Poddaj się, żeby wygrać

W grze nie chodzi o pieniądze. One są najmniej ważne. Chodzi przede wszystkim o adrenalinę. O taki jej poziom, który trudno sobie w ogóle wyobrazić i z czymś porównać.

Zrobił mi herbatę, usiadł naprzeciwko. Przyglądałam mu się przez chwilę. Chciałam w jego twarzy, w jego mimice, ruchach, wzroku znaleźć coś charakterystycznego, to coś, co mogłoby go odróżnić od innych: duży, tandetny sygnet na palcu albo gruby złoty łańcuch na szyi. Jakąś nonszalancję, nerwowość. Coś prostackiego. Nie pasował do obrazu, który przyniosłam w swojej głowie. Nic a nic. Siedział przede mną miły, spokojny, kulturalny, zadbany człowiek. – Co pani chciałaby wiedzieć? – zapytał.

Boże,
użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym,
czego nie mogę zmienić,
odwagi,
abym zmieniał to,
co mogę zmienić,
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego1.

Ryszard. Alkoholik. Hazardzista. Od 14 lat nie pije, od 13 lat nie gra. O tym, że jest alkoholikiem i hazardzistą, wiedzieli wszyscy: żona, dzieci, rodzina, znajomi, pracownicy. On dowiedział się ostatni. Co było pierwsze: hazard czy alkohol? Trudno dziś powiedzieć. Wiadomo, jaki był koniec: najpierw uwierzył, że jest alkoholikiem. Jeszcze roku potrzebował, by mógł powiedzieć: Mam na imię Ryszard, jestem hazardzistą.

Bo kolega mnie zdenerwował

Grał od zawsze. Od kiedy tylko pamięta. W kapsle, w monety rzucane pod murek, w kopa. Zwyczajnie, jak to dzieciaki. Z chłopakami na podwórku stawiali groszowe stawki, ale przecież nie o wygraną chodziło, najważniejsze były emocje. W szkole średniej i na studiach przerzucił się na karty: grał w tysiąca, w brydża, w pokera. Potrafił grać w dzień i w nocy, po kilkanaście godzin. Byle tylko było towarzystwo, byle znaleźli się chętni do gry. – To był mój sposób na miłe spędzanie czasu, na świetną zabawę – mówi dzisiaj. Grał tylko na pieniądze: bez tego nie czuł żadnej satysfakcji.

W życiu mu się powiodło: miał żonę, dwoje dzieci, własną firmę i bardzo duże pieniądze. Stać go było na to, by w jedną noc w kasynie przegrać równowartość samochodu. A gdy przegrał, to emocje wzrastały. Był wściekły. Tę złość musiał jakoś odreagować. Jak? Wiadomo. Grał dalej. – Może gdybym nie miał pieniędzy, własnego interesu, wcześniej skończyłbym z nałogiem. Zresztą, kto to wie? – zastanawia się.

Hazardzista nie zna umiaru, nie wie, kiedy skończyć. Na tym polega jego choroba. Nie ma tego impulsu, tego czerwonego światła. Taki defekt. Jest gotowy ryzykować do upadłego. Dziś Rysiek potrafi na to spojrzeć z dystansu, potrafi nazwać. Wie doskonale, że hazard to nie tylko gra. Hazard to sposób życia, kontaktowania się z ludźmi, z kobietami. To sposób prowadzenia interesów na granicy prawa: wiesz, że możesz bardzo dużo stracić, ale wiesz też, że możesz bardzo dużo zarobić. Więc wchodzisz w to, ryzykujesz, bo potrzebujesz nie tych pieniędzy, ale tych emocji, tego kopa, adrenaliny. Po co? Żeby uciec. Od siebie, od życia, od rodziny, problemów. Nieustanna gonitwa.

– W swoim własnym mniemaniu byłem dobrym mężem, ojcem, pracodawcą. Mojej rodzinie niczego nie brakowało. Tak mi się wydawało. Uzależnienie to choroba zakłamania. Potrafimy wszystko sobie wytłumaczyć, potrafimy zrzucić winę na każdego: na żonę, bo gdera i marudzi, na szefa w pracy, bo się czepia, na dzieci, bo niegrzeczne. Nawet gdy przegrałem w karty, to ktoś musiał być temu winien. Kto? Kolega – bo mnie zdenerwował. Oszukiwał. Grał znaczonymi kartami, z podstawionym partnerem. – Hazard to jest takie życie na fali: raz jesteś na górze, raz na dole. Albo czujesz się dobrze, albo źle. Jak dobrze, to grasz, bo masz dobrą passę. Jak przegrasz, to grasz, żeby poprawić sobie nastrój. Błędne koło – mówi Ryszard.

Rzucę te pieniądze żonie pod stopy

Obok hazardu w życiu Ryśka był też alkohol. Bardzo dużo alkoholu. Coraz dłuższe ciągi picia, coraz krótsze przerwy. Trudniej to ukryć – nie tylko przed rodziną. Przed sobą też. Tyle, że Rysiek nie myślał o sobie jak o pijaku. Bo pijak to ktoś, kto leży obsikany na ulicy, kto nie ma domu ani grosza przy duszy, kto pije denaturat. A Rysiek pił dobry alkohol, miał żonę, dom, samochód, pieniądze, dzieci. Czy tak wygląda alkoholik?

Cały dzień kręcił się wokół tego, żeby zagrać i wypić. Wszystko było temu podporządkowane. – Od rana układałem w głowie plan zajęć. Na pierwszym miejscu była gra. Miałem własną firmę, więc mogłem iść do pracy albo nie. Nikt mnie nie kontrolował, przed nikim nie musiałem się tłumaczyć – Rysiek wyciąga z pamięci minione lata. W domu prawie nie bywał. Nie myślał o tym, że marnuje życie żonie i dzieciom. – Miałem to w nerce – mówi uczciwie. Ale miarka się przebrała.

Kiedy po tygodniu grania i picia wrócił do domu, żona postawiła mu ultimatum: albo zaczniesz się leczyć, albo się rozstaniemy. – Nie wiedziałem, co z tym zrobić. Dla świętego spokoju powiedziałem, że pójdę do poradni.

Terapeuta zapytał go, w czym mu pomóc. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Bo Rysiek nie chciał pomocy, nie chciał przestać pić. Ale zaczął chodzić na spotkania Anonimowych Alkoholików. – Wytrzymałem dziewięć miesięcy bez picia. Mówiłem sobie: pokażę im, że żaden ze mnie alkoholik, że jak chcę, to mogę nie pić – opowiada. – Ale nie wytrzymałem. Przyszedł taki dzień, że pomyślałem: albo zrobię krzywdę sobie, albo komuś. I wypił. To wystarczyło, by wpadł w ciąg. By wszystko, co przez ostatnie dziewięć miesięcy odbudował i poukładał, posypało się. Całkowita porażka. Przestawał i zaczynał. Walczył przez trzy lata.

Pił i grał codziennie. Miał poczucie, że jest na dnie. Kac moralny dręczył go coraz bardziej. Więc żeby się jakoś pocieszyć, mówił sobie: pójdę dziś do kasyna, wygram wielkie pieniądze, wrócę do domu, rzucę je żonie pod stopy, spłacę wszystkie długi i zacznę normalnie żyć. Ale taki dzień nie nadchodził. Rysiek nie widział już dla siebie ratunku. Chciał się zapić. Na śmierć. To była ostatnia myśl, jaką pamiętał.

Tacy jak ja

Obudził się. Otworzył oczy, rozejrzał się dookoła. Kraty w oknie. Obok na drugim łóżku jakiś facet. Był listopad. Na dworze okropna, jesienna szaruga. Izba wytrzeźwień.

Rysiek: – Tego dnia pierwszy raz spojrzałem na siebie uczciwie. Zrozumiałem, że jestem alkoholikiem i żeby wygrać, muszę się poddać. Muszę uznać, że alkohol jest silniejszy ode mnie. Z hazardem rozprawił się dopiero rok później.

To Rysiek założył w Poznaniu pierwszą grupę Anonimowych Hazardzistów. Informacje o spotkaniach zostawiał w poradniach, klubach abstynenckich, na spotkaniach AA.

Przez miesiąc przychodził co tydzień do wynajętego pokoju i czekał na takich jak on. W końcu przyszli. Zobaczył, że nie jest sam. To dało mu siłę. – Zdrowienie jest procesem, jest konkretną, ciężką pracą do wykonania. Nikt nie zrobi tego za nas. Ale świadomość, że nie jestem sam, bardzo pomaga.

Rysiek wie, że nie nadrobi tych lat straconych, tego zawiedzionego zaufania, zmarnowanego życia. – Miałem dzieci, ale ich nie dostrzegałem. Dawałem im pieniądze, ale nie dałem im miłości, nie dałem im uczucia, swojego czasu, obecności. W domu mnie nigdy nie było.

Na początku swojego trzeźwienia myślał o sobie jako o człowieku drugiej kategorii. – Mam jakiś defekt, bo nie mogę pić, bo nie mogę grać. Dziś już tak nie myśli. – Nie byłem złym człowiekiem. Byłem człowiekiem, który robił złe rzeczy. Tyle, że uzależnienie zostaje w głowie, wychodzi w trudnych momentach. Jest problem – pojawia się pomysł: gdybym zagrał, gdybym wypił – poczułbym się lepiej.

Od czasu, gdy skończył z hazardem, kart nie bierze do ręki. Omija salony gry i kasyna, nie gra w totolotka, nie ogląda teleturniejów w telewizji.

– Nawet w chińczyka pan nie zagra?

– W chińczyka? Rzadko.                               

Kończyliśmy naszą rozmowę, gdy Ryszard odebrał SMSa. „Nadal brak twojego zgłoszenia do finału konkursu…”. Przeczytał, skasował wiadomość i schował telefon do kieszeni.

Zwyczajne życie tego ci nie da

Podczas zajęć grupowych napisał na kartce, że zdefraudował pieniądze. Henio – terapeuta strasznie się na niego wkurzył. Ty, k…a, nie zdefraudowałeś, tylko je ukradłeś – powiedział mu. – Miałem się za kogoś lepszego, byłem jedynym hazardzistą, pozostali to sami alkoholicy. Zdefraudować brzmi lepiej niż ukraść, prawda?

Tomek. Przystojny czterdziestolatek. Wysoki, dobrze zbudowany, uśmiechnięty. Lekko siwiejące skronie, delikatne okulary. Ubrany w krótkie spodnie i niebieską koszulę. Rozmowny, otwarty.

Ma na swoim koncie dwa wyroki, siedział w areszcie, okradał matkę, brata, firmę. Odsunęli się od niego rodzina i wszyscy znajomi. Przeszedł leczenie zamknięte. – Hazardzista jest wyzuty z wszelkich uczuć. Nic nie jest dla niego ważne, tylko to, żeby zagrać. Dla tej jednej chwili jest w stanie zrobić wszystko – mówi Tomek.

Zaczęło się niewinnie. Wolne popołudnie. Koledzy wpadają po niego do domu i namawiają, by wyskoczyć do salonu. – Ugramy na butelkę wódki – przekonują. Tomek ma 23 lata, świetną pracę, zarabia dobre pieniądze, jest lubiany przez klientów. W salonie na automatach nigdy nie grał, więc daje się namówić. Nie idzie mu najlepiej. Przegrywa. Ale Tomek lubi ryzyko, więc szybko postanawia, że następnego dnia przyjdzie się odegrać. – Zawsze lubiłem rywalizować, sprawdzać się, wygrywać. Od dziecka. Mogłem grać na zapałki albo na papierosy. Wszystko jedno. To mnie rajcowało.

Następnego dnia wrócił. Szybko odegrał to, co stracił dzień wcześniej. A potem był kolejny dzień i kolejny. – Pracowałem do siedemnastej. Bez przerwy patrzyłem na zegarek, żeby ta praca jak najszybciej się skończyła, żebym mógł już iść na automaty.

Przegrywał coraz więcej. Żeby grać, zaczął pożyczać. Budził się z myślą, kiedy wreszcie stanie przy automacie. Wyskakiwał w czasie pracy, grał całe noce. Do domu wracał nad ranem. Pieniędzy coraz bardziej brakowało. Znajomi nie chcieli już pożyczać. Wtedy zaczęły się pierwsze kradzieże. – Zabrałem biżuterię mojej mamie, wykradałem pieniądze bratu, okradałem firmę – mówi.

Wyleciał z pracy. Dostał wyrok w zawieszeniu. Przyszła chwila opamiętania, ale na krótko.– W grze nie chodzi o pieniądze. One są najmniej ważne. Mówi się, że ktoś przegrał luksusowy samochód czy dom. To nie ma żadnego znaczenia. Chodzi przede wszystkim o adrenalinę. O taki jej poziom, który trudno sobie w ogóle wyobrazić i z czymś porównać. Zwyczajne życie tego nie daje – mówi Tomek.

Znalazł drugą pracę, spłacał długi. I znów zaczął chodzić na automaty. Gdy nie miał pieniędzy, to grał za kogoś. – Tam uciekałem od moich problemów, od życia. Miałem poczucie, że to jest jedyne miejsce, gdzie ktoś mnie rozumie, gdzie jestem akceptowany. Taki mój azyl.

Jak mogli mi to zrobić

Lubił ten moment, gdy padała wygrana. Automat grał wtedy melodyjkę z „Żądła”. Wszystkie głowy się podnosiły i patrzyły na niego. A Tomek czuł, że jest kimś, że jest świetnym graczem, że wszyscy go podziwiają. I grał o jeszcze większą stawkę.

W salonie okna są zamalowane albo zasłonięte kotarami. Gracz szybko traci poczucie czasu. Nie ma pojęcia, ile godzin spędził przy automacie, nie wie, czy jest dzień czy noc.

Tomek potrafił grać do upadłego, do samego końca. Gdy zamykali salon, przesypiał kilka godzin w autobusie i wracał zaraz po otwarciu. Kolejne kradzieże w pracy, kolejne długi u znajomych. – Był taki moment, gdy uświadomiłem sobie, że nigdy nie będę w stanie odegrać tego wszystkiego, co przegrałem. Jedyne, co mogłem zrobić, to skończyć z sobą.

Do dziś pamięta żony, matki, kochanki, które przychodziły do salonu i błagały obsługę, by nie wpuszczała ich męża, syna czy partnera. – Ale gracz poradzi sobie, bo jak nie wpuszczą go do jednego salonu, to poszuka sobie innego – mówi Tomek.

Z pracy znów go wyrzucili, dostał następny wyrok. Nie otrzeźwiał. Po kolejnej kradzieży w domu mama zadzwoniła na policję. Przesiedział w areszcie 48 godzin. – Byłem wściekły na nią i na mojego brata. Jak mogli mi to zrobić – zastanawiałem się. Ale był to też moment zwrotny w moim życiu. Tego dnia uświadomiłem sobie, że nie mam dokąd wrócić, że zostałem zupełnie sam. I przypomniałem sobie słowa, które usłyszałem kiedyś od pewnego hazardzisty: „Takich jak ty leczą w Gnieźnie”. Pojechał i umówił się na leczenie. Miał się zgłosić za trzy tygodnie.

Trzy tygodnie dla nałogowego gracza to bardzo długo. To 21 dni i 21 nocy. To setki godzin, które można spędzić w salonie.

Była zima. Leczenie w Gnieźnie miało się zacząć 20 lutego. – Kolega namówił mnie, żebyśmy pojechali na kilka dni do Karpacza. Pomyślałam sobie – czemu nie. Możemy jechać. Już po drodze, we Wrocławiu, zatrzymali się, żeby pograć. Przegrali wszystkie pieniądze. Więc znów pożyczali, żeby dalej grać. Dni mijały, zbliżał się 20 lutego. Tomek nie myślał o tym, chęć leczenia odeszła w niepamięć. – I nagle dzień wcześniej coś mnie ruszyło, coś mnie pchnęło, jakiś wewnętrzny przymus kazał mi się spakować i pojechać do Gniezna. Do dziś nie wiem, co to było.

Liczy się tylko dzień dzisiejszy

Kiedy 10 lat temu Tomek trafił na oddział zamknięty, był jedynym hazardzistą. Pozostali pacjenci to alkoholicy. Sposób leczenia podobny. Trzeba uznać swoją bezsilność wobec nałogu. Trzeba się poddać, trzeba się zdać na Siłę Wyższą. Trzeba uświadomić sobie całe zło, które wyrządziło się sobie i innym. A przede wszystkim trzeba wiedzieć, jak sobie radzić z trudnościami, ze stresem. Terapia trwa zazwyczaj kilka tygodni.

– Gdy zbliżał się koniec leczenia, czułem się bardzo niespokojny. Bałem się, co będzie, jak wyjdę z oddziału. Bałem się tej pustki, tego, że sobie nie poradzę. Bo hazard to nie jest kwestia słabej woli, to jest choroba uczuć, emocji.

Po wyjściu ze szpitala zaczął chodzić na spotkania Anonimowych Alkoholików. To tam poznał Ryśka. To od niego dowiedział się o istniejącej w Poznaniu grupie Anonimowych Hazardzistów. – Spotkanie ludzi, którzy mają taki sam problem jak ja, jest niezwykle istotnym elementem zdrowienia. Nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć tak dobrze, jak drugi hazardzista – żaden terapeuta, żaden psycholog. Wspólnota daje siłę. Ja jestem słaby, boję się, że nie dam rady. Ale wystarczy komuś o tym powiedzieć, z kimś pogadać i już człowiekowi jest lepiej – mówi Tomek.

Początek zdrowienia jest bardzo trudny. Hazardzista idzie ulicą i ma poczucie, że wszędzie są salony gry, że automaty czyhają na niego za każdym zakrętem. W uszach słychać jeszcze melodię z „Żądła”. Myśli ciągle uciekają do dnia wczorajszego, do przeszłości. Do zmarnowanych lat, do krzywdy, którą wyrządziło się innym. – Trzeba sobie wtedy założyć, że najważniejszą rzeczą na świecie jest terapia i leczenie. Pojawia się taka pokusa, by natychmiast oddać wszystkie długi. Ale to jest niemożliwe. Trzeba rozłożyć to na jakiś czas i spłacać. To jest bardzo ważne i bardzo wymierne.

Nie planował, co będzie jutro, za tydzień, za miesiąc. – Żyłem dniem dzisiejszym. Mówiłem sobie: dzisiaj nie gram. I jeśli mi się udało, to wieczorem zwyczajnie się z tego cieszyłem.

Dziś, po 10 latach trzeźwienia Tomek jest z siebie dumny. – Wiem, że nie każdemu się udało, że nie wszyscy zdrowieją. Ja wykorzystałem swoją szansę, którą dostałem od życia. Staram się już nie rozpamiętywać tamtych lat, bo takie dręczenie się nie ma sensu – tłumaczy.

Ma żonę, dzieci, dom, pracę. Wziął kredyt na samochód. Spłaca go regularnie. – Jestem zupełnie innym Tomkiem. Żyję spokojnie, mam czas dla siebie, dla mojej rodziny. Za niczym nie gonię, nie pędzę. Nie muszę się sprawdzać, nie muszę nikomu nic udowadniać. Stałem się bardziej wrażliwy, empatyczny, wyrozumiały. Odbudowałem relację z mamą, bratem, znajomymi. Spłaciłem wszystkie długi. Ale z moją chorobą będę już żył do końca życia. Najpierw jestem hazardzistą. Dopiero potem mam imię i nazwisko.

– Przeszedł pan już wszystkie 12 Kroków?
– Stawiam je od 10 lat. Ale żeby przejść dwanaście, trzeba zrobić ten pierwszy.

* * *

Wspólnota Anonimowych Hazardzistów powstała w 1957 roku w Los Angeles. W Polsce pierwsza grupa zaczęła swoją działalność w lutym 1995 roku. Od tego czasu wspólnota cały czas się rozrasta. Mityngi Anonimowych Hazardzistów odbywają się w kilkudziesięciu miastach w Polsce. Program zdrowienia oparty jest na 12 Krokach wypracowanych przez Anonimowych Alkoholików.

Poddaj się, żeby wygrać
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...