Po śladach

Dlaczego idę jego śladem?

Zaraz po święceniach przyjaciel namówił mnie, abym pojechał z grupą młodzieży w Tatry. Zapaliłem się ogromnie, ale prowincjał zakazał mi, „doradzając”, abym pojechał odwiedzić rodziców i tam spędził swoje wakacje. Zastąpił mnie wtedy ojciec Konrad, duszpasterz akademicki z Poznania, a ja pojechałem na wakacje do rodziców, jak nakazał mi prowincjał. Na kilka dni wpadłem jednak w Tatry. Wtedy dowiedziałem się o straszliwym wypadku ojca Konrada, który spadł po nieprzespanej nocy z Koziej Przełęczy. Połamanego i poobijanego odwiedziłem w szpitalu i widziałem, jak nieśli go do helikoptera, aby przetransportować do kliniki w Poznaniu. Kiedy ojciec Piotr go zobaczył, natychmiast zemdlał, a mnie ugięły się nogi. Jego twarz była jednym czarnym strupem. Najgorsze, kiedy usiłował się do nas uśmiechać, aby powiedzieć, że będzie żył. Co za dziwne zrządzenia Opatrzności. Przecież to ja miałem być kapelanem tej wyprawy. Potem na krótko oddaliliśmy się, abym po latach znowu wszedł na jego ślady.

Ale teraz jestem w Rzymie. Jak można zwiedzać Rzym, kiedy papieżem jest Polak. Jak można spędzać wieczór w restauracji, kiedy nad Placem św. Piotra dominuje Jego świecące się okno. W Rzymie czekam na spotkanie, na widzenie, na rozmowę, na wspólną modlitwę, na błogosławieństwo. Tu, w bazylice i na Placu św. Piotra, jest cały świat, tu jest cała Polska, tu jest Kraków wraz z Wawelem i kościołem Mariackim, tu jest miejsce dla każdego z nas. W Rzymie jesteśmy u siebie.

Ojciec Konrad Hejmo, dominikanin, opiekun rodaków w Wiecznym Mieście, prowadzi nas wszystkich do Ojca Świętego. Prowadzi i ustawia, poprawia i troszczy się, byśmy jak najlepiej wypadli. A jak komuś coś złego się przytrafi, to też się przejmuje i próbuje zaradzić. Tysiąc osób mówi do niego naraz, jak do Papieża, a on z uśmiechem wszystkim odpowiada, że wszystko będzie dobrze. Każdy chce się widzieć natychmiast z Papieżem, każdy ma Mu coś najważniejszego do powiedzenia i każdy ma do Niego list. Nie wiem, jak on to robi i jak wytrzymuje. Każdy chce, żeby mu załatwił audiencję u Papieża. Ludzie wiozą na tę okazję garnitury i suknie. I nie wyobrażają sobie, że mogliby ich nie nałożyć. Jak on z tym żyje, że jedni wynoszą go pod niebiosa, a inni są wściekli, że nie dotarli do Papieża.

Wiele zawdzięczam ojcu Konradowi. Jego dom w Rzymie stał się moim miejscem zatrzymania. Tuż obok okien Ojca Świętego. Zawsze znalazł dla mnie kąt i kęs do gęby. W zatłoczonym Rzymie trzeba się przecież gdzieś podziać i dodatkowo nie stracić całego majątku. Dobrze, że siostra Dorota daje jeść, a siostra Patrycja prowadzi na skróty. Jeszcze lepiej, kiedy Sabina podwiezie, a jeździ jak szatan.

Ojciec Konrad to kawałek duszpasterstwa akademickiego w Polsce. To pewien styl i uczestnictwo w środowisku. To on był twórcą tych „Trybun duszpasterskich”, gdzie ateista spotykał się z księdzem w obecności młodzieży i prowadzili spór o istnienie Pana Boga. Niekiedy też zapraszał cnotliwych i łajdaków i spierali się, czy warto być uczciwym człowiekiem. Jeśli dzisiaj jestem obecny w środowisku akademickim jako duszpasterz, to składa się na to wysiłek wielu pokoleń duszpasterzy akademickich, którzy byli przede mną i przecierali mi szlaki. Były to czasy, kiedy duszpasterstwo akademickie wypracowywało swój styl. Być ze studentami… Nigdzie chyba nie robiono tego piękniej niż w Polsce. Te wszystkie obozy, wędrówki, Msze Święte odprawiane w najróżniejszych pięknych miejscach, na ołtarzach zrobionych z plecaków, kajaków, pni starych drzew. Duszpasterze byli zawsze ze studentami, a Msza Święta była najważniejszym wydarzeniem podczas tych wędrówek. Nie wiem, czy odprawiano ją wtedy piękniej i żarliwiej niż w Polsce.

Ale teraz jestem w Rzymie, który wypala mnie, bo tutaj czekam zawsze na coś, co dopiero może się stać. Bo każde widzenie się z Ojcem Świętym rozważam w kategoriach wydarzenia i łaski.

Towarzyszem tych moich mąk i udręczeń, mojego intensywnego czekania, spalania się i wizji jest ojciec Konrad. Jemu opowiadam po raz tysięczny te swoje wizje i roztaczam przed nim przyszłość. Jemu powierzam sprawy, które mnie pochłaniają. Że mnie nie odtrącił, albo nakazał milczenie, to znak łaski Bożej. Domyślam się, jak muszę być irytujący z tymi swoimi sprawami. Jakież to sprawy? Stale te same. Do jakich mnie przed laty, na samym początku mojego kapłaństwa skierowano. Duszpasterstwo młodzieży i studentów. Przecież ja nic innego nie umiem robić. Nawet porządnego kazania w parafii nie umiem powiedzieć.

Pierwsza sprawa, ważna, najważniejsza. Był świadkiem moich starań i zabiegania o obecność Ojca Świętego nad Lednicą w roku 1997 i przywiózł osobiście kasetę z nagraniem Jego przesłania do młodzieży. Był razem z nami, kiedy Ojciec Święty przelatywał nad Bramą III Tysiąclecia na polach nad Lednicą. A wcześniej to właśnie z ojcem Konradem wyprawiałem się po ogromną świecę i krzyż, za którymi przeszliśmy wraz z Księdzem Prymasem przez Bramę III Tysiąclecia. Pamiętam, jak wcześnie rano udaliśmy się do biskupa Stanisława, by odebrać te papieskie przedmioty podarowane nam jako znak i rękojmię papieskiej obecności i papieskiego błogosławieństwa. Prosto z magazynu pojechaliśmy policyjnym wozem na Plac Świętego Piotra, aby zdążyć na audiencję.

A później była koronacja Obrazu M.B. Jamneńskiej, czyli Matki Bożej Niezawodnej Nadziei. To też było wydarzenie bez precedensu. Aż niektórzy biskupi się zastanawiali, czy Papież może tak własnoręcznie koronować Obraz. I po chwili refleksji dochodzili do wniosku, że chyba może, skoro koronował. Tak było naprawdę. Ojciec Konrad również wtedy był z nami.

Również ostatnio nachodził się Ojciec Konrad do kardynała zarządcy bazylik Św. Piotra i watykańskiej „fabryki” po kamień węgielny dla akademickiego kościoła na Jamnej, aby mógł go poświęcić sam Ojciec Święty. I znowu bez podania, odpowiednich podpisów i pieczęci Ojciec Święty pobłogosławił kamień, który niesie nam wsparcie i łaskę.

Kocham ojca Konrada, towarzysza moich rzymskich adwentów, moich oczekiwań i spotkań, wypalania się — ale przede wszystkim świadka radości i otrzymywanych błogosławieństw. Odbieram to w kategoriach łaski. Bo to przecież łaska, że wiem, o co mi chodzi. Że wiem, czego chcę i po co tutaj przybywam. Bo najgorzej podobno, jak człowiek nie wie, czego chce.

Spostrzegam i łapię się na tym, że nie wierzę jak Europejczyk, ale jak Sarmata. Że jest mi jakoś wszędzie blisko, a po drodze jest życzliwy człowiek. Że jest mi bliżej do Boga, do nieba, do Ojca Świętego, bo on jest po drodze.

Coraz bardziej też przekonuję się, że w jakim języku zwracam się do pana Boga, w takim samym otrzymuję odpowiedź. Otrzymuję ją w swoim własnym. W języku Jamnej, Lednicy i Hermanic. Przywożę papieskie błogosławieństwo dla Jamnej i kamień węgielny pod budowę akademickiego kościółka, zachętę do kontynuowania Hermanic i spotkań nad Lednicą. Pan Bóg mówi do mnie w C–dur. Chwilami jakby to był głos konkretnego człowieka.

Dawniej myślałem, że przecieram szlaki, dzisiaj coraz częściej spostrzegam, że idę po śladach.

Po śladach
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...