Post, czyli szczęście

Post, czyli szczęście

Wielki Post to wielki nieobecny współczesnej kultury, nie tylko masowej. Gdyby Piotr Breughel żył dzisiaj, to zapewne nie namalowałby swej Walki postu z karnawałem. Trudno byłoby mu bowiem znaleźć zarówno w realnym życiu, jak i w przestrzeni symbolicznej odpowiedniki postnego nastawienia do rzeczywistości.

Żyjemy w kulturze nieustannego karnawału, w której adwent otwiera wesoły akwizytor w czerwieni podający się za świętego Mikołaja, a po śledziku i ostatkach zaczyna się sezon jajeczek, kurczaków, baranków i bazi.

Większość z nas żyje zanurzona w kulturze masowej, a w tej miejsca na post nie ma. Nie ma bowiem dla niego zrozumienia. Zrozumiałe są diety i głodówki zdrowotne, bo służą utrzymaniu ciała w dobrej kondycji, ale post?

A co powiedzieć o Wielkim Poście? Co powiedzieć o czterdziestu dniach spędzonych przez Chrystusa na pustyni? Zawsze wyobrażałem sobie Jezusa jako kogoś, kto podejmuje wyzwanie tylko dla twardzieli. Jego pobyt na pustyni postrzegałem jako coś w rodzaju survivalu, swoistą „szkołę przeżycia”, w której stacza się heroiczną walkę z własnymi słabościami. Wyobrażałem Go sobie, jak odlicza zachody słońca, które pozostały mu do końca tej niezwykłej próby… 4, 3, 2, 1! Zwycięstwo!

Jednak to było zupełnie nie tak. Czy byłeś kiedyś zakochany? Czy pamiętasz ten stan, kiedy nie możesz nic jeść, nie możesz spać, chodzisz w radosnym uniesieniu i myślisz tylko o tym, żeby spotkać się z ukochaną Osobą? A kiedy jesteś przy Niej, to jesteś tak Nią pochłonięty, że nie zauważasz upływającego czasu, tak dobrze jest wam razem?

Ktoś zakochany w Jezusie bez trudu zrozumie, że jest to opis stanu Chrystusa na pustyni. On nie odliczał dni do końca, On po prostu nie zauważał ich upływu… Zresztą, jakiego końca? Był tak zatopiony w Miłości, że wydawało się, iż nie ma to końca…

Gdyby post Jezusa na pustyni wyglądał tak, jak sobie to zazwyczaj wyobrażamy, gdyby rzeczywiście zdał morderczy egzamin w szkole przeżycia, to po powrocie stamtąd kwalifikowałby się raczej do rehabilitacji w sanatorium, w którym długo musiałby wracać do równowagi fizycznej i psychicznej. Tymczasem – jak wiemy z Pisma Świętego – Chrystus po owych czterdziestu dniach rozpoczął swą misję pełen ducha i mocy. Pobyt na pustyni nie był więc dla niego niewysłowioną mordęgą, lecz stał się źródłem niewyczerpanej siły. On czerpał właśnie z Miłości.

Wiele światła na tę kwestię rzucają słowa Jezusa wypowiedziane podczas Kazania na Górze – mowy uważanej za fundament chrześcijaństwa. Chrystus powiada, że ten, kto pości, nie powinien być posępny i ponury, lecz powinien namaścić sobie głowę oliwą, a twarz umyć wodą. Dla Izraelitów oliwa była symbolem zdrowia i piękna, a namaszczenie nią uchodziło za wyraz radości i szacunku. Woda z kolei oznaczała źródło życia i najgłębszą wewnętrzną prawdę.

Dopiero w tym kontekście staje się jasne, jak opacznie rozumiemy dziś „walkę postu z karnawałem”. Otóż nie jest to wojna między samowyrzeczeniem, cierpiętnictwem i ascetycznością z jednej strony, a radością, beztroską i umiłowaniem życia z drugiej. Jest to raczej – by odwołać się do reguł rozeznawania duchowego św. Ignacego Loyoli – walka między dwiema zasadami: zasadą szczęścia i zasadą przyjemności.

Zasada przyjemności mówi: żyj tylko dla siebie; zasada szczęścia: żyj dla innych. Przyjemność trwa krótko – jak taniec czy posiłek; szczęście – wiecznie, jak Miłość.

Nic więc dziwnego, że dzisiejsza kultura karnawałowa, w której nie ma miejsca na post, podniosła do rangi absolutu zasadę przyjemności. Doznawanie przyjemności stało się celem, któremu wszystko inne zostało podporządkowane. A jednak – jakoś nie mogę opędzić się od tego wrażenia – kiedy spotykam osoby goniące ciągle za przyjemnościami, widzę, że prawdziwego szczęścia nie odnalazły.

Post, czyli szczęście
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...