Podrzucam ludziom kukułcze jaja

Narkomania, alkoholizm i prostytucja strasznie zniewalają ludzi, ale jednocześnie uwalniają ich od struktur tego świata: żyjąc w nałogu, tracą niejednokrotnie rodzinę, pracę, mieszkanie. Najczęściej nie mają już dokąd wracać. Ale są wolni dla Chrystusa.

Katarzyna Kolska, Paweł Kozacki OP: Jak to się stało, że znalazł się Ojciec na Ukrainie?

Piotr Kurkiewicz OFMCap: Byłem jeszcze diakonem, gdy pewnego dnia prowincjał naszego zakonu zapytał nas: „Kto z was chciałby pojechać na Ukrainę?”. Zapadła cisza. Nikt się nie odezwał. Prowincjał zapytał jeszcze raz: „A kto z was mógłby pojechać na Ukrainę, gdyby była taka potrzeba?”. Zgłosiło się trzech bohaterów, wśród nich byłem też ja. Zrobiliśmy to tylko dlatego, że nie chcieliśmy zasmucać Boga i prowincjała. Mieliśmy jednak nadzieję, że ta siermięga nas ominie. Nie ominęła. Los padł na mnie. Gdy usłyszałem tę wiadomość, nogi się pode mną ugięły, ale Bóg poprawiał mi nastrój z minuty na minutę.

Wyjechałem w 1992 roku, jeszcze przed święceniami kapłańskimi. Kilku braci było już tam i zdążyli przetrzeć szlaki. Przybyłem na miejsce 24 grudnia o trzeciej rano. Zaspałem. Pociąg miał zaraz odjeżdżać, a ja nieubrany, w pidżamie wyskoczyłem na peron. Wyrzucono mi przez okno tobołki. Stałem w śniegu. Ciemna noc – nie znałem języka ani kraju. A brat, który miał mnie odebrać, spóźniał się.

Przeżyliśmy wspólnie święta Bożego Narodzenia i jeszcze kilka miesięcy. Wróciłem do Polski, by przyjąć święcenia kapłańskie, a 1 czerwca byłem już z powrotem w Starokonstantynowie na Ukrainie. Mój współbrat powiedział mi, że na kilka dni musi wyjechać do Kijowa. Zostałem sam. Z kilku dni zrobił się rok. Znałem już ludzi, ale nie znałem jeszcze dobrze języka. Na głowie miałem parafię w mieście powiatowym, czternaście wiosek – niektóre oddalone od siebie o 50 km, postulat dochodzący do dwunastu kandydatów i generalny remont klasztoru.

Jak młody neoprezbiter sobie z tym radził?

Na początku był wielki strach i samotność. Do tej ostatniej jakoś szybko przywykłem, tym bardziej, że z dnia na dzień miałem blisko siebie coraz więcej parafian. Głównie byli to Ukraińcy, ale też mieszkający tam od czasów wojny, słabo mówiący już w ojczystym języku Polacy.

Ile osób przychodziło na niedzielną mszę św.?

W niektórych wioskach 5–6 osób, czasami 20, w innych 100, a w parafii centralnej – do 300 parafian. Miałem świadomość, że te wioski niedługo wymrą. Trudno więc było planować jakieś wielkie duszpasterstwo. Mogłem jedynie podtrzymywać to, co zastałem, ze świadomością, że ostatni zgasi światło. Po roku dołączył do mnie jeszcze jeden współbrat Grzegorz Ligęza. W Starokonstantynowie spędziłem 2,5 roku. To była moja pierwsza wielka miłość.

Jechał tam Ojciec z poczuciem, że ma nawracać ludzi?

Pewnie tak. Taka myśl towarzyszy każdemu neoprezbiterowi. Ludzie byli bardzo życzliwi, bardzo gościnni i bardzo biedni. Wyznawali wiarę ludową, litanijnoróżańcową. Taką, do której byli przyzwyczajeni przez lata, gdy się modlili sami – bez księdza. W naszym województwie w latach komunizmu był otwarty tylko jeden kościół – wszyscy tam jeździli, potajemnie chrzcili dzieci i posyłali je do I Komunii Świętej. W jakiś sposób była to wiara heroiczna. Zdarzało się w przeszłości, że ludzie ginęli w walce o kościoły. Słyszałem opowieści o katolikach, którzy byli mordowani i wieszani na drucie przewierconym przez skroń. W Barze powieszono ich aż 300. Ale w ich wierze nie brakowało też elementów okultyzmu: w potrzebie szli i do kościoła, i do wiedźmy, która odprawiała czary.

Dziś ta wiara jest inna, bo czasy są inne – na pewno bardziej czysta i świadoma. We wsiach przechowali ją najstarsi. W dużych miastach wygląda to zupełnie inaczej. Działają tam wspólnoty charyzmatyczne, neokatechumenalne. Głoszenie Słowa sprawia, że w życiu religinym uczestniczą nie tylko ci, którzy mają jakieś tradycje wyniesione z domu, ale nawracają się też ludzie spoza chrześcijaństwa.

Trudno było Ojcu opuścić swoją pierwszą placówkę?

Rozstanie ze Starokonstantynowem było dla mnie nieszczęściem – przywiązuję się do miejsc i ludzi. Nie zgadzałem się z decyzją prowincjała, ale posłusznie ją przyjąłem. Zostałem proboszczem w Winnicy – dużym mieście wojewódzkim. Nasz klasztor znajduje się przy Sobornej – głównej ulicy miasta. Gdy tam przyjechałem, mieszkali w nim świeccy. Stopniowo kupowaliśmy im mieszkania i przeprowadzaliśmy ich, ale jeszcze do dziś przebywa tam kilka rodzin. Po roku zostałem proboszczem parafii i dyrektorem jedynego domu rekolekcyjnego na Ukrainie, w Krasiłowie. Ironia losu polegała na tym, że kiedy zapadała decyzja o jego budowie, jako jedyny spośród wszystkich kapucynów byłem temu przeciwny.

Dlaczego?

Taki młodzieńczy idealizm. Wydawało mi się, że my, kapucyni, powinniśmy być ubodzy. Że powinniśmy dawać świadectwo naszym życiem, a nie zajmować się duszpasterstwem „mówionym”, zorganizowanym. Teraz, po kilkunastu latach, myślę już inaczej i wiem, że gdyby nie ten dom, nie byłoby Szkoły Życia Chrześcijańskiego i Ewangelizacji, którą założyłem kilka lat później. Najpierw jednak były rekolekcje, na które zapraszałem ludzi do naszego domu w Krasiłowie. Organizowałem weekendy charyzmatyczne, biblijne, modlitewne. Warunki były bardzo skromne – ściany z cegieł, na podłodze beton. Ludzie spali na pryczach, na siennikach. Przyjeżdżało ich więcej, niż mogliśmy pomieścić. Dom przeznaczony był maksymalnie dla 90 osób, a kiedyś gościł 265!

Skąd się dowiadywali o waszych rekolekcjach?

Informowaliśmy o nich w kościołach i w wychodzącej na całej Ukrainie gazecie wydawanej przez dominikanów, wysyłaliśmy listy i telefonowaliśmy do tych, którzy już wcześniej brali udział w rekolekcjach. W końcu sami uczestnicy przekazywali sobie wiadomość.

Kto przyjeżdżał?

Wszyscy: młodzież, dorośli, starsi, rodziny z dziećmi. Niektórzy z bardzo daleka: np. z oddalonego o 1300 kilometrów Ługańska, z Charkowa (800 km), Lwowa (400 km). Podróż zajmowała im czasami dwie doby i sporo kosztowała. Widząc zainteresowanie, z jakim spotkała się nasza propozycja, postanowiłem nadać przedsięwzięciu charakter organiczny, a nie spektakularny. Narodziła się myśl, aby podzielić tych ludzi na bardziej zaawansowanych, takich, którzy w naszych rekolekcjach uczestniczyli już czwarty czy piąty raz, oraz na początkujących. I tak narodziła się Szkoła Życia Chrześcijańskiego i Ewangelizacji Świętej Maryi z Nazaretu Matki Kościoła. Bardzo szybko uruchomiliśmy filie, choć nie ukrywam, że i temu byłem przeciwny. Bałem się rozproszenia. Ale w końcu uległem. I powstały kolejne szkoły na Ukrainie, potem w Polsce, Czechach, na Białorusi, w Rosji, ostatnio też w Izraelu. W tym roku idziemy do Austrii, w następnym do Bułgarii, a potem, być może, na Syberię, do Stanów Zjednoczonych, Włoch i Kanady.

Formacja w szkole trwa sześć lat. Każdego roku uczestnicy biorą udział w czterech sesjach: 10–dniowej letniej i trzech weekendowych: wiosną, jesienią i zimą. Ma to im pomóc w dojściu do dojrzałej wiary i w znalezieniu swojego aktywnego miejsca w Kościele.

Czy tak duże zainteresowanie udziałem w rekolekcjach świadczyło o tym, że ludzie wyposzczeni po latach komunizmu, spragnieni byli ewangelii, duchowości?

W latach 90. XX wieku na pewno tak. Otwarcie każdego kościoła było ogromnym wydarzeniem. Ludzie przychodzili całą chmarą i zostawali – na kilka miesięcy, czasem na kilka lat. Ci najwytrwalsi, którzy chcieli pogłębiać swoją wiarę, przyjeżdżali na rekolekcje. Reszta utonęła w konsumpcjonizmie, w pogoni za pieniądzem, za luksusem.

Stereotypowe opinie o życiu na Ukrainie są takie, że ludzie zarabiają tam marne grosze, które z ledwością starczają na najskromniejsze utrzymanie. Tymczasem, gdy byłem w Kijowie, na własne oczy widziałem luksusowe sklepy. Czy to jest przepaść między stolicą a prowincją?

Ukraina to kraj, w którym widać ogromne rozwarstwienie, tak jak w Chile, Peru czy Brazylii. Jest grupa ludzi znakomicie ustawionych – dawny komunistyczny establishment, który przekształcił się w oligarchiczny. Bazuje to na ludzkiej krzywdzie, kradzieży, wyzysku, niesprawiedliwości. Wiele osób emigrowało za pracą, mało jest rodzin, które nie żyją w rozłące – niemal w każdej ktoś jest za granicą. Dzięki temu wielu z nich dorobiło się jakiegoś majątku, mają domy, samochody. Większość żyje jednak w ogromnej biedzie.

To skąd brał Ojciec pieniądze na prowadzenie ośrodka rekolekcyjnego, na Szkołę Ewangelizacji, na otwieranie kolejnych filii?

Ogromną pomocą służyli nam wierni z Niemiec, Włoch i Ameryki. Prowincjał naszego zakonu często jeździł na Zachód i prosił o pieniądze, tłumacząc, na co są nam potrzebne. Ofiarodawców nie brakowało. Na początku lat 90. był inny niż obecnie przelicznik: za 100 dolarów mogłem wyprowadzić rodzinę mieszkającą w naszym klasztorze i uzyskać dla niej inne mieszkanie. Żałuję, że zabrakło nam wówczas zapału, by doprowadzić te sprawy do końca. Dziś pomoc finansowa z Zachodu jest o wiele mniejsza. Ceny na Ukrainie też są już inne. Dlatego zdarza mi się odwiedzać polskie parafie i prosić o wsparcie. Teraz, gdy zamierzam otworzyć Centrum Rehabilitacyjne dla narkomanów, alkoholików i prostytutek, zaczynam kwestować nawet w parafiach na Ukrainie. Proszę o pomoc również polskie diecezje, np. poznańską, instytucje oraz zamożnych rodaków, często z dobrym skutkiem.

Skąd się wziął pomysł, by pracować z uzależnionymi?

Zdecydował o tym przypadek. Jeden z moich współpracowników ze Szkoły Ewangelizacji wyemigrował do Izraela. Poznał Żydów protestantów, którzy mają tam swoje zbory, a jednocześnie prowadzą przy nich centra rehabilitacyjne dla osób uzależnionych, prostytutek i byłych więźniów. Żydzi zainteresowali się tym, co robimy w naszych szkołach, i postanowili wypracowany przez nas sześcioletni program ewangelizacyjny wpleść w proces rehabilitacji w swoich ośrodkach.

W lipcu ubiegłego roku przyjechali zobaczyć jedną z naszych filii. Początkowo obawiałem się, co z tego wyjdzie, protestanci bowiem trafili do parafii grekokatolickiej, zobaczyli kościół z ikonostasem, świecami, kadzidłami. Byli jednak zachwyceni i po kilku dniach zapragnęli otworzyć taką szkołę u siebie. W październiku pojechałem do Izraela na pierwszą sesję szkoły. Uczestniczyło w niej około 80 osób – głównie z centrów rehabilitacyjnych. Na drugiej sesji, w lutym tego roku, byli też ludzie ze zborów protestanckich. Wiosną odbyła się trzecia sesja.

Jeszcze podczas pobytu u nas w IwanoFrankowsku wspominali o tym, że zamierzają otworzyć swoje centra na Ukrainie. Byłem zajęty szkołą, więc puszczałem te informacje mimo uszu. Jednak gdy pojechałem do Hajfy i zobaczyłem, jak takie centrum rehabilitacyjne działa, byłem oczarowany. Bóg zaczął do mnie przemawiać, serce mi pałało. W cień poszła szkoła. Zrozumiałem, że Bóg wzywa mnie do uruchomienia takiego centrum.

Musiałem jednak najpierw przygotować grunt, otworzyć wiele drzwi, m.in. u biskupa, który szybko dał swoje błogosławieństwo. Z entuzjazmem na pomysł zareagował też mer Starokostantynowa, w którym ma powstać centrum. Powiedział, że zapali wszystkie zielone światła i udzieli wszelkiej pomocy. Potrzebna była też oczywiście zgoda naszego zakonu, od którego dostałem dom z przylegającym doń sporym szmatem ziemi i część klasztoru w Starokonstantynowie. Zaczęliśmy już remont, mam ludzi, którzy prowadzą ewangelizację i terapię. Mamy też już pierwszych delikwentów.

Kim będziecie się zajmować?

Właściwie już to robimy. W wynajętym, prowizorycznym domku – taka chatka Puchatka – zaczęliśmy ratować nieszczęśników. Przyjmujemy wszystkich potrzebujących naszej pomocy: narkomanów, alkoholików, seksoholików, wszelkich holików. Docelowo w ośrodku ma zamieszkać do 50 osób.

Nasze centrum będzie też bazą dla stacjonarnej, półrocznej szkoły misyjnej, do której będą mogli przyjechać ludzie z dalekich krajów, np. Kazachstanu czy Syberii – katolicy, grekokatolicy, prawosławni, protestanci. Dla nich przygotujemy oddzielne miejsce w naszym ośrodku. Wierzę, że spotkanie z osobami uzależnionymi będzie dla nich ubogacające (i na odwrót). Sam wiele się od nich nauczyłem. Na przykład dyscypliny. Będąc w Hajfie, widziałem, jak każdego dnia wszyscy pensjonariusze i wolontariusze wstają o 6 rano i modlą się pół godziny. Nie spóźniają się na modlitwę. Wydaje mi się, że wiem, z czego to wynika: my możemy się Boga nie trzymać tak mocno jak oni, jesteśmy zdrowi i nie stoczymy się od razu. Oni, jeśli odpuszczą sobie modlitwę, mogą się stoczyć w ciągu kilku dni.

Mówi Ojciec, że ma już ludzi, którzy poprowadzą centrum i zajmą się waszymi podopiecznymi?

Są to przede wszystkim wolontariusze z Izraela i Ukrainy, głównie byli narkomani i alkoholicy, którzy od 6–12 lat są trzeźwi i wiedzą, jak pracować z uzależnionymi.

Narkomania, alkoholizm i prostytucja strasznie zniewalają ludzi, ale jednocześnie uwalniają ich od struktur tego świata: żyjąc w nałogu, tracą niejednokrotnie rodzinę, pracę, mieszkanie. Najczęściej nie mają już dokąd wracać. Są wolni dla Chrystusa. Z nich w przyszłości chciałbym uczynić kolejnych wolontariuszy. To będzie armia Pana.

A psychologowie, terapeuci?

Będziemy ich zapraszać, wspierać się na ich doświadczeniu i od nich się uczyć. Chcemy pracować m.in. metodą 12 Kroków, na której w swym działaniu opierają się wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Chcemy też uczyć się od innych, zachowując jednak wierność tej specyficznej drodze, po której, mamy wrażenie, prowadzi nas Pan.

Jak wygląda terapia w takim centrum rehabilitacyjnym?

Najpierw jest dwutygodniowa strefa buforowa – oczyszczenie, otoczenie tych, którzy przyszli, miłością i modlitwą. To również czas na zrobienie badań lekarskich – sprawdzenie, czy ktoś nie choruje na gruźlicę lub AIDS. Potem czeka ich 9–miesięczna rehabilitacja. Każdego traktować będziemy indywidualnie – być może niektórym wystarczą dwa czy cztery miesiące takiej pomocy. Inni będą musieli pozostać w ośrodku dłużej. Dzień będzie zaczynać półgodzinna medytacja indywidualna nad Słowem Bożym, potem kilkanaście minut wspólnotowego dzielenia się usłyszanym Słowem, następnie półgodzinne uwielbienie spontanicznocharyzmatyczne Boga, wreszcie śniadanie i do pracy. Wieczorem przed kolacją jeszcze godzina czegoś duchowego, urozmaicanego, po kolacji czas wolny. A co jakiś czas, sukcesywnie udział w kolejnych sesjach naszej szkoły.

W jaki sposób ci ludzie trafią do was?

Wolontariusze z Hajfy będą objeżdżać nasze szkoły, wspólnoty i kościoły i opowiadać o ośrodku. Będą wyszukiwać tych, którzy potrzebują pomocy, i zostawiać informacje w różnych miejscach. Protestanci na Ukrainie mają już kilkadziesiąt takich ośrodków, nasz katolicki będzie pierwszy.

Kto będzie finansował utrzymanie centrum?

Zamierzamy otworzyć na terenie naszego ośrodka sklep z używaną odzieżą – taki second hand. Towar będzie nam dostarczał tirami trzeźwy alkoholik – Heniek, który ma już kilka takich sklepów w Polsce. Nasi pensjonariusze będą też chodzili do pracy – mer miasta obiecał nam pomoc w znalezieniu dla nich zatrudnienia.

Protestanci, prawosławni, katolicy – nie boi się ojciec napięć międzywyznaniowych? To wszystko bardzo ładnie brzmi, ale w rzeczywistości może się okazać mieszanką wybuchową.

Wierzę w dialog ekumeniczny. A przykładem dla mnie jest brat Roger – protestant, który chciał pojednać wiarę swoich przodków z pięknem i prawdziwością wiary katolickiej. Bez konwersji przylgnął do dogmatów naszej wiary, czyli uczynił to, nie zmieniając wyznania. I Watykan zgodził się na udzielenie mu Komunii Świętej.

W centrach rehabilitacyjnych i szkołach ewangelizacji będzie obowiązywała zasada chrztu: kto z jakim chrztem przychodzi, w takiej wierze będzie wzrastał. Chcemy być wspólnotą ludzi zewangelizowanych, ochrzczonych Duchem Świętym, wielbiących Pana, uczestniczących w katechezie szkoły, ewangelizujących innych.

A gdy do naszej wspólnoty trafi muzułmanin, zapewne kupimy Koran. I nie będziemy wykorzystywać jego chorób, by przeciągnąć go na chrześcijaństwo. My mu pomożemy dobrze poznać jego religię. Ale bardzo się uradujemy, jeśli poprzez umiarkowane światło naszych czynów, zechce wybrać Jezusa.

Najpierw szkoła ewangelizacji, teraz centrum rehabiltacyjne. Ma już Ojciec następne pomysły?

Życie mi je codziennie podpowiada, mam nadzieję, że wie o tym też Pan Bóg. Potrzebna jest na Ukrainie pomoc dla dzieci niepełnosprawnych, dla osób bezdomnych, chorych psychicznie, dla dzieci cierpiących na AIDS.

Całego świata Ojciec nie zbawi.

Wiem. Ale chcę zrobić to, co mogę zrobić i czego żąda Pan. Jeśli to się uda, to na Sądzie powiem: Ja prawie że uczyniłem, co mogłem, a Ty, Panie? Mam nadzieję, że Znawca gatunków literackich wybaczy mi tę impertynencję. Dlatego nigdy nie działam sam. Ja jedynie znoszę takie kukułcze jaja i podrzucam je innym. Również w tym wywiadzie właśnie to robię. To jest mój charyzmat. Trzeba tylko zacząć. A jak Bóg zapali ludzkie serca, reszta dryfować będzie sama. Miejmy nadzieję.

Podrzucam ludziom kukułcze jaja
Piotr Kurkiewicz OFMCap

kapucyn, misjonarz na Ukrainie, założyciel Szkoły Życia Chrześcijańskiego i Ewangelizacji Świętej Maryi z Nazaretu Matki Kościoła (Szkoła Maryi) w Krasiłowie niedaleko Chmielnickiego na Ukrainie....

Podrzucam ludziom kukułcze jaja
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...

Podrzucam ludziom kukułcze jaja
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....