Po latach w Prudniku

Po latach w Prudniku

Urodziłem się w Prudniku na Śląsku Opolskim, tam, gdzie był więziony w latach 1954-1955 kardynał Wyszyński. Stamtąd po maturze wyfrunąłem w świat. Prudnik jest moim gniazdem, do którego nieczęsto wracałem. Po latach poczułem wyrzuty sumienia, że tak niewiele zrobiłem dla rodzinnego miasta. Pozbierałem więc prudnickie wspomnienia, a przyjaciele wydali je przepięknie w książce.

Książka nosiła roboczy tytuł Powrócić pod to niebo. Jednakże Agnieszka podsunęła mi inny: słowa mojego ojca zapamiętane przez panią Małgosię Suszkę (obecnie Proempers) z Niemiec, która w liście napisanym do mnie po niemiecku ten właśnie jedyny zwrot przytacza po polsku: „Ukłoń się, Jasiu!”.

Powrót do Prudnika nigdy nie był dla mnie łatwy. W mroku nocy najczęściej skrywałem wzruszenie. Każdy wyjazd w tym kierunku uruchamiał natychmiast całą lawinę skojarzeń, spraw załatwionych i niezałatwionych, radosnych i bolesnych, które zamrażam, zaangażowany w tysiące spraw w Poznaniu.

Każda wizyta domaga się ciągu dalszego, a na to nie mam już siły. Tym razem jedziemy większą ekipą: dwaj moi bracia – Roman i Stanisław, oraz Andrzej, Hania, Agnieszka i Kinga.

Wyjeżdżamy w czwartek pod wieczór. Docieramy po ciemku. Jestem sztywny i boję się jutrzejszych spotkań, no bo cóż ja mogę powiedzieć interesującego mieszkańcom dzisiejszego Prudnika. Czy fakt, że noszę w serdecznym wspomnieniu to miasto, kogokolwiek jeszcze interesuje? Obecne realia mieszkający tam ludzie znają lepiej ode mnie. A o jutro każdy dzisiaj się lęka. Co więc mam im do powiedzenia? Ta zapyziałość prowincjonalna i wielokulturowość, których się po trosze wstydziłem, stały się po latach moją mocą.

Po przyjeździe siedzimy jeszcze chwilę. Bracia i reszta towarzystwa dowcipkują. Nie mogę się do nich dostroić. Idę spać jako pierwszy. Nie mogę zasnąć. Męczę się. Jutro stanę przed młodzieżą dwóch moich szkół. Może przyjdą nauczyciele? Na koniec jeszcze spotkanie w kościele.

W liceum dostałem kwiaty, potem było ciastko i herbata w pokoju nauczycielskim i spotkanie z dziennikarzami. Wszystko tak szybko, że nie zdołałem się nacieszyć. Podpisywałem swoją książkę. Spostrzegłem, że nie mówię tym samym językiem, co młodzież z mojego liceum w Prudniku. I moje problemy nie były jej problemami. Chociaż wszyscy byli nadzwyczaj serdeczni i mili. Niektórzy patrzyli na mnie jak na zjawisko, które obnosi się ze swoją miłością do kiszonej kapusty, którą mają tutaj na co dzień. I za żadne skarby świata nie mogli zgadnąć, że opowiadając o kiszonej kapuście, spożywałem smaki mojego dzieciństwa. Zaprosiłem ich jednak do mojego dzisiejszego świata, to jest do Jamnej i nad Lednicę.

Potem idziemy do gimnazjum, to moja dawna szkoła podstawowa. Nie ukrywam – przyłożyłem rękę do wyboru patrona dla niej. Został nim kardynał Stefan Wyszyński.

Przed budynkiem czeka na mnie dwóch chłopców i dziewczynka z kwiatami. W środku – niespodzianka – wystawa moich książek i cytaty z nich pasujące do sytuacji odwiedzin miasta i szkoły. Opowiadam o dawnym Prudniku, którego już nie ma, ale który jest fundamentem obecnego. Pytania uczniów pomagają mi ponazywać problemy. Potem znów podpisywanie książki i wreszcie obiad w szkolnej stołówce. I była surówka z kiszonej kapusty, tak jak u nas w domu! Wzruszyły mnie poustawiane na stole cytaty z moich wspomnień, opisujące kiszoną kapustę u nas w domu na Traugutta. Teraz też siedzieliśmy na Traugutta, tylko na samym początku ulicy. Po obiedzie spotkanie z nauczycielami i katechetami, jakże ciekawe i twórcze. Ci ludzie pełni są inicjatywy i woli współpracy. Wychodziłem z głową pełną pomysłów.

Wreszcie idziemy do Domu Kultury na spotkanie za karnetami. Pięknie przygotowane i poprowadzone przez dyrektora ośrodka, Ryszarda Grajka. Jakież wzruszenie, byli moi profesorowie, byli koledzy z klasy, potem msza święta w kościele i kazanie. Już pływałem ze zmęczenia. Na koniec jeszcze kolacja u księdza proboszcza. Tutaj kiedyś byli dominikanie, znam ten dom i wszystkie jego kąty.

Wracamy nocą. Zasypiam i budzę się, próbując wrócić do rzeczywistości. Byłem gdzieś daleko, w czasie i przestrzeni. Teraz długo wracam do siebie dzisiejszego. Nad ranem jesteśmy z powrotem w Poznaniu. Duchem jednak jestem jeszcze w Prudniku. Nie całkiem wyprowadziłem się z tego miasta.

Po latach w Prudniku
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...