
Elżbieta Adamiak

absolwentka teologii na KUL, dr teologii, wykładowca teologii dogmatycznej na WT UAM w Poznaniu, członkini Europejskiego Towarzystwa Teologicznego Kobiet.Zajmuje się teologią feministyczną, mariologią i ekumenizmem....