Pistolet wypalił

Pistolet wypalił

Przed laty Roman Brandstaetter, ucząc mnie pisania, mawiał, że jeśli w pierwszym akcie dramatu pojawia się pistolet, to w ostatnim powinien wypalić. Przypomniałem sobie o tym pistolecie w związku z rocznicą śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II.

Otóż na samym początku pontyfikatu, kiedy wszyscy ruszyli na Rzym, na Watykan i na Papieża, kiedy się zaczęły pojawiać pierwsze oznaki papieskiej choroby, na którą i ja natychmiast zapadłem, zapragnąłem znaleźć się w kręgu promieniowania Jego osoby. Napisałem nawet felieton pod ewangelicznym tytułem Bodaj bym się kraja szaty dotknął i tęskniłem za dotknięciem szaty papieskiej. Dotknięcie to okazało się później źródłem mocy i błogosławieństwa. Ogromne pragnienie przerodziło się w ogromny kanał, przez który życiodajna energia płynęła w moim kierunku, karmiąc duszę i serce (a wielokrotnie i ciało), dodając entuzjazmu do życia i pracy z młodzieżą.

Okazja nadarzyła się podczas pierwszej pielgrzymki Ojca Świętego do Ojczyzny. Pojechałem z młodzieżą pociągiem do Krakowa. Koczowaliśmy w klasztorze na krużgankach. Cudem otrzymałem wejściówkę do kurii krakowskiej i tam, na dziedzińcu, w ciżbie dziennikarzy czekających na ostatnią konferencję prasową z Papieżem, dopadłem księdza Stanisława, by wybłagiwać: „Bodaj bym się kraja szaty dotknął”. Odpowiedział krótko: „Nie teraz, w Rzymie…”. Muszę dodać, że wypełnił z nawiązką to, co mi obiecał. W Rzymie zawsze zapraszał mnie do Ojca Świętego. Tak było przez lata. Pomyślałem: „Dobrze, ale co teraz?”. Postanowiłem działać na własną rękę.

Wtedy, w tym rozgardiaszu, znalazłem się na wyciągnięcie ręki Ojca Świętego, tak że wciskając się między ważniejszych, mogłem niepostrzeżenie dotknąć Jego szaty. Dla nikogo nie miało to wtedy takiego znaczenia, każdy chciał być zauważony, ale dla mnie miało ogromne. Ewangeliczne dotknięcie chorej kobiety przyniosło jej uzdrowienie. Spełniwszy dyskretnie swoje pragnienie, z własną małą satysfakcją wracałem do Poznania. I tak się zaczęło.

Karmiłem się Jego osobą, syciłem Jego nauką, a światło Jego osoby wskazywało drogę w kapłaństwie. Był wielkim darem Jezusa dla nas wszystkich. Teksty Ojca Świętego, Jego przemówienia i encykliki stały się pokarmem umysłu, słowa kierowane do mnie osobiście czy na piśmie stały się pokarmem serca, a i niejeden posiłek zjadłem u Ojca Świętego, karmiąc ciało. Przez całe lata nie wiedziałem, co jem, tak emocje krępowały mój rozum. Kiedyś Ojciec Święty ze zdziwieniem powiedział: „On to wszystko zjadł”, innym razem na powitanie westchnął: „Ale on masywny…”. No cóż. Inne sprawy były ważniejsze niż dieta.

Ten mój felieton pod tytułem Bodaj bym się kraja szaty dotknął opowiadał o wielkim pragnieniu, by zbliżyć się do tej wielkości duchowej, którą reprezentował Ojciec Święty. Głodny byłem takiej osobowości.

Patrzyliśmy na Niego i widzieliśmy nieubłagany postęp choroby. Nikt jednak nie dopuszczał myśli, że może Go kiedyś zabraknąć. Sam siebie oszukiwałem, wierząc w cud. Kiedy odszedł, emocje dopadły mnie na nowo. Wiadomość zastała nas w Pradze. Rozdzwoniły się telefony. Od tej chwili nie jechaliśmy już do Papieża, jechaliśmy na Jego pogrzeb.

Kiedy natychmiast po przyjeździe do Rzymu ojciec Konrad zabrał mnie do Bazyliki, abym mógł pożegnać Ojca Świętego, przy katafalku zobaczyłem arcybiskupa Stanisława. Na jego widok wróciły wspomnienia licznych spotkań. Emocje zamknęły mi gardło, a uruchomiły łzy. Arcybiskup kazał mi się uspokoić, a potem iść za sobą. Podeszliśmy do katafalku bardzo blisko, a potem arcybiskup ucałował kraj szaty Ojca Świętego, a ja powtórzyłem za nim ten gest. Nie tylko mogłem dotknąć, ale i ucałować kraj szaty Kochanego Ojca Świętego. Tak się do Niego zwracałem, tak pisywałem w listach.

Kiedy dzisiaj, w rocznicę śmierci Ojca Świętego, zastanawiam się nad tym moim uzależnieniem od Papieża, dostrzegam szczegół z szatą jako niezwykle dla mnie znaczący. Znaczący nie tylko przez treść, ale poprzez emocje, które gestowi temu towarzyszyły. Mój kontakt z Ojcem Świętym ma jakiś związek z ewangelicznym dotknięciem szaty. Myślę też o pistolecie, o którym opowiadał Roman Brandstaetter, że wypalił we właściwym czasie i miejscu. Jednak samo życie jest najlepszą literaturą. I ludzie się dziwią, że się nigdy nie nudzę.

Kiedy myślę o tym, że Jego już nie ma, to wiara każe mi się zawstydzić i sprostować to mniemanie. Nie ma bowiem rozstania ze zmarłymi, zmienia się tylko sposób naszego z nimi obcowania. Jan Paweł II wszedł w przestrzeń świętych obcowania. Dar, którym był, jest nadal darem dla nas wszystkich. Jest takim darem, którego Jezus nie wycofuje. Dla nas pozostaje zadanie: znaleźć sposób nowego kontaktu i nowej wierności w nowej przestrzeni, do której musimy dorastać.

Pistolet wypalił
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...