Po drugiej stronie lustra
fot. ashkan forouzani

Po drugiej stronie lustra

Petersburg. Mieszkam tu od blisko trzech tygodni, a wciąż jeszcze odczuwam lekki zawrót głowy, jakby podróż się nie skończyła, jakbym jeszcze nie dotarł na miejsce. W moim pokoju jest cicho, bo dom, w którym mieszkamy, osłaniają od ruchliwych ulic gmach kościoła św. Katarzyny Aleksandryjskiej oraz sąsiadujące z nami kamienice. Drzewa rosnące na podwórku wypełniają moje okna zielenią liści. Wystarczy jednak, że opuszczę ten bezpieczny azyl i wyjdę na Newski Prospekt, a natychmiast otacza mnie nieprzebrany, kolorowy, różnojęzyczny tłum i hałas złożony z całej gamy dźwięków: gwar rozmów, samochody, nawoływania sprzedawców wycieczek po petersburskich kanałach, świergot glinianych gwizdawek na zaimprowizowanych straganach handlarzy pamiątek i muzyka, pełno muzyki. W przejściu podziemnym trzy młode dziewczyny w zawrotnym wirtuozowskim tempie grają Cztery pory roku Vivaldiego, po przeciwnej stronie ulicy grupa rockowa, z całym zestawem instrumentów i głośników, a jakże, wykonuje rosyjskie i zagraniczne przeboje, na rogu śpiewa barwny bezzębny bard z gitarą, siwą brodą i pieskiem w różowym kapelusiku, a za zakrętem, koło mostu na kanale Gribojedowa, gdy już minę ulicznych jazzmanów, wpada w ucho oniryczne pobrzękiwanie indyjskiego sitaru. Gdzie jesteś, radoński zaścianku, bezpieczny i sielski? Nawet Paryż nie wydawał mi się tak ludny i hałaśliwy, prawdopodobnie dlatego, że mieszkałem tam w spokojnej trzynastej dzielnicy. A może po prostu się starzeję? Śmieszne jest to: „a może”, nieprawdaż? W dodatku czuję się trochę jak Alicja, która przeszła na drugą stronę lustra – wszystko jest na odwrót. Codziennie rano słucham miejscowego radia, a tam od wczesnych godzin ostra krytyka Stanów Zjednoczonych miesza się z kąśliwymi uwagami na temat rosyjskiej opozycji, którą u nas chętnie nazywamy demokratyczną. Na Polu Marsowym króluje pomnik feldmarszałka i generalissimusa Aleksandra Wasiljewicza Suworowa w stroju starożytnego boga wojny. Był znakomitym strategiem, autorem dzieł o sztuce wojennej, reformatorem armii, dla którego żołnierze mieli być nie tylko pionkami czy mięsem armatnim, ale solidarnymi, oddanymi i osobiście zaangażowanymi w walkę uczestnikami bitew. Jako jeden z niewielu wodzów w historii nie przegrał żadnej bitwy, a jego uczniowie i podkomendni zapisywali się złotymi zgłoskami w historii Rosji, jak choćby zwycięski przeciwnik Napoleona, marszałek Kutuzow. W Polsce, cóż, pamiętamy Suworowowi udział w rozgromieniu konfederacji barskiej i rzeź warszawskiej Pragi. Jakby na osłodę, mój młodszy brat w zakonie Artem (Artiom), rodowity Rosjanin, prowadzi mnie do Ogrodu Letniego (Lietnij Sad). Uroczy park na małej wyspie, z cienistymi alejkami, altanami i pawilonami, z ukrytymi wśród krzewów fontannami rozmaitych form i kształtów, pozwala schronić się przed palącym letnim słońcem (tak, tak – w sierpniu i we wrześniu pogoda w Petersburgu była jak złoto). Mijamy kopie antycznych rzeźb: bogowie Olimpu, kilku rzymskich cezarów, alegorie cnót i sztuk. W jednym z zacisznych zakątków natrafiamy na Pałac Letni wzniesiony tu dla Piotra Wielkiego. W tym niewielkim i jak na petersburskie warunki skromnym domu, zaprojektowanym w stylu holenderskiego baroku, wielki car wraz z małżonką lubił spędzać upalne miesiące. Przed pałacem na ozdobnych kolumienkach dwa popiersia: króla Jana III Sobieskiego i królowej Marysieńki. Jakież to urocze, pomyślałem sobie, że przy rodzinnej rezydencji carów ustawiono popiersia pary, która przeszła do historii jako przykład wielkiej małżeńskiej miłości. Zaraz jednak pojawiło się wrażenie przekroczonego lustra, bo chociaż od Stambułu i Rzymu przez Wiedeń i Warszawę wszyscy pamiętają króla Jana jako pogromcę potężnej armii tureckiej, żeby nie wspomnieć o innych wojnach i bitwach, to tu, w Petersburgu, figuruje on jako romantyczny kochanek i wierny mąż. Wzruszające, lecz to jakby za mało na mój patriotyczny gust. A zupełnie zrzedła mi mina, kiedy później się do-wiedziałem, że owe polskie popiersia to pamiątka dla imperatorowej przywieziona z Polski po insurekcji kościuszkowskiej…

Surowy osąd i potępienie są tuż-tuż, na podorędziu. A przecież, i to nie tylko z rosyjskiego punktu widzenia, lecz obiektywnie, Suworow był wybitnym dowódcą, a Katarzyna II wielką monarchinią. Skoro więc zamieszkałem po drugiej stronie lustra, to muszę się nauczyć mojego nowego domu, muszę go zrozumieć. I chcę go zrozumieć. Nie bezkrytycznie, ale jednak zrozumieć. Inaczej wciąż będę tłukł boleśnie kolanem o ustawione w nim sprzęty.

Zostało Ci jeszcze 1% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

||
Wyczyść

Zaloguj się