Pożegnanie z Exsultet?

Pożegnanie z Exsultet?

Co za czas dla mnie nastał? Ostatnio stale kogoś żegnam. To Włodka Fijałkowskiego, to profesora Jasia Małkowskiego. Ani przypuszczałem, że przyjdzie mi pożegnać tę pieśń. Mogłem przecież to przewidzieć, mogłem się tego domyśleć, że kiedyś młodzi nie będą chcieli słuchać śpiewu staruszka. Ludziom się nie takie rzeczy przytrafiają, a ja, stary zakonnik, się dziwię, że mnie to spotkało.

Kiedy przed laty wracałem z Romanem Brandstaetterem z Krakowa po wspaniałych uroczystościach w kościele Mariackim, pisarz, wysiadając z auta, powiedział do mnie: „Cóż, mężom umierają żony, żonom umierają mężowie, a ja, stary Żyd, się dziwię, że mnie coś takiego spotkało. Przez czterdzieści lat opowiadałem wszystko mojej żonie, a teraz komu ja to wszystko opowiem?”. Otóż wydarzyła się rzecz poważna, dla mnie tragedia, dramat. Nie pozwolono mi tego roku zaśpiewać Exsultet – Orędzia Wielkanocnego. Sprowadzono specjalnie diakona z Krakowa, żeby staruszka odsunąć. Odpowiedzialni za liturgię musieli się nagłowić zarówno nad konceptem, jak i jego realizacją, bo przepchnąć taką masę, to prawdziwa sztuka. I dokonali jej. To było przecież do przewidzenia. Tak musiało się to skończyć. Pewnego dnia ktoś musiał mi powiedzieć: „Przestań. W kolejce stoją inni. Śpiew Exsultet jest śpiewem młodości i rodzącego się życia, a nie poważnego faceta, mówiąc delikatnie”. Tylko tutaj nie chodzi o racjonalne argumenty.

Od czasów diakońskich w Krakowie zawsze śpiewałem Exsultet, Orędzie Wielkanocne. Przede mną nie było stałego wykonawcy. Myślałem, że stanie się to tradycją. Śpiewałem z zapałem. Drżałem i wkładałem w ten śpiew całe serce, całego siebie. Im bardziej przybywało mi na wadze, tym więcej wkładałem siebie. Za każdym razem było to przeżycie. Przygotowywałem się w skrytości i jawnie. Zawczasu dbałem o gardło, które ukradkiem przepłukiwałem solą. Odchrząkiwałem, przedmuchiwałem, nuciłem i mruczałem. Ćwiczyłem oddech, pogrywając na klarnecie, który cały rok sechł na półce, niebrany do ręki. Tak, Exsultet to całe misterium, a szczególnie stara wersja, w której mowa o pracowitej pszczole, która zrobiła wosk na świecę.

Przez całe lata śpiewałem Exsultet, mój Exsultet. To była moja rola, moja fucha w Poznaniu. I nagle tak bez słowa po latach pojawiła się kartka na tablicy, że tym razem Exsultet zaśpiewa diakon. O zgrozo, mój wychowanek z duszpasterstwa, kochany Janusz, żeby to chociaż ktoś inny, miałbym przynajmniej powody do gniewu.

Dominikanie mieli zawsze swój Exsultet, na swoją własną melodię, i tę śpiewałem pierwotnie przez lata. Mam jeszcze schowane ówczesne tłumaczenie tego śpiewu i przechowuję je na pamiątkę swojej młodości i entuzjazmu wiary.

Potem przywiozłem do Polski Exsultet Andrzeja Gouzesa, francuskiego dominikanina, który w swoim czasie entuzjazmował francuskie elitarne środowiska kościelne. Zjawiskowość tej pieśni polegała na tym, że śpiew odbywał się na bazie śpiewu wszystkich zgromadzonych. Przystosowaliśmy go z Jasiem Gołaskim do śpiewania po polsku. Najpierw zaśpiew: Zmartchwychwstał Chrystus Pan, a w dalszej części Alleluja. To był dialog wiary. Ludzie w kościele darli się wniebogłosy, i ja się darłem. Dostosowywałem się do nich, a oni do mnie. Cóż za chwile uniesienia! Z tego wspólnego krzyku wyłaniało się przesłanie o tym, że Chrystus prawdziwie zmartwychwstał, które niosło się daleko, na falach radia, opowieści, wspomnienia czy plotki. Kochałem ten śpiew, uwielbiałem niemalże, a paschał okadzałem, całowałem i pieściłem publicznie i ukradkiem. Głaskałem tę świecę i ukradkiem wywoziłem na Jamną, aby tam — niewyrzucona na powtórne przetopienie ani nieponiewierana — dopalała się jak żywot starego człowieka w uszanowaniu i godności.

Tego roku po raz pierwszy nie zaśpiewałem Exsultet. Czułem się, jakby mi kto w gębę dał. Jedynym znieczuleniem było koszmarne zmęczenie wynikające z liczby godzin spędzonych w bezruchu w konfesjonale. Sztywność ciała przeniosła się w sztywność umysłu i tak przeżyłem wigilię paschalną, którą mogłem jako obecność ofiarować Panu.

Młodsi bracia, próbując mi pomóc, usiłowali żartować. Ktoś powiedział, że nareszcie mógł zrozumieć wszystkie słowa i wniknąć w ich głębię. Nic nie mówiłem, bo Exsultet to entuzjazm, szaleństwo, nadciśnienie. Exsultet to nie tyle zrozumienie, ile właśnie niezrozumienie. Podniesione do rangi waloru niezrozumienie, podniesione do rangi nieokiełznanej radości, która wybucha i rozlewa się wokoło.

Sztywny dowlokłem się do celi. W nocy śniło mi się, że śpiewam swój Exultet, że śpiewam z zapałem, przez cały czas, do upadłego, że odpowiada mi nabity kościół, że jestem stale pośród tej pieśni, której frazowanie i nieliczenie się z muzyką wciąż trwa, bo odnawia się w niej cały nasz czas. I tej pieśni teraz nie mogę opuścić, bo kiedy ją opuszczę, gdybym wydostał się spod jej cudownego metrum, spod jej falowania i zaśpiewu, spod przeciągania nut ponad miarę i wydzierania się, zgubię ton, zgubię osnowę, i znowu niewiele będę mógł zrozumieć poza przeraźliwym samozadowoleniem rozumu, który uderza o zimne pręty pułapki, którą sam na siebie zastawił.

Pisanie to ma na celu nie usprawiedliwienie się czy uczynienie donosu, że nie było mi dane zaśpiewać tego roku Exsultet, ale danie wyrazu wierności tej pieśni, która schodzi od tej chwili wraz ze mną do podziemia i odtąd śpiewana będzie w moim wnętrzu aż do mojej śmierci. Nie mogłem tego nie napisać, wyjść bocznymi drzwiami i wycofać się. Chcę przez to powiedzieć, że nie zdradziłem tej pieśni, że ona trwa we mnie, może jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy ją śpiewałem, a inni mogli ten śpiew usłyszeć. Cóż, będę musiał znaleźć dla tej pieśni inne miejsce. Kolejne wyzwanie przede mną.

Pożegnanie z Exsultet?
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...