Podróż przez piekło

Podróż przez piekło

Dariusz Czaja, Lekcje ciemności, Wołowiec 2009

1.

Tej książki nie da się czytać, nie odczuwając bólu, choć nie można się od niej oderwać. Nie sposób zapomnieć przeczytanych zdań, choć i serce, i ciało, i w końcu rozum mówią ci, że – aby zachować spokój ducha – powinieneś je jak najszybciej zapomnieć. Niepodobna też podważyć, nie narażając się na cynizm, konkluzji, które Dariusz Czaja, krakowski antropolog, stawia w swojej gorzkiej i mrocznej książce Lekcje ciemności, choć wszystko się w nas buntuje i pcha z impetem w kierunku tego, aby tezy autora odesłać na śmietnik historii. 

Nie zdziwi mnie wcale, jeśli po tej książce Dariusza Czaję zacznie się pomawiać na „intelektualnych salonach” o to, że zwariował, że przesadza, że w swym pisarstwie ociera się o histerię i że swoje obsesje związane z wszechobecnym złem – jako głównym bohaterem jego esejów – powinien zachować dla siebie. Żyjemy przecież w kulturze przymusowego odczuwania przyjemności i społecznego optymizmu, co do świetlanej przyszłości rodzaju ludzkiego. Głos Czai musi więc być na podobieństwo zawodzenia płaczki żałobnej na weselnej stypie. A to jawny skandal.

Odwaga i radykalizm myślenia Czai bierze się z odwagi i radykalizmu patrzenia. Ma on odwagę i siłę, by spojrzeć złu i zło czyniącym prosto w oczy. Jednak snu z powiek nie spędza mu stare jak świat pytanie: unde malum (skąd zło?), ale zajmuje go zgoła inne, dużo bardziej nawet przerażające stwierdzenie: scio malum esse (wiem, że istnieje zło!). Zło jest. Było. I będzie. Ten, kto sądzi, że może być inaczej, że raj przez człowieka raz utracony jest do odzyskania, grzeszy naiwnością.

Historia myśli filozoficznej i teologicznej ścielona jest trupami naiwnych prób racjonalizacji zła, próbami pokazywania jego ostatecznych źródeł. Przypomnijmy choćby zacną szkołę tomistyczną, która powiada: „zło to brak dobra”. Jak jednak powiedzieć matce, na oczach której oprawca zabija niewinne dziecko, że zło, jakie ją dotyka, to brak dobra? Czyż taka odpowiedź nie jest dodatkowo pomnażaniem zła? Czyż takie quasipocieszenia nie są rodzajem intelektualnego sadyzmu, który filozofowie i teologowie mogliby sobie darować?

Dariusz Czaja mówi tyle, a może, aż tyle: zło/Zły jest! Nie miejmy złudzeń. Jedyne, co możemy zrobić, to zrozumieć, jak bardzo zło jest chytre, przebiegłe, uwodzicielskie. Dlatego w pierwszej kolejności trzeba spojrzeć w kierunku owej „dziury w dziejach”, jak mówi o Auschwitz żydowski filozof Emmanuel Levinas. Jeśli ktoś nie poczuje dymu z kominów krematoriów palących ciała naszych bliźnich, jeśli nie posłyszy płaczu niewinnych dzieci, kobiet i mężczyzn poddawanych nieludzkim torturom i jeśli ktoś w końcu szybko przytaknie, by mieć problem z głowy, że Holokaust był tylko wypadkiem przy pracy w zacnej historii „dobrego człowieka”, ten rychło zostanie przez zło przechytrzony. Licho nie śpi. Ono tylko na to czeka!

Czytając eseje Czai, szybko tracimy tę naiwną wiarę. Już po kilku stronach dociera do nas brutalna prawda, że Auschwitz dlatego odbiera mowę i rozum, gdyż w radykalny sposób odsłoniło nam zło. Było „laboratorium zła” w czystej postaci. Było miejscem, choć niech nas nie zwodzi użyty tu czas przeszły, w którym próbowano człowieka nie tylko w tym, ile może wytrzymać, poddając go torturom, odbierając mu godność, a na końcu zabijając, ale także, a może przede wszystkim ćwiczono człowieka w tym, do czego on, homo sapiens, jest zdolny w zła czynieniu i zła zadawaniu. Jak daleko człowiek gotów jest posunąć się w bezinteresownym zadawaniu bólu i cierpienia. I jeśli był do tego zdolny wtedy, w Auschwitz, to znaczy, że jest zdolny także i dziś. I jutro. I za pięć lat. Aż do końca świata.

A teraz: jeśli po tym wstępie macie dość odwagi i siły – a powinniście je mieć, jeśli chcecie cokolwiek z dwudziestowiecznych, mrocznych przygód człowieka pojąć – to razem z Czają zabieram Was w daleką i ciemną podróż. Na samo dno piekła. Bo dopiero tam wszystko widać wyraźniej.

2.

Cóż jednak Czaja wie o Auschwitz? Cóż może nam ciekawego powiedzieć? – zapyta ktoś. Czyż istota doświadczania nie na tym polega, że jest ono nieprzekazywalne? Autor Lekcji… ma tego świadomość i sam wprost dopytuje, jakby przeczuwając, że podobne zarzuty mogą paść: „co wie o poparzeniu ten, kto sam nie przeszedł przez ogień?”. Jeśli zatem człowiek nie doświadczył grozy i ciemności poniżenia, jak ma pisać o złu, zagładzie i okrucieństwie wojny, nie ocierając się o śmieszność?

To jeden z głównych problemów, z jakimi zmaga się eseista. Tym bardziej problem ten staje na ostrzu noża, gdy przypomnimy sobie samobójczą śmierć Paula Celana i jego dramatyczne wyznanie: po Auschwitz słowa przestały cokolwiek znaczyć. Jednak, notuje Czaja, o czym nie można milczeć, o tym mówić trzeba. Tyle, że kiedy zaczynamy o złu mówić, wpadamy w sidła przedstawienia. Zło nieopisane umyka w niebyt, opisane – zatruwa i pożera. I tak źle, i tak niedobrze. Chytrość zła zdumiewa.

Dlatego, mając świadomość powyższej aporetyczności, nie można jednak nie podjąć ryzyka. I nie pisać. Nie ma innego sposobu, by demaskować objawienia zła, jak za pomocą języka. Zgoda: ułomnego, ale języka. „Słowo częściej bywa tu przeciwnikiem pisarza niż jego sprzymierzeńcem” – pisze trzeźwo krakowski antropolog. Dlatego o tamtym „świecie pisać trzeba słowami w poprzek słów. Używać języka, ale płynąć pod jego prąd”. Czy mamy lepszego świadka przeciw złu i złoczyńcom niż słowo?

Słowa, w przeciwieństwie do człowieka, nie da się zabić. Słowa odpowiednie, właściwie dobrane na miarę wydarzeń, które mają opisać, ocierają się o nieśmiertelność. A zatem i wydarzenia, które opisują. Abraham Joshua Heschel, rabin polskiego pochodzenia, przekonuje, że „ze wszystkich rzeczy na ziemi jedynie słowa nigdy nie umierają. Mają tak niewielką materię, ale tak wielkie znaczenie”. Czaja jakby wziął sobie do serca słowa Rabbiego i dlatego nie stawia siebie przed wyborem: albo pisać, albo milczeć. Ale pyta: jak pisać?

Szerokim łukiem omija dyskurs czysto filozoficzny, czysto abstrakcyjny. Pomny tego, ilu już autorów na tej drodze w zetknięciu ze złem poległo, szuka innych sposobności, by je podejść, by przechytrzyć mistrza chytrości. Ale także i dlatego, że w języku polskim chyba już wszystko, co filozof mógł w tej materii zdziałać, zostało skreślone przez Cezarego Wodzińskiego w znakomitej monografii Światłocienie zła. Tyle, że – jak to u nas bywa – książkę Wodzińskiego pokryło wymowne milczenie.

Jaka zatem jest strategia Czai? Przede wszystkim na bój ze złem nie idzie samotnie. Manifestacjom zła przygląda się wraz z wybranymi przez siebie przyjaciółmi: pisarzami (Levi, Kértesz, Coetzee, Sebald, Littell), teologami (Nowosielski, Quinzio), malarzami (Bacon, i – raz jeszcze – Nowosielski), prowokatorami religijnymi (Nietzsche, Cioran). Cały ten erudycyjny zabieg, który budzi podziw czytelnika wobec autora, nie jest jednak czyniony po to, by nas przekonać, jak dużo Czaja przeczytał, ile z tego pojął i jak sprawnym jest hermeneutą. Wysiłek ten służy raczej temu, by pokazać, jak każdy z przywołanych tu myślicieli mocuje się ze słowem przeciw złu i jak daleki jest od ogłoszenia w tym pojedynku zwycięstwa. Zło staje się nieprzekraczalną granicą, po dotarciu do której w zasadzie każdy musi skapitulować. A to dlatego, że zło jest bezsensu! Stąd każda próba nadania mu pozorów choćby wytłumaczalności, a więc i sensu, skazana jest na porażkę.

Czaja to wie. Dlatego w jego tekstach trudno szukać słów racjonalizacji zła i słów pociechy. Jego analizy znaczone są raczej bojaźnią i drżeniem. Tu żadne słowo nie jest kreślone łatwo. Język tego sprawnego przecież eseisty w tym przypadku jakby się łamał, a narracja rwała. Dotykając zła, Czaja, jakby się jąkał, krztusił, bo płynność mowy (języka) zdradzałaby w tym przypadku tylko powierzchowność. Przykład? Proszę: zdaje Czaja sprawę z powieści Badenheim 1939 Aharona Appelfelda – żydowskiego pisarza Zagłady, ocalałego, obecnie wykładającego literaturę na uniwersytecie Ben Guriona. To scena, w której mieszkańcy tytułowego miasteczka są przewożeni na północ – do Polski, do ziemi obiecanej. Jasne, że jest trochę niepewności, jak przed każdą podróżą. Nie mają jednak świadomości, w odróżnieniu od czytelnika, że to ich ostatnia podróż. Prosto do obozowego piekła. I zdanie, z którym nie mogą się równać żadne analizy filozoficzne: „Skoro wagony są tak brudne, to znaczy, że droga nie może być daleka” – rzuca doktor Pappenheim. Komentarz Czai: „To są ostatnie słowa powieści. Która zaraz potem wypada nam z rąk”.

Dariusz Czaja pisze tak, żeby bolało. I boli.

3.

Już chyba widzimy, że dla krakowskiego antropologa nie istnieje zło samo w sobie. Gdyby przyjął taką perspektywę, to pozostałby na gruncie ontologii, a to droga w ślepy zaułek. Zło, o czym pouczał nas ks. Józef Tischner, pojawia się między ludźmi. Zjawia się między nami. Zjawa kłamie i nie kłamie zarazem, grozi i nęci, odbiera jedne nadzieje, by karmić innymi. Zło nęci, zło kusi, zło zwodzi. A nęci, kusi i zwodzi, kiedy obiecuje wielkie rzeczy, kiedy daje człowiekowi możliwość władzy i panowania, kiedy zapewnia, że „człek będzie jak bóg”.

Zło nie jest więc realnością bytu lub jego braku. Ono zjawia się w chwili, kiedy „ja” staje na przeciw „ty”: face to face. Czy zatem, gdyby nie było człowieka, ludzi, byłoby zło? Nie. Bo to my, ludzie, możemy i, niestety, potrafimy je przywołać tak, jak piorunochron ściąga błyskawice. Zło nie jest więc na podobieństwo farby, notuje dalej Tischner, która z zewnątrz zabarwia ludzi. Mamy raczej do czynienia z ruchem przeciwnym: człowiek wyłania się z horyzontu zła – człowiek przychodzi z wnętrza zła jako posłaniec zjawy. Powiada się: „Zły człowiek to posłaniec piekła”. Komentarz Tischnera: „Piekło jest siłą, której wykonawcami są ludzie”.

Jeśli przywołuję tu analizy Tischnera, to dlatego, że Czaja w swoich Lekcjach… zgromadził niepodważalny materiał dowodowy na trafność myśli krakowskiego księdza. Zło drzemie w człowieku, a objawia się w chwili, kiedy dochodzi do spotkania z drugim. Jasne, że natychmiast się pocieszamy, iż nie w każdym z nas sypia bestia, a raczej, że tylko w niektórych potworach, psychopatach, dewiantach. Jakże złudna to nadzieja! A w pył na dobre obraca ją książka chorwackiej eseistki i dziennikarki Slavenki Drakulić. Czaja przywołuje ją jako jednego z wielu swoich pomocników w demaskowaniu fałszywych iluzji. Raport Drakulić, opisujący bałkańskich zbrodniarzy wojennych stojących przed Trybunałem w Hadze, to również dowód na to, że jeśli ktoś sądził, iż „po Auschwitz” człowiek dozna w końcu wstrząsu i się opamięta, i nie będzie więcej mordował i gwałcił bezinteresownie, to teraz już wie, że po Auschwitz był Wietnam, po Wietnamie Bałkany, po Bałkanach Rwanda…

Już sam tytuł książki Drakulić budzi dreszcze: Oni nie skrzywdziliby nawet muchy. Oni, czyli mordercy, którzy dopuścili się zbrodni w czasie bałkańskiej zawieruchy. Czy byli to nieludzie, jak chcielibyśmy sądzić my, ludzie? Diabły wcielone, których podniecał gwałt i śmierć? Pewnie tak, dlatego czujemy do nich odrazę i wstręt. Nie tak szybko jednak z tym świętym, demonstracyjnym oburzeniem…

Zgoda, że pokusa, by tak mniemać, jest trudna do odrzucenia. A to dlatego, że u podstaw takiego rozumowania leży przyjemnie dla naszego ucha brzmiący sylogizm: „zwyczajni ludzie nie mogliby zrobić tego, co zrobiły te potwory. Jesteśmy zwyczajnymi ludźmi, wobec tego nie możemy popełnić takich zbrodni”. Sęk w tym, że – jak dowodzi Drakulić – te „potwory” to byli prości ludzie. Mieli pogodne twarze, a nawet miłe usposobienie. To byli ojcowie i mężowie, którzy bawili się ze swoimi dziećmi. To byli sumienni pracownicy, którzy każdego ranka, wychodząc do pracy, z uśmiechem mówili do swoich sąsiadów: „Dzień dobry”. Któż by się spodziewał, że w inny słoneczny dzień przedzierzgną się w bezwzględnych morderców, duszących gołymi rękami swoich dotychczasowych współobywateli, gwałcących ich córki i żony. Dlaczego dobrzy ludzie robią tak złe rzeczy?

To nie jawni psychopaci, monstrualne potwory są problemem – z nimi spokojnie dalibyśmy sobie radę. Oni stanowią, na szczęście, wyjątki. Ba, im nawet należałoby współczuć, okazać miłosierdzie, zamiast prowadzić na szubienice. Prawdziwym problemem są „zwykli ludzie”, „mili sąsiedzi”, czyli większość z nas, w których – jak się okazuje – drzemie bestia. Demony, gotowe w każdej chwili się przebudzić, by siać gwałt, zniszczenie i okrucieństwo. I nieważne, czy ktoś jest biedny czy bogaty, biały czy czarny, heteroczy homoseksualny, ma poglądy lewicowe czy prawicowe.

Nie dajecie wiary? Wiem. Trudno się z tym pogodzić. A jednak… Drakulić swoją książkę kończy opisem sytuacji, która właśnie jest niedowiary i niedowyobrażenia. Opisuje jeden z tych normalnych dni w więzieniu Scheveningen, w którym siedzieli bałkańscy zbrodniarze. Pokazuje, jak wczorajsi, zajadli wrogowie na śmierć i życie, siedzą teraz przy jednym stole, wspólnie gotują i rozmawiają. Jedyne, co im teraz pozostało do zabicia, to czas – dopowiada gorzko Czaja. „Jeśli »braterstwo i jedność« między niedawnymi zaciekłymi wrogami jest istotnie epilogiem wojny, człowiek się zastanawia; po co to wszystko? Gdy patrzy się na wesołych chłopców w areszcie w Scheveningen, odpowiedź wydaje się prosta: po nic” (Drakulić).

Po NIC jest zło! Zatem: mogłoby go nie być. Czy wręcz: powinno go nie być. Paradoks jednak na tym polega, że – kiedy idzie o zło, które człowiek jest w możności czynić drugiemu człowiekowi, i to właściwie po NIC – to musimy być gotowi, by wyobrazić sobie rzeczy niewyobrażalne. Nieludzkość jest w ludzkiej mocy (Z. Bauman). Mojej i Twojej. Niewyobrażalne? Tak. Prawdziwe? Również tak.

4.

Teksty Czai zaskakują jeszcze od innej strony. Cichym bohaterem jego esejów jest Zło – pisane, dla odróżnienia, wielką literą, czyli dokładniej: Zły. Szatan. Czy już pojawił się na twarzy czytelnika uśmiech? Któż dałby wiarę w diabła, który ponoć – jak mówi tradycja chrześcijańska – jest upadłym aniołem? Któż po psychoanalizie i kozetce, prozacu i psychoterapii wierzyłby jeszcze w demony, które – zgodnie z greckim źródłosłowem słowa daimon – brużdżą między ludźmi?

Czaja nie daje się tak łatwo zwieść. Na dowód, że poważnie powinniśmy potraktować obecność Diabła w naszym odczarowanym ponoć świecie, przywołuje myśl Denis de Rougemont: „Jedna z ulubionych metod Złego polega na przekonaniu intelektualistów, że jest on tylko mitycznym wyrazem wewnętrznych lęków prostych ludzi, którzy nie czytali Freuda”. Z tym przekonaniem doskonale koresponduje stwierdzenie, które ponoć wyraził jeden z kardynałów. Otóż zauważył on trzeźwo, że pojmuje doskonale, iż w XX wieku można nie wierzyć w Boga, ale żeby nie wierzyć dziś w Diabła, to już czysta herezja. I, dodaje Czaja, w obrazach Bacona znalazłby całkiem wiarygodny materiał źródłowy.

To intrygujący trop także dlatego, że dziś pochłonięci jesteśmy przede wszystkim oskarżeniami, które wytaczamy Bogu. Szukamy śladów Jego obecności na tym łez padole, by Mu wygarnąć, jak okrutne jest nasze życie. Zapomnieliśmy natomiast kompletnie o Jego konkurencie, Diable, w którego naturze leży złoczynienie. A ten z takiego obrotu rzeczy jest rad. Zaciera ręce i robi swoje. Dzieli, kusi, wznieca ogień.

Może to diabelska pokusa, ale trudno: nie mogę się oprzeć. Chciałbym odwrócić tu powszechnie znany zakład Pascala. Jak pamiętamy, francuski filozof proponuje, aby założyć (wierzyć), że Bóg istnieje. Tym samym w życiu najważniejsza staje się modlitwa i czynienie dobra. Jeśli po śmierci okaże, że Bóg istnieje, to człowiek zyska życie wieczne, bo żył godnie. Jeśli nie, to ominęło go co najwyżej trochę cielesnych rozkoszy, wypił mniej kieliszków wódki.

A gdyby tak, idąc tropem Pascala, człowiek przyjął (uwierzył), że w świecie, który już dawno wyegzorcyzmował Diabła, on jednak istnieje? I działa. Wtedy musiałby się trzymać na baczności, miarkować w każdej chwili, czy aby nie jest kuszony, pilnować się, czy folgując swoim żądzom, nie realizuje diabelskich planów. Jeśli po śmierci okazałoby się, że jednak Diabeł nie istnieje, to człowiek zyskałby to, że mniej uczynił zła swoim bliźnim za życia, co mogłoby uchronić go przed piekłem. Jeśli okazałoby się natomiast, że jednak Diabeł jest, co znaczyłoby też, że i Bóg istnieje, to zyskałby życie wieczne. I wilk syty, i owca cała. Rzadka to sytuacja.

Ten „diabelski zakład” tym bardziej jest zasadny, że z tych dwojga: Bóg i Diabeł, ten drugi daje obecnie więcej dowodów swego istnienia. Trudno więc nie przyznać racji „ateistycznemu teologowi” Emilowi Cioranowi, który powiada, że nasze czasy charakteryzuje nieobecność Boga. Ani pioruny, ani przekleństwa nie ożywiają już firmamentów, a patrząc na Krzyż, zaczynamy ziewać. „W jakim przytułku odpoczywa ten starzec?” – pyta prowokacyjnie rumuński myśliciel.

By być konsekwentnym, trzeba dopowiedzieć to do końca, ocierając się oczywiście z punktu widzenia szkolnej dogmatyki o herezję: Bóg nie jest wszechmocny (o ile kiedykolwiek był?). Gdyby był, świat wyglądałby inaczej, gdyż musiałby w nim interweniować. Skoro płacz niewinnego dziecka jest nie do zniesienia również dla ludzi, to tym bardziej musi być nie do zniesienia dla Boga. Tyle, że dziś Bóg zdaje się słaby, zmęczony i ograniczony w swym działaniu. Jest bezsilny. Zamiast nas zbawić, wycofał się. Zamiast przyjść, jak obiecał, i zaprowadzić swoje Królestwo Sprawiedliwości, ukrył się. „Bóg przegrał” – ogłosi włoski myśliciel Sergio Quinzio. Dlatego, jak wszystko na to wskazuje, światem rządzi Diabeł. I… człowiek.

Czy z tego światopiekła można się jakoś wydostać? Jerzy Nowosielski, który był przekonany o obecności w świecie demonów i któremu Czaja poświęca wiele uwagi, powiada, że kiedy człowiek pozna oblicze Złego, kiedy spojrzy w jego ślepia, musi się odbić w stronę dobra. Nie ma innego wyjścia. To brzmi niemal jak wybawienie! Czy jednak zawsze spotkanie ze Złym kończy się dobrze? – dopytuje, nie dowierzając, i słusznie, krakowski antropolog. I dodaje: „Zło bywa zaraźliwe. Zło nie tylko przeraża, ale i fascynuje, zniewala”.

I nie jest tu, niestety, gołosłowny. Przykładem, jak pociągający bywa demon, jest bohater głośnej powieści Łaskawe Jonathana Littella. Max Aue, niegdysiejszy nazista w służbie SS, obecnie dyrektor w francuskiej fabryce koronek, spędza starość u boku żony. Aue w powieści Littella nie jest jednak skruszonym katem, który kaja się za popełnione grzechy, nie targają nim wyrzuty sumienia, niedające spokojnie zasnąć. Przeciwnie: „Niczego nie żałuję, taką miałem pracę i już” – powie krótko, ucinając wszelkie moralne dylematy. Śpi twardo, je bez odruchów wymiotnych. Czyż więc postać Aue nie powinna nas odrzucać, budzić wstręt? Ależ tak! Tyle, że on równie skutecznie od siebie odrzuca, co przyciąga. Czaja pisze, choć w nawiasie, ale tym bardziej to intrygujące: wielu czytelników Łaskawych przyznaje, że łapało się na odruchach sympatii do nazistowskiego kata.

I któż zaprzeczy, że diabelskie sztuczki to mrzonki dla małych dzieci?

5.

Zapytacie: a gdzie w tej opowieści jakieś pocieszenie? Czy z esejów Dariusza Czai nie da się wykrzesać choćby odrobiny nadziei?

Na pewno nie tej złudnej. Ta podróż nie kończy się typowym happy endem. Jakiej więc lekcji chce nam udzielić Czaja? Krótka odpowiedź brzmi: ciemnej. Krakowski antropolog nie ma wobec homo sapiens żadnych złudzeń. W każdym z nas zamieszkuje uśpiona bestia. Trzeba doprawdy niewiele, by zerwała krępujące ją kajdany i próbowała zaprowadzić swoje porządki. Znamy je aż nazbyt dobrze, choć wolimy o nich nie pamiętać, nie myśleć, zapomnieć. A przecież znaczą je takie miejsca, jak Auschwitz, Bałkany, Rwanda czy Abu Ghraib.

Jeśli więc ciemności wciąż spowijają ziemię, to być może dlatego, że Złemu udało się przekonać ludzi, iż „Człowiek to brzmi dumnie”. To niedorzeczność. Być może w chwili, kiedy przyjmiemy do wiadomości, iż „człowiek to nie brzmi dumnie”, nastanie jasność. Ciemności, które potraktujemy jak truciznę, mogą okazać się lekarstwem. Chodzi więc o to, abyśmy, choć wiem, że to oksymoron, potrafili żyć pośród „ciemnych jasności”. „W ciemności, notuje Thomas Bernhard, wszystko staje się wyraźne (jasne!)”.

Podróż przez piekło
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego.Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...