Pozytywista z plebanii

Pozytywista z plebanii

„Pisząc teksty o biedzie, nie sądziłem, że jest ona tak dramatyczna. Zobaczyłem to dopiero, kiedy objąłem tę parafię. Najbardziej przerażała mnie inercja dorosłych. Rodzice ubezwłasnowolnieni przez poprzedni system zapomnieli, że trzeba dbać o własne dzieci”.

Jest średniego wzrostu. Chodzi szybko. Z lewą ręką w kieszeni. Starannie ubrany. Zazwyczaj w szary garnitur i koszulę z koloratką. Zamyślony. Z przyklejonym nieco uśmiechem. Co chwila ktoś go pozdrawia. Albo on kogoś. Zatrzymują się na chwilę. Czasem na dłużej. Rozmawiają o sąsiadach, znajomych i załatwiają jakieś sprawy. Umawiają się na za kilka dni. Będą omawiać nowy projekt i szukać sponsorów przyszłorocznych kolonii.

Mężczyzna w szarym garniturze mówi szybko o kolejnych pomysłach: jak walczyć z alkoholizmem na wsiach, brakiem porządku w obejściach. Zna zarówno zalety, jak i wady swoich parafian. Z równą swobodą potrafi mówić o jednych i drugich. Ze zrozumieniem i taktem. Zna wieś równie dobrze, jak miasto. Sam z niej pochodzi, wychowany w rodzinie pracującej przez lata w wiejskiej oświacie.

Zamieszkał na strychu

Ksiądz Sławomir Kokorzycki kończył seminarium duchowne w Szczecinie w 1989 roku. Był wyróżniającym się studentem. Dwa lata wcześniej, jeszcze jako kleryk, służył przy ołtarzu Ojcu Świętemu podczas mszy na szczecińskich błoniach. Później, zwyczajowo, praktykował w parafiach diecezji. Przed objęciem probostwa posługiwał w diecezjalnym wydawnictwie. Kiedy trafił do parafii Korytowo w połowie grudnia 1995 roku, nie miał nawet plebanii. Poprzednia się spaliła, a wierni nie widzieli potrzeby budowania nowej. Ksiądz zamieszkał w bloku na strychu niegdyś służącym za pralnię i suszarnię. Gdy po raz pierwszy przyjechał do parafii, w kioskach nie było gazet, bo nikt ich nie kupował. Ludzie ze zdziwieniem patrzyli na księdza, któremu chciało się jeździć 14 kilometrów do powiatu „po ten papier, co to oczy męczy”.

Obejmował bezrobocie

Przed ośmiu laty, obejmując parafię, ksiądz Kokorzycki „obejmował” również istniejące wówczas bezrobocie, które sięgało w wioskach 68%. I wciąż kolejni ludzie tracili pracę. Siedzieli na przyzbach i pomstowali na „solidaruchów, co to nam zabrali robotę”. Wspominali łaskawe czasy PGR– –owskich rządców, „które i kraść pozwalali”, i oko przymykali na plączące się po alkoholu nogi. Tęsknili za wczoraj i ze zgrozą liczyli ostatnie złotówki z miłosierdzia gminy. Niektórzy wracali z pracy na czarno. Innej znaleźć już nie mogli i liczyli, co się bardziej opłaca — zasiłek dla bezrobotnych czy praca z płacą o sto złotych wyższą od zasiłku. Nie posługując się rachunkiem prawdopodobieństwa — wybierali zasiłek.

Ksiądz, który chce działać

— Sądziłem, że ksiądz zajmie się, tak jak jego poprzednik, tylko odprawianiem mszy — wspomina Jan Kiela, były burmistrz Choszczna. — Szybko okazało się, że jest to ksiądz, który chce działać. Zaczął pokazywać ludziom, że mimo biedy mogą coś zrobić. Przede wszystkim uświadamiał rodzicom, że ich dzieci muszą się kształcić, bo dzisiaj już nie wystarczy podstawówka czy zawodówka, by znaleźć pracę. Dzieci powinny iść na studia, bo jest to dla nich szansa na lepszą pracę. Od razu też zaczął szukać sponsorów półkolonii i kolonii dla dzieci i młodzieży. Mnie też naciskał, bym mu przekazał budynek na terenie plebanii. Sprawę potraktowałem priorytetowo. Budynek przekazałem, on zostawił sobie pokoik, a resztę zaadaptował na Ośrodek Wspierania Rodziny.

Początek ośrodka

Budynek ma niewiele ponad dwieście metrów powierzchni. Jeszcze kilka lat temu była to popadająca w ruinę dziewiętnastowieczna pastorówka. Teraz parter zajmuje kuchnia wyposażona w nowoczesny sprzęt kucharski. Kotły. Maszyny do obierania ziemniaków. Automatyczne noże. Ogromne patelnie. Tuż obok kuchni — kilkudziesięciometrowa sala wspiera kolumnami pierwsze piętro, na którym znajdują się pokoje dla uczestników kolonii. Sala z kolumnami może pomieścić ponad setkę ludzi. W czasie kolonii, które prowadzi ksiądz, jest stołówką. W ciągu roku szkolnego odgrywa rolę świetlicy — miejsca do nauki i do zabawy. Ośrodek Wspierania Rodziny nie ma stałej dotacji, choć dzięki współpracy z Urzędem Miasta w Choszcznie zatrudnione są w nim dwie osoby w ramach prac publicznych: kucharka i kierowniczka. Do ubiegłego roku poprzedni burmistrz Choszczna pozwalał dzieciom z Ośrodka korzystać bezpłatnie z plaży i basenu. Obecny nie wyraził na to zgody, więc ksiądz musi płacić.

Podobne cele

— Gdy zostałem wojewodą, zastanawiałem się, co można zrobić dla najbiedniejszych środowisk, o których politycy przypominają sobie tylko przed wyborami — wspomina Jerzy Ostrouch, były wojewoda gorzowski. — Jakiś czas później przyszedł ksiądz i z pewnym rozczarowaniem wygarnął mi: „Jesteście podobni do innych”. Wcześniej coś próbował załatwić dla dzieci, ale go odsyłano od wydziału do wydziału. Tymczasem proboszcz oczekiwał natychmiastowych działań. No i wówczas okazało się, że mamy podobne cele. Opracowaliśmy wspólnie program pomocy dla dzieci i młodzieży. Wyciągnęliśmy pieniądze z Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, samorządu, województwa. I nazwaliśmy ten program Programem Pomocy Rodzinie. Najpierw udało się w Ośrodku stworzyć bibliotekę i zorganizować zajęcia komputerowe oraz korepetycje dla uczniów. Później pojawiła się koncepcja utworzenia kuchni dla dziatwy.

Wbrew wyobrażeniom

— I w ten sposób ksiądz uruchomił Ośrodek. W parafii nie za bardzo mu za to dziękowali — wspomina miejscowy przedsiębiorca Witold Gryczewski — bo działał wbrew wyobrażeniom tutejszych o proboszczu. Oni chcieli, by był tak samo konwencjonalny, jak poprzednicy. Msza święta, kolęda, odpust. I kiedy sobie przypomnę, jak wiele musiał otwierać drzwi w urzędzie, by coś dla nas załatwić, to jestem pełen podziwu dla niego. Nie zrażał się trudnościami. Umiejętnie też zachęcał nas, parafian, do pracy. Choćby przy budowie Ośrodka. Jeśli ktoś nie był chętny, bo tu wielu ludzi odzwyczaiło się od pracy, to umiejętnie tę aktywność wymuszał, ale tak, żeby nikogo nie urazić. Dziś, bez względu na to, czy młodszy, czy starszy, ludzie pracują jako wolontariusze w Ośrodku. I tętni on życiem. Czy to latem, czy zimą. Zawsze coś się tu dzieje. Bilard jest. Ping– –pong. Przyjeżdża teatr. Ostatnio była z koncertem Eleni. I jest to dla nas wielkie wydarzenie.

Wspólny sukces

— Kiedy odzyskałem starą pastorówkę na parafialne potrzeby, ludzie szybko zaczęli pomagać w jej odbudowie — opowiada ksiądz Sławomir Kokorzycki. — Po dwóch miesiącach funkcjonowały już półkolonie. I to był nasz wspólny sukces. Postawa ludzi przy remoncie plebanii pokazała, że jest w nich aktywność, tylko trzeba ją wyzwolić. Pierwsze półkolonie były w 1996 roku. Wówczas na obiady przychodziło około 40 dzieci. W tym roku — już ponad setka. Wtedy kadrę trzeba było ściągać spoza Korytowa. Dzisiaj dopracowaliśmy się własnych wolontariuszy. Jednak z rodzicami każdego roku trzeba zaczynać pracę właściwie niemal od nowa, bo tu ludzie raczej dzieci hodują, niż wychowują. Często to dzieci chcą przychodzić na półkolonie, a nie rodzice je posyłać. One też chcą się uczyć, a rodzice niekiedy uważają, że zawodówka im wystarczy.

Nie mają tu wydumanych spraw

Sławomir Kokorzycki jest szkolnym kolegą mecenasa Wiesława Drabika. Pewnego dnia proboszcz odwiedził kolegę, który prowadzi praktykę adwokacką w pobliskim Choszcznie. Wypili kawę. Porozmawiali o trudnych problemach ubogich ze wsi. I na koniec ksiądz zaproponował koledze współpracę w ramach Ośrodka Wspierania Rodziny.

— Tak się trochę kręcił, kręcił, już miał wychodzić, kiedy wreszcie zapytał mnie, czy nie mógłbym raz w miesiącu udzielać porad prawnych miejscowym. Rzecz jasna, charytatywnie — opowiada mecenas Drabik. — Zgodziłem się, bo przecież wiem, że sytuacja materialna tych ludzi nie pozwala im na płacenie prawnikom, a oni tu nie mają wydumanych spraw. Przychodzą z bardzo konkretnymi problemami. Dotyczy to poradnictwa w zakresie spraw karnych, rodzinnych, więc występuję w ich imieniu w sądach. Piszę skargi administracyjne. Moja pomoc prawna to tylko jedna z licznych, które ksiądz załatwił dla wsi. Organizuje im służbę zdrowia. Zajmuje się rozwojem kanalizacji. Właściwie wszystkim. Jak mówią, jeżeli nie można czegoś załatwić, to trzeba posłać księdza Sławka. I kiedy się widzi, jak on dużo pracuje dla innych, to głupio mu w czymś odmówić.

Wioska, jakich wiele

Pojoannicki kościół w Korytowie z 1238 roku spogląda na wieś smukłymi oknami dzwonnicy. Grube na półtora metra mury potrzebują pielęgnacji. Kilku pracowników krząta się przy fragmencie odsłoniętych fundamentów. Ksiądz proboszcz obchodzi świątynię. Wszystkiemu bacznie się przygląda. Do prac pozakonserwacyjnych na plebanii zatrudnieni są bezdomni. Mieszkają u księdza, w jednej z nielicznych w Polsce wiejskich noclegowni. W kilku czystych pokojach prosto umeblowanych od miesięcy przebywa trzech mężczyzn. Jeden z dwojgiem kilkuletnich dzieci. Noclegownia również wchodzi w skład Ośrodka Wspierania Rodzin. Podobnie jak sklepik z używaną odzieżą, w którym już za pięćdziesiąt groszy można kupić spodnie, a za złotówkę marynarkę. Proboszcz wychodzi z założenia, że jeśli to nie jest konieczne, nic nie powinno być za darmo, bo „za darmo” można się zdemoralizować.

W czasach PGR–owskich w Korytowie i innych wioskach parafii istniał ośrodek zdrowia. Kiedy upadło gospodarstwo rolne, lekarz dostępny był w oddalonym o 14 kilometrów Choszcznie. Mało kogo było stać na dojazd. Ksiądz, znów w ramach Ośrodka Wspierania Rodziny, postanowił zorganizować we wsi gabinet lekarski. Wojewoda gorzowski zmobilizował ZOZ, żeby do wsi przyjeżdżał lekarz, który przyjmował miesięcznie 60 osób. Jednak po reformie opieki zdrowotnej lekarza zabrano. I tym razem pomógł ksiądz proboszcz. Wspólnie z Chrześcijańskim Stowarzyszeniem Lekarzy rokrocznie organizuje wyjazdy do Szczecina na „Dzień Chorego”. Tam mieszkańcy Korytowa przechodzą bardzo dokładne badania.

Barierą była matura

— Parafia, do której trafiłem, nie była w żaden sposób nadzwyczajna. Normalne popegeerowskie wioski, jakich wiele na Pomorzu Zachodnim — mówi ksiądz proboszcz Sławomir Kokorzycki. — Zastałem tu rozgoryczonych ludzi. Oto nagle upadły ich miejsca pracy. Kiedy zamykano kopalnie, górnicy dostawali odprawy, a tym ludziom kazano kupować pegeerowskie mieszkania, które często budowali w czynie społecznym. Ta sytuacja z jednej strony powodowała marazm, z drugiej postawę roszczeniową. I było tak: — Nie pracujemy, bierzemy zasiłek. Nie szukamy pracy, bo pensja jest tylko o kilkadziesiąt złotych wyższa od zasiłku. Z drugiej strony, żeby pojechać na poszukiwanie pracy, trzeba było kupić bilet. Nie jeden. A one są drogie. I tak się zamykało błędne koło ubóstwa. Największy jednak problem był z posyłaniem młodzieży do szkoły średniej. Pokutował tu jeszcze stary model, że kończy się zawodówkę, a następnie otrzymuje pracę. Rodzice sami mieli wykształcenie podstawowe, więc nic nie motywowało ich, by dzieci szły wyżej do szkół. Kiedy tutaj przyszedłem, tylko cztery osoby studiowały. Teraz 21. Młodzi chcieli studiować, ale barierą była dla nich matura. I ktoś musiał rodziców przekonać, że jedynie po ukończeniu studiów ich dzieci będą miały przyszłość.

Ksiądz mnie zainspirował

Od kilku lat ksiądz puka więc do kolejnych przedsiębiorców, fundacji, agencji, z prośbą o „złotówkę” na stypendia dla młodzieży. Czasem tylko o dofinansowanie obiadów w szkolnej stołówce czy biletu na autobus. Początkowo dorośli z parafialnych wiosek traktowali tę inicjatywę proboszcza jako dziwactwo. Dziś uważają, że jest to normalne. Tym bardziej, że kilkoro niedawnych stypendystów jest już dziś absolwentami wyższych uczelni.

— Większość ludzi żyje tu z pieniędzy opieki społecznej. To jest zaraźliwy model, bo i młodzi ludzie z tego korzystają — opowiada student Paweł Kozakiewicz. — Moi znajomi uważali, że zawodówka wystarczy, ale po niej tylko bezrobocie. To, że ja studiuję, jest zasługą księdza. Zainspirował mnie do tego. Załatwił stypendium. Chciałem się wyrwać z tej bezrobotnej wsi i on mi w tym pomógł. Jeśli chcesz się człowieku uczyć, to ksiądz naprawdę pomoże. Jeszcze nikomu nie odmówił.

— Po siedmiu latach pracy księdza z młodymi widzę, że oni już inaczej myślą. I jest to jego zasługa — potwierdza Stanisław Gacek, niespełna trzydziestoletni przewodniczący Rady Powiatu Choszczno. — Czasem sam potrafi niezdecydowanym podpowiedzieć szkołę wyższą. Zawieźć na dni otwarte uczelni. To bardzo dużo. Przede wszystkim stwarza atmosferę, w której nauka jest pozytywnym modelem. I jest to jedyne rozwiązanie, które może wyciągnąć ludzi z biedy.

Proste duszpasterstwo

— Kościół od początku swego istnienia pobudzał szkolnictwo. Nie jestem tu żadnym Noblem. Niczego nie wymyśliłem. To, co robię, nie jest niczym nadzwyczajnym — zapewnia ksiądz Kokorzycki. — Zadaniem Kościoła, prócz uświęcania, jest doskonalenie człowieka. Doskonałość chrześcijańska, do której wzywamy jako kapłani, powinna być pojmowania w sposób komplementarny — jako działalność duchowa i intelektualna. Człowiek, żeby mógł przeczytać Pismo Święte, powinien się najpierw nauczyć czytać; żeby je rozumieć, musi nauczyć się myśleć; żeby mógł uwierzyć, musi poznać. To, co tutaj proponuję, to proste duszpasterstwo. Zresztą, taka parafijka daje ogromną satysfakcję. Dzieci są zdolne. Łatwo je pobudzić do działania. Tu nie trzeba w nadzwyczajny sposób kombinować. Wystarczy pomagać.

Pozytywista z plebanii
Mateusz Wyrwich

urodzony 21 września 1951 r. – politolog, dziennikarz, publikował m.in. w „Kulturze”, „Literaturze”, „Polityce”, autor około 500 reportaży prasowych o tematyce społecznej i historycznej oraz książek Łagier Jaworzno, Czarne i białe, W celi śmierci....