„Piwo, knedliki i… Papież”

„Piwo, knedliki i… Papież”

Kościół czeski powinien mocno przemyśleć i twórczo, bardziej dynamicznie, wykorzystać impuls, jaki otrzymał od Benedykta XVI. Bo pierwszej szansy, tej, która pojawiła się wraz z upadkiem komunizmu i odzyskaniem sporej części kredytu zaufania wśród Czechów, nie potrafił niestety wykorzystać.

Kiedy kilka miesięcy temu przyjechałem do Czech, aby objąć urząd wikarego w polskiej parafii personalnej w Pradze, jeden ze studentów teologii na Uniwersytecie Karola (w wolnych chwilach dorabiający sobie jako zakrystianin w naszym dominikańskim kościele) próbował scharakteryzować mi krótko czeski Kościół katolicki. „Bo wie ojciec – powiedział – w Czechach funkcjonują różne grupy: punkowcy, metalowcy, hiphopowcy i jeszcze wiele innych, a wśród nich i Kościół. Problem jest taki, że każda z tych grup świetnie czuje się sama ze sobą i jest prawie zupełnie nieprzenikalna i nie ma zamiaru wychodzić innym naprzeciw”. A kiedy od tegoż młodego człowieka próbowałem się dowiedzieć, jak po czesku brzmią słowa „duszpasterstwo akademickie”, dowiedziałem się, że w tym języku nie funkcjonuje takie proste i jasne określenie na tego typu działalność duszpasterską Kościoła. Po kilku średnio udanych językowych próbach powiedział w końcu zrezygnowany: „Najlepiej powiedzieć, że jest to coś, co robi ksiądz Halík u Salvatora!”.

Kościelne getto

W ostatnim czasie dostałem sporo SMSów i emaili z pytaniem: „No jak tam pielgrzymka Benedykta XVI w Czechach? Jak przeżyłeś? Co media mówią i piszą? Wpłynęło to jakoś znacząco na czeski Kościół?”. Muszę się przyznać, że dość trudno jest mi odpowiedzieć na te wszystkie pytania jasno i precyzyjnie, a zarazem uczciwie, ponieważ nie czuję się specjalistą w zakresie spraw Kościoła i społeczeństwa, w których przyszło mi żyć i pracować już na początku mojej kapłańskiej posługi. Wszystko, co widzę, co słyszę i o czym czytam, skłania mnie oczywiście do różnego rodzaju przemyśleń i wypowiadania opinii, ale czy nie są one jeszcze nazbyt subiektywne i powierzchowne? A z drugiej strony, czyż nie mogę zajmować stanowiska w sprawach, które także dla mnie są absolutnie zasadnicze i bezpośrednio wpływają na moje funkcjonowanie tutaj zarówno jako księdza, jak i człowieka?

Wydaje się, że pierwsze i podstawowe pytanie, na które trzeba sobie odpowiedzieć w kontekście papieskiej pielgrzymki, brzmi następująco: „Do jakiego Kościoła tu, w Republice Czeskiej, przyjechał papież ze swoją apostolską wizytą?”. Oczywiście Polakowi, który mieszka tu od jakiegoś czasu i choć trochę jest zaangażowany w życie religijne, od razu nasuwa się odpowiedź: „Do dość różnorodnego, a jednocześnie bardzo innego niż polski!”. Benedykt XVI nawiedził Kościół, który inaczej wygląda na tradycyjnych Morawach, gdzie bywają całe wiejskie okręgi, w których mieszkańcy w ponad 90 proc. przyznają się do katolicyzmu, a zupełnie inaczej w samych Czechach – bardzo mocno zeświecczonych i obojętnych na jakąkolwiek formę religijności. Nie zmienia to jednak ogólnego obrazu czeskiego Kościoła – niewielkiego, żyjącego niemalże w getcie, prawie zupełnie nieobecnego w życiu narodu. Trzeba powiedzieć, że wszystkie te zjawiska mają bardzo głębokie korzenie w czeskiej, często naprawdę niełatwej historii – zarówno tej odległej, średniowiecznej (wystąpienie Jana Husa, a następnie całego, w większości radykalnie antykatolickiego ruchu husyckiego), jak i tej współczesnej, szczególnie w latach 1945–1989. Czasem mam niestety wrażenie, że oblicze czeskiego Kościoła to oblicze kiedyś niezwykle pięknej i dostojnej, a obecnie bardzo starej i udręczonej damy, która niczego już, poza spokojną i wygodną emeryturą, nie oczekuje. Ciągłe powoływanie się (a może jest to raczej usprawiedliwianie) na tragiczną, zwłaszcza w okresie komunizmu, przeszłość, powoduje dotkliwy paraliż, a w konsekwencji odczuwalny brak tak potrzebnych tu inicjatyw o szerszym zasięgu duszpasterskim, ale także pozytywnej, twórczej obecności Kościoła w życiu społecznym, naukowym i kulturalnym współczesnego państwa czeskiego.

Porażka kardynała

Oczywiście taki sposób funkcjonowania Kościoła jest jednocześnie wymuszony przez zdecydowanie niechętną wobec niego postawę polityków i społeczeństwa w ogóle. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że można zrobić nieco więcej dla sprawy głoszenia Ewangelii. Wymaga to jednak przemyślenia priorytetów i dość istotnego przesunięcia akcentów. W ostatnim czasie ustępujący już prymas i arcybiskup praski kardynał Miloslav Vlk przyznał, że ma poczucie poniesionej porażki w kierowaniu Kościołem czeskim przez ostatnie kilkanaście lat. Jeden z głównych dzienników „Mlada Fronta Dnes” ze zdziwieniem odnotował główne powody takiej surowej samooceny, jakiej poddał się kardynał. A są to: nieodzyskanie kościelnych majątków, pozostawienie praskiej katedry św. Wita w rękach państwa, niepodpisanie między czeskim państwem a Watykanem konkordatu. Nie podważając ważności tych wszystkich niezałatwionych spraw, gazeta pyta, czy jednak nie należałoby na pierwszym miejscu wymienić przede wszystkim tego, że czeskiemu Kościołowi nie udało się przez 20 lat po upadku komunizmu odbudować zaufania i szacunku Czechów do siebie, a w efekcie przyciągnąć ich na powrót do wiary w Chrystusa? Wydaje się, że właśnie ten sposób myślenia sporej części tutejszej hierarchii powoduje, że nawet ta żywa i mocno zaangażowana w różnego rodzaju działalność (zarówno charytatywną, duszpasterską, jak i intelektualną) grupa czeskich katolików – duchownych i świeckich – jest jedynie niewielką oazą pośród rozciągającej się wokół pustyni. I do takiego oto, dość niejednolitego i niestety pogrążonego w głębokim kryzysie Kościoła w Czechach przybył ze swoją pierwszą apostolską wizytą papież Benedykt XVI.

Przebudź się, Kościele!

Czego się po niej spodziewano, jakie były oczekiwania wobec głowy Kościoła? Martin Klapetek, szef oddziału Akademii Chrześcijańskiej w Czeskich Budziejowicach, w wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej” oznajmił wprost, że nie wierzy w to, aby papieska pielgrzymka cokolwiek zmieniła w głęboko zlaicyzowanym społeczeństwie. Z kolei biskup Franciszek Lobkowicz, ordynariusz diecezji ostrawsko-opawskiej, w tym samym dzienniku wyraził nadzieję, że Benedykt XVI nie tyle Czechów nawróci, ile zdoła ich obudzić i przemówić do ich serc. Niektórzy z kolei, jak np. jeden z polskich opiniotwórczych dzienników, podejrzewali, że przyjazd papieża do Czech ma na celu przede wszystkim wymuszenie na czeskim rządzie restytucji kościelnych majątków i podpisanie konkordatu! Oczywiście te absurdalne przypuszczenia się nie potwierdziły – papież niczego na nikim nie wymuszał, bo po prostu nie mógł i nie miał takiego zamiaru – zupełnie inny był cel jego apostolskiej wizyty. Jaki zatem?

Nawiązując do wypowiedzi biskupa Lobkowicza, wydaje się, że Benedyktowi rzeczywiście chodziło o przebudzenie, ale nie tyle całego czeskiego społeczeństwa (czy w ogóle jedna wizyta mogłaby mieć aż tak daleko idące konsekwencje?), ile przede wszystkim samego czeskiego Kościoła – zarówno tego hierarchicznego, jak i wiernych. Podczas homilii wygłoszonej w trakcie nieszporów odbywających się w praskiej katedrze św. Wita, Wacława i Wojciecha w pierwszym dniu pielgrzymki, papież apelował do duchowieństwa o umacnianie wartości duchowych i moralnych we współczesnym społeczeństwie tak mocno naznaczonym ateizmem. Innymi słowy, Benedykt XVI wzywał po prostu do bardziej skutecznego i odważnego głoszenia Ewangelii, mimo że nie zawsze jest to łatwe. Bo „społeczeństwo wciąż nosi rany po ateistycznej ideologii i często ulega pokusie współczesnej mentalności hedonistycznego konsumpcjonizmu, której towarzyszy niebezpieczny kryzys wartości ludzkich i religijnych oraz narastający relatywizm etyczny i kulturowy”.

Papieżowi zależało też na tym, by pokazać współczesnym, szczególnie młodym Czechom takie oblicze Kościoła katolickiego, które przełamie głęboko zakorzenione w nich stereotypy i uprzedzenia. Benedykt XVI chciał ukazać Kościół, który stojąc na straży ponadczasowych wartości duchowych i moralnych, popiera jednocześnie postęp naukowy i gospodarczy, o ile ten nie próbuje wyrugować z życia człowieka tego, co jest w nim najistotniejsze – nadziei i poczucia głębokiego sensu istnienia wynikających z niezbywalnej godności bycia ukochanymi dziećmi jedynego Boga. W trakcie Eucharystii na lotnisku Turzany w Brnie papież mówił m.in.:

Jedyna i pewna nadzieja opiera się na Bogu […] Rozwój techniczny i poprawa struktur społecznych są ważne i z pewnością konieczne, ale nie wystarczają, aby zapewnić moralny dobrobyt społeczeństwa. Człowiek potrzebuje wyzwolenia od ucisku materialnego, ale musi być uratowany, i to jeszcze głębiej, od zła, które trapi jego ducha. A któż może go uratować, jeśli nie Bóg, który jest Miłością i który objawił swoje oblicze Ojca wszechmogącego i miłosiernego w Jezusie Chrystusie?”

Bez wątpienia nieprzypadkowo Benedykt XVI przybył do kraju nad Wełtawą w czasie, kiedy Czesi obchodzą swoje wielkie święto (28 września) zarówno kościelne, jak i państwowe – uroczystość św. Wacława, głównego patrona kraju, symbolu czeskiej państwowości, nazywanego tutaj „wiecznym księciem Czechów”. Nawiązując do wspaniałej, ponadtysiącletniej tradycji duchowej i narodowej, papież starał się przypomnieć Czechom o ich chrześcijańskich, katolickich korzeniach i pokazać jednocześnie, iż Kościół nie jest, i w zasadzie nigdy nie był, jakimś obcym i wrogim ciałem próbującym ich wynarodowić i pozbawić tożsamości. Podczas mszy w mieście Stara Boleslav pod Pragą, miejscu męczeńskiej śmierci św. Wacława przed ponad tysiącem lat, papież mówił:

Ten poranek gromadzi nas wokół ołtarza w radosne wspomnienie męczennika św. Wacława, którego relikwie mogłem uczcić przed tą mszą świętą w poświęconej mu bazylice. Przelał on krew na waszej ziemi, a jego orzeł, wybrany przez was jako symbol dzisiejszej wizyty […] stanowi historyczne godło szlachetnego Narodu czeskiego.” I dalej: „Wacław zmarł śmiercią męczeńską za Chrystusa. Warto zauważyć, że jego brat Bolesław zdołał, zabijając go, zasiąść na tronie praskim, ale korona, którą później wkładali na skronie jego następcy, nie nosiła jego imienia. Nosi natomiast imię Wacława jako świadectwo tego, że „tron króla, który sądzi ubogich w prawdzie, pozostanie niezachwiany na zawsze”.

A na zakończenie dodał:

Drodzy bracia i siostry, podziękujmy razem w czasie tej Eucharystii Panu za to, że dał waszej ojczyźnie i Kościołowi tego świętego władcę.

Benedykt XVI przypomniał także młodym, że to oni, ich wiara i zaangażowanie, są przede wszystkim znakiem nadziei dla Kościoła zmagającego się z licznymi trudnościami na czeskiej ziemi.

Chłodno i obojętnie

Na koniec warto przyjrzeć się krótko stosunkowi czeskich mediów do papieskiej wizyty. Trzeba przyznać, że przed pielgrzymką zachowywały one powściągliwość, a w komentarzach dominował raczej chłodny, a często nawet krytyczny ton. Papież i jego przyjazd nie były głównym tematem najważniejszych tytułów prasowych ani programów telewizyjnych czy radiowych. Generalnie mówiło się raczej o obojętności, a nawet niechęci społeczeństwa wobec Benedykta XVI i jego wizyty. Sytuacja radykalnej się zmieniła w trakcie trwania pielgrzymki i po jej zakończeniu. Znakomicie i bardzo rzetelnie przygotowane relacje w telewizji publicznej, komentarze w internetowych wydaniach największych dzienników, a w końcu wysyp artykułów o tematyce papieskiej w prasie dzień po zakończeniu wizyty pokazały chyba, że papieżowi w dużej mierze udało się osiągnąć cel i przekonać pewną część dotąd obojętnych i nieprzychylnych, że „nie taki Kościół straszny, jak go malują”. Zarówno „Mlada Fronta Dnes”, jak i „Lidove Noviny” z satysfakcją odnotowały, że podczas ekumenicznego spotkania w praskim Pałacu Arcybiskupim papież pozytywnie mówił o czeskim reformatorze religijnym i bohaterze narodowym Janie Husie. W oczach dziennikarzy opiniotwórczych „Lidovek” to właśnie Kościół katolicki jest głównym „motorem” współczesnego ekumenizmu. Ten sam dziennik pisał też, że papież „oczarował” samego prezydenta Vaclava Klausa, człowieka przecież mocno niechętnego katolicyzmowi. Podczas pożegnania na praskim lotnisku Ruzynie, żegnając Benedykta XVI, prezydent przeczytał w całości po włosku przemówienie, które sam napisał. Powiedział mi.in., że osoba papieża i jego wizyta są dla Czechów pobudzeniem i przykładem wiary, a także odwagi w głoszeniu poglądów niekoniecznie poprawnych politycznie, którym nie zawsze się przyklaskuje. Wyraził także nadzieję, że pielgrzymka przyniesie długofalowy efekt. Oczywiście nie wszystkich taka nagła przemiana prezydenta Klausa przekonała – ksiądz Tomaą Halík powiedział wprost, że jest on człowiekiem, który potrafi znakomicie wykorzystać politycznie różne sytuacje.

Jakie owoce przyniesie dla tutejszego Kościoła i społeczeństwa ta trzydniowa, apostolska wizyta? Naprawdę trudno wyrokować. Rację mają chyba ci, którzy – tak jak znany niemiecki watykanista Andreas Englisch – wątpią w szybko widoczne efekty pielgrzymki w zlaicyzowanym społeczeństwie. To raczej sam Kościół powinien mocno przemyśleć i twórczo, bardziej dynamicznie, wykorzystać impuls, jaki otrzymał od następcy świętego Piotra. Bo pierwszej szansy, tej która pojawiła się wraz z upadkiem komunizmu i odzyskaniem sporej części kredytu zaufania wśród Czechów (m.in. „zapracował” na to swoją postawą wobec komunistów wybitny prymas, arcybiskup praski Franciszek Tomaszek), zdaniem Englischa (i nie tylko jego!), Kościół nie potrafił niestety wykorzystać.

Zapewne wiele musi jeszcze wody w Wełtawie upłynąć, nim przeciętnemu turyście – katolikowi, dajmy na to z Polski, Czechy będą się kojarzyły z czymś więcej niż tylko ze złotą Pragą, knedlikami i wyśmienitym piwem. Ostatnio pewien ksiądz z Polski, który odwiedził naszą dominikańską parafię przy ulicy Husa, powiedział, że dla niego Praga nie jest wyłącznie miastem zabytków i wysokiej kultury, ale w jakiś sposób także miastem świętym!

„Proszę spojrzeć na te wszystkie wspaniałe świątynie, rzeźby, obrazy – mówił – przecież tu chrześcijaństwem oddycha się na każdym kroku! A ilu wielkich, świętych ludzi żyło tutaj i pracowało w ciągu stuleci… Ilu z nich przelało swą krew za wiarę w Chrystusa – przecież ta ziemia jest uświęcona ich męczeństwem i dlatego nie może być tak zupełnie bezbożna i wyjałowiona! A przecież są tacy, którzy jeszcze i dzisiaj trwają tutaj przy swojej wierze wbrew wszelkim przeciwnościom…”.

Muszę przyznać, że taki punkt widzenia zaskoczył mnie bardzo, ale jednocześnie nie sposób było mi się z nim nie zgodzić. Przecież to wszystko prawda. Oby tylko tutejszy Kościół potrafił, pamiętając o swojej chlubnej i wielkiej przeszłości, z odwagą spojrzeć w przyszłość, która choć trudna, wcale nie musi być ponura i beznadziejna. Trzeba odwagi w otwarciu się na działanie Ducha i w rozpoznawaniu znaków czasu. A my, polscy katolicy, powinniśmy pamiętać, że wspierając ten Kościół swoją, często niełatwą pracą tutaj i modlitwą za niego, spłacamy wielki dług, jaki zaciągnęliśmy u naszych braci Czechów już u samych początków tworzenia się naszej państwowości i chrześcijańskiej kultury, z których przecież tak bardzo potrafimy być dzisiaj dumni!

„Piwo, knedliki i… Papież”
Maciej Niedzielski OP

urodzony w 1973 r. – dominikanin, duszpasterz, ponownie proboszcz polskiej parafii w Pradze. Życzenia imieninowe przyjmuje 24 lut...