Pożegnanie Krysi Feldman

Pożegnanie Krysi Feldman

Piszę „Krysi”, bo chociaż miała dziewięćdziesiąt lat, w stosunku do spraw najważniejszych była jak dziecko – bezbronna, ufna i bezpośrednia. Przed wszystkimi, jak młoda dziewczyna, zataiła prawdziwą datę swego urodzenia, ujmując sobie kilka lat. Dowiedzieliśmy się tego dopiero po jej śmierci, kiedy znaleziono jej paszport. Nikt nie podejrzewał, że nosi na karku dziewięćdziesiątkę.

Coraz piękniejszy jest Poznań. Ma się czym pochwalić. Jego skarbem są jednak ludzie. Dlatego taki żal, kiedy odchodzą, pozostawiając nam w obowiązku wierność i kontynuację.

29 stycznia 2007 roku, najpierw podczas uroczystej mszy świętej w kościele akademickim Dominikanów, a później w alei zasłużonych na cmentarzu na Miłostowie w Poznaniu pożegnaliśmy Krystynę Feldman, aktorkę i wspaniałego człowieka, która wrosła w to miasto i z nim się utożsamiła. Mieszkała w Poznaniu, podobnie jak ja, przez ostatnie trzydzieści lat. Nie była rodowitą poznanianką, bo urodziła się we Lwowie, ale stała się nią przez miłość do ludzi, i to miłość odwzajemnioną.

Krystyna Feldman była wybitną osobowością artystyczną, ale była nią, dlatego że była w ogóle osobowością – wspaniałym człowiekiem z piękną przeszłością dotyczącą umiłowania i służby Ojczyźnie. Podczas wojny żołnierz AK, a za komuny działaczka ruchu oporu. Żyła niezwykle skromnie, ubogo, po franciszkańsku. Nie miała garnków ani lodówki. Jedyną jej umiejętnością kulinarną było zaparzenie sobie kiepskiej herbaty. Miała za to czas dla ludzi i gdy się ją o coś poprosiło, to stawała na baczność, meldując się do usług i rozkazów. Miała znajomych w całym mieście. Znajomi z tramwaju, z barów, z ulicy, z kościoła. Wszyscy byli kochani i ważni, z wszystkimi rozmawiała i witała się.

Pracę w teatrze traktowała niezwykle poważnie. Nigdy się nie spóźniała. Szanowała i kochała ludzi, którym się szczodrze rozdawała. Kleryków uczyła dykcji i wymowy, chorym dzieciom w szpitalu czytała bajki, studentom pomagała reżyserować bożonarodzeniowe szopki. W każdą niedzielę podczas mszy świętej o godzinie 13.00 u dominikanów czytała pierwsze czytanie i przychodziła do zakrystii wcześniej, aby się przygotować. Znaliśmy ją wszyscy. W naszym kościele akademickim miała swoją ławkę i miejsce.

Bóg był u niej zawsze na pierwszym miejscu, więc wszystko inne miała na swoim, na właściwym miejscu i we właściwych proporcjach. To streszcza i charakteryzuje jej życie. I jeszcze o jednej jej miłości trzeba tutaj wspomnieć, o miłości do Ojca Świętego Jana Pawła II. Kochała go ogromnie za jego miłość do młodych i starych, starała się go naśladować. Kochała go za jego czytelność, za to, że nie bał się ani lękał wymagać od ludzi, a szczególnie od młodych. Tak samo, jak Ojciec Święty, stawiała młodym wymagania i potrafiła zwrócić uwagę.

Kochała więc odrębną miłością Jana Pawła II i marszałka Józefa Piłsudskiego, potem wszystkich ludzi równo.

Swoje życie traktowała jako próbę generalną do przedstawienia, które dopiero ma się odbyć. Żyła w jakimś mistycznym zawieszeniu pomiędzy tym, że „już” się wszystko zaczęło, ale na pełnię „jeszcze” czekamy. W enigmatycznym i przemijającym kształcie swojego życia budowała wieczność dobrymi czynami i miłością świadczoną powszechnie. Tą miłością wdzierała się w wieczność, wykraczała poza kadr doczesności. Odchodząc od nas do Pana, poszła z całym naręczem dobrych czynów, całym koszem miłości do zwykłych ludzi, którzy tak licznie wypełnili nasz kościół, a w godzinę później otoczyli jej grób.

Jeszcze jedna myśl związana z panią Krystyną Feldman. Do wszystkiego miała dystans, ale nie miała go do Pana Boga. Była jak dziecko. Bezpośredniość, z jaką zwracała się do Niego, wyraźnie rzutowała na jej stosunek do ludzi, zwyczajnych, najzwyczajniejszych, którzy długo będą o niej pamiętali.

Kiedy zastanawiam się nad zwartością, jakąś swoistą integralnością jej życia, nad jego czytelnością, dochodzę do jednego wniosku: że wszystko miała zawczasu dokładnie przemyślane. Jako człowiek autentyczny nie podejmowała gry na każdej proponowanej płaszczyźnie, ale sama proponowała płaszczyznę spotkania. Jej zwarta osobowość oparta na Bogu, z Boga czerpała i ku Bogu się zwracała.

Znakiem bogactwa jej osobowości były dziwne i tajemnicze osoby, od jakich zaludniło się na jej pogrzebie. Rzesza moherowych beretów na głowach starszych niewiast, ale i mężczyzn, mnóstwo młodych ludzi oraz osób reprezentujących władze i urzędy. Wszyscy, mimo brzydkiej pogody, przyszli z potrzeby serca, bo ją kochali. I wielu trzymało w rękach pojedyncze kwiatki.

Wzruszające było pojawienie się na cmentarzu, jakby nie z tego świata, na przykład rykszarza z Kalisza, który woził ją przed laty po mieście, a teraz stanąwszy nad grobem, zatrąbił swoją trąbką zwróconą w stronę otwartej mogiły.

– To dla Ciebie, pani Krysiu, ostatni już raz.

Być może, zażartowała kiedyś, by zatrąbił jej nad grobem, więc potraktował to życzenie poważnie. Zaraz po nim wystąpił starszy już mężczyzna z kompletem harmonijek ustnych. Zbliżył się tylko do mogiły i jęknął: „Pani Krysiu…” i zagrał. Zmieniał harmonijki i melodie. Mimo że ludzie go uciszali, grał nadal. Potem jeszcze ktoś zagrał z oddali na rogu. A nad głowami duchowieństwa i rodziny przeleciał deszcz pojedynczych kwiatów rzucanych w kierunku otwartej mogiły.

Była silną osobowością. Nawet od jej mogiły trudno było odejść. Ale odeszliśmy wreszcie, robiąc miejsce innym, i poszliśmy jeszcze postać przez chwilę nad grobem Romana Brandstaettera po przeciwnej stronie cmentarza.

Usiłowałem sobie wyobrazić historię życia każdego z nich, złożoną z radości, lęków i cierpień, historię, w którą pewnego dnia wszedł Chrystus i która w dialogu z Nim odnajdywała drogę nadziei. Naszym oczom dostępna jest tylko zewnętrzna strona tego niezwykłego wydarzenia. Rozpadało się już na dobre, kiedy wracaliśmy z cmentarza do klasztoru.

Pożegnanie Krysi Feldman
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...