W ciągu dwóch tygodni odbyłem dwie podróże pociągiem: do Krakowa i do Trójmiasta. Nic nadzwyczajnego. Kiedyś to była norma. Co tydzień jeździło się na jakiś mecz, wywiad, spotkanie. Na dworcach czułem się jak w domu, a do Krakowa, Poznania, na Śląsk czy nad morze jeździłem jak do siebie. Wszędzie grano w piłkę, w każdym miejscu miałem znajomych. Wysiadałem na peronie i wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Czasami ktoś na mnie już czekał. Coś się zmieniło. Moja aktywność spadła nie tylko z powodów biologicznych. Kraj też stanął. Pierwsze od miesięcy pójście na dworzec i pierwsza po kilku latach podróż do Krakowa łączyły się ze stresem, o jakim jeszcze do niedawna bym nie pomyślał. Pociągi kursują często, są czyste, ładne. Nie odróżniam włoskiego pendolino od bydgoskiej pesy. Kiedyś w Tokio robiłem sobie zdjęcie przy shinkansenie. Jak większość pasażerów z Europy. Dziś pod względem urody mamy podobne pociągi, chociaż jeszcze nie tak szybkie.
Zostało Ci jeszcze 82% artykułu