Pochmiel

Umierają rzeczy, a wraz z nimi nazwy, które im nadawaliśmy. Czasem zostają w słownikach, w żywej pamięci coraz rzadziej. W jakiś sposób umiera więc stary świat i rodzi się nowy. Trzeba go nazwać, bo jeśli tego nie zrobimy, wszystko stanie się bardzo niejasne.

Słyszę dziś co rusz: „Zatenteguj, tentego, teges”. Słowa, które nic nie znaczą. Ale i te, które coś znaczą, zmieniają treść – aluzja i dowcip przestają być zrozumiałe. Stajemy się wobec siebie zagraniczni.

Spotkałem się kiedyś z uczniami tuż przed maturą, i to z takimi, którzy wybierają na przyszłość kierunki zwane humanistycznymi. Żartowaliśmy sobie z poezji, więc powiedziałem z przymrużeniem oka: „Wiecie, że teraz Warszawy broni supermarket Reduta i gdyby tam oficer Ordona zamiast na działo wstąpił na schody ruchome, to mógłby zobaczyć, no co… powiedzcie?”. Nie odpowiedzieli, więc zrobiłem to sam: „Inną redutę na Woli, gdzie generał Sowiński broni się przed kupującymi”.
Jakoś żaden z młodych ludzi nie zareagował na dowcip. Może był marny. Ale w końcu któryś powiedział, że nie rozumie. Bo niby do czego ja nawiązuję?
– No do Reduty Ordona Mickiewicza i do Sowińskiego na Woli Słowackiego.

– A my tego nie przerabialiśmy – mówią. I wali się między nami most porozumienia. Nie wiem już, czego się uczy, a czego nie. Z czego żartować też nie wiem. Jeśli nie mamy wspólnych obrazów, skojarzeń, to nawet nie ma się o co spierać. Pozostają zasady pierwotnych podziałów, kiedy to zimą na zamarzniętym jeziorze zmagali się ci z lewej strony wsi z tymi z prawej strony. No bo powalczyć trzeba.

Pisząc to, nie wiem, czy wykształceni przez naszą Niepodległość zrozumieliby ten obrazek. Ba, nie wiem, czy wiedzieliby, dlaczego Niepodległość piszę wielką literą i co to znaczyło. A co znaczyła sentymentalna panna S?

Poeci tacy jak Grochowiak tracą czytelników. Jest tylko dla niewielu, bo za trudny. Nawiązanie do polskiego baroku, nie mówiąc już o podziałach na barok morsztynowski i barok Potockiego, to już wyższa szkoła jazdy. Jesteśmy więc w innych słowach, czyli w nazywanej, nowej rzeczywistości. Może coś musi być z nas wyparte, aby znalazło się miejsce na inne.

Poezję Tadeusza Nowaka też wypierano. Niezwykły poeta, który (dopiero teraz to rozumiem) śpiewał ostatni lament na odchodzenie cząstki polskiego świata. Wsi. Ta dzisiaj jest już zupełnie inna.

Siedzieliśmy kiedyś młodzi w knajpie krakowskiej i bawiliśmy się z Tadkiem w wyliczanki. Kto zna więcej części uprzęży konnej. Poszorki, uzdy, wędzidła, a potem wozy, luśnie, orczyki. I nagle zaszedł nas profesor Kazimierz Wyka. Mam nadzieję, że tylko na wszelki wypadek tłumaczę, że był to jeden z największych znawców literatury, krytyk, autor książek, a jednocześnie ten z pokolenia krakowskich profesorów uniwersyteckich, którzy z „Komborni” szli w świat wielkich karier w nauce polskiej. Dlaczego z Komborni i kto z niej szedł, na złość nie powiem. I profesor Wyka się przysiada. Zamawiamy po kusztyczku i dalej do gry w nazwy. Niezły był, oj niezły, profesor Wyka. Tadek Nowak trochę lepszy. Na koniec profesor dał nam wykład o znaczeniu łączki w polskiej pieśni i przypowieści, a także o niezwykłym powiązaniu tej błogiej kobiecej łączki z łączką w pieśniach o śmierci, bo przecież nie tylko „kosimy” łączki, ale i „dusza z ciała wyleciała i na zielonej łączce stała”.

Po trzecim kusztyczku pocieszyliśmy się, że nazwy sprzężaju giną, ale za to w głowach ludzi kiełkują nazwania różnych części samochodów i motocykli. No, bo gdy się coś popsuje, trzeba to nazwać, żeby znaleźć, wymienić, naprawić.

Ale świat się zmienia, więc nawet ja doczekałem takiego samochodu, którego lepiej nie ruszać, kiedy się popsuje. Tylko diagnosta z komputerem. No i dobrze. Choć w świecie naszym komputery bywają marne, diagnozujący też. Zatem naprawa trudna sprawa, uciekam znów w poezję.

Bardzo się uradowałem, kiedy młodszy ode mnie o czterdzieści parę lat przyjaciel wydeklamował, ot tak sobie, wiersz Leśmiana o trupięgach. Zatem jeszcze żyje to słowo. Żyło w naszym pokoleniu, kiedy odkrywaliśmy dość precyzyjnie ukrywanego Leśmiana. I gadało się „stodoliła ją pewno ta Majka stodolna”. No i trupięgi też były modne.

Pamiętam, zbliżały się święta. Siedzimy w redakcji Staszek, Tadek, Marianek, Roman – koledzy poeci. I nagle do pokoju wkracza Jurek
z walizką pełną wspaniałych włoskich butów. Na każdy rozmiar. A jakie wygodne. A jakie eleganckie. Inne od szarego buciorowania naszej codzienności. I tanie. Kupujemy, wkładamy. I idziemy na spotkanie z szefem wydawnictwa naszego pisma. A tam rozwalają redakcję. Część z nas, won z pracy. Wracamy, naszej „Współczesności” już nie ma. A na dodatek pada śnieg. Mokro i włoskie buty się rozłażą. Patrzysz, a one znikają. Bo to były trupięgi. Gdyby nam Jurek nie wmawiał, że włoskie, a powiedział, że trupięgi, wiedzielibyśmy, że to specjalne taniutkie buty z łyka wkładane umarłemu na elegancki pogrzeb. A może myśmy rozumieli ten termin leśmianowy tylko dlatego, że marnie było z butami?

Słowo trupięgi otwiera dla mnie całą opowieść. Ale innym już muszę je tłumaczyć. Każdy człowiek ma takie słowa. Gorzej jednak, kiedy rozłazi nam się język polski jak te trupięgi. Znika znaczenie. Kiedy znika znaczenie i zaczynamy być dla siebie niezrozumiali, często jedynym sposobem kontaktu jest bójka. Lepiej się upić.
Bywało, bywało. Ale nazajutrz choć z pochmielem budziliśmy się trzeźwiejący. Powracała wspólna mowa. Wstyd. Przeprosiny. Ale ilu z nas wie, co znaczy pochmiel i czas pokutowania? 

Pochmiel
Ernest Bryll

urodzony 1 marca 1935 r. w Warszawie – polski poeta, pisarz, autor tekstów piosenek, dziennikarz, tłumacz i krytyk filmowy, dyplomata. Autor „Kolędy-Nocki” oraz wielu innych sztuk scenicznych, oratoriów, musicali, tekstów...