Pragnienie jako znak

Pragnienie jako znak

Człowiek nie jest Bogiem, ale otchłanią, która woła o Niego. Bóg nie może oprzeć się temu wołaniu, wypełnia tę otchłań. Jednak nie czyni tego raz na zawsze. Nieustannie stwarza tę otchłań na nowo i bezustannie ją napełnia, a to sprawia, że na przemian odczuwamy przepaści naszej niezaspokojonej tęsknoty za Nim oraz „wypełnienia”.

Pragnąć czegoś lepszego, pragnąć czegoś więcej, to siła napędowa całego ludzkiego życia. L’espérance, c’est l’étoffe męme de notre existence – nadzieja jest materią, z której utkane jest nasze istnienie, pisał francuski filozof egzystencjalista Gabriel Marcel (1889–1973).

Człowiek jest „stworzony” przez Boga. Stwarzać znaczy powoływać do istnienia z nicości, sprawiać, że coś „się staje”. Święty Paweł pisze, że Bóg powołuje do istnienia to, co jeszcze nie istnieje (por. Rz 4,17). „Moja to ręka założyła ziemię i moja prawica rozciągnęła niebo. Gdy na nie zawołam, stawią się natychmiast” (Iz 48,13). „Wtedy Bóg rzekł: »Niechaj się stanie światłość«. I stała się światłość” (Rdz 1,3).

Stwarzać, w dosłownym znaczeniu tego słowa, oznacza coś, do czego prawo ma jedynie Bóg. Człowiek nigdy nie będzie mógł stwarzać. Może on się do tego przyczyniać, może formować, kształtować dany mu już materiał lub manipulować nim. Mówimy, że artysta „tworzy” swoje dzieło, jednak on nie stwarza go z niczego, ale pracuje z czymś, co już istnieje. Choć ma swój własny zamysł co do dzieła i jest ono jego wizją, to nie możemy powiedzieć, że jego dzieło jest czystym tworem; idea jest taka, że artysta zobaczył, doświadczył, przeżył coś, co już uprzednio „istniało”.

Karl Rahner (1904–1984), chyba największy katolicki teolog ubiegłego stulecia, niestrudzenie podkreślał, że stosunek stworzenia do Stwórcy jest czymś absolutnie jedynym w swoim rodzaju, czymś, czego nie jesteśmy w stanie wyrazić za pomocą analogii czy porównań pochodzących z naszego ludzkiego doświadczenia. Dlatego też tak trudno nam uświadomić sobie, co to znaczy, że oto ja jestem stworzony, dokładniej mówiąc – że jestem stworzony przez Boga. I choć teoretycznie nawet w dużym stopniu wiedziałbym, co to oznacza, że zarówno w moim istnieniu, jak i w mojej konkretnej formie pochodzę od Boga i jestem od Niego całkowicie zależny, to nie jestem w stanie tego pojąć. To jest zawsze coś bardziej radykalnego, niż potrafię sobie wyobrazić. Na modlitwie dość wyraźnie zbliżamy się do tej prawdy. W głębokiej, wewnętrznej modlitwie mniej lub bardziej mogę doświadczyć, że jestem słowem Boga, że On, wypowiadając moje imię, powołuje mnie do życia; albo że Jego miłosne spojrzenie sprawia, iż istnieję i bez tego Jego spojrzenia jestem niczym.

Jestem stworzony przez Boga, a to oznacza, że to Jemu zawdzięczam moje istnienie. Nie ma we mnie niczego, co nie miałoby odniesienia do Niego. Wszystko, absolutnie wszystko jest „dzięki Niemu”. Tutaj znajdujemy metafizyczną przyczynę naszych pragnień i tęsknot. Być stworzonym oznacza, że dwie skrajności: wszystko i nic, spotykają się i jakby nawzajem się obejmują. Gdy człowiek żyje w prawdzie, dotyka zarazem Boskiego wszystko i własnego nic. Zamieszkuje w obu miejscach. Tutaj prawdziwie „głębia przyzywa głębię” (Ps 42,8). Mówiąc „tak” swej własnej nicości, mówimy równocześnie „tak” Boskiemu wszystko. „Ja jestem niczym, Ty jesteś wszystkim” może stać się modlitwą, której powtarzanie nigdy nas nie znuży, gdyż ona sytuuje nas w samym centrum prawdy.

Być stworzonym znaczy całą swoją istotą pozostawać w odniesieniu do Boga, być tęsknotą za Nim, za tym, by móc Go objąć. Grzech pierworodny nie zniszczył tej pierwotnej tęsknoty. Ona tak bardzo przynależy do istoty człowieka, że nie można jej unicestwić. Przez grzech pierworodny ta pierwotna tęsknota zgubiła swoją orientację. Teraz porusza się po omacku, jednakże nie straciła swego żaru. Człowiek bardzo tęskni, ale zwykle swoją tęsknotę kieruje nie tam, gdzie należy. Tęskni za tym, co absolutne, a pozwala zachwycić się czymś względnym, szuka tego, co pełne, a zwraca ku temu, co tylko cząstkowe. Stąd pochodzi owo bezustanne niezaspokojenie, tak właściwe „upadłemu” człowiekowi. Stąd bierze się jego wewnętrzne rozdarcie. Wielkość człowieka, cząstka z jego rajskiego życia, wyraża się w tym, że szuka on tego, co jest absolutne. Jednak to, że szuka tego w niewłaściwych miejscach, że to, co jest absolutne, myli z tym, co jest tylko cząstkowe – oto przekleństwo człowiecze. „Biada tym, którzy zło nazywają dobrem, a dobro złem, którzy zamieniają ciemności na światło, a światło na ciemności, którzy przemieniają gorycz na słodycz, a słodycz na gorycz!” (Iz 5,20).

Stary Testament jest jedną długą opowieścią o niestrudzonych usiłowaniach ze strony Boga, by naprawić to, co zostało wypaczone: „Odwróć się od swoich bożków i ukochaj Pana, Boga swego, całym swoim sercem” – zdaje się, że powtarza bez końca.

Powołanie do bycia Bogiem

Już sam fakt, że człowiek jest stworzony, czyni go wołaniem za Bogiem. Człowiek jednak jest nie tylko stworzony, ale jest stworzony w Chrystusie (Kol 1,16–17; 1 Kor 8,6), to znaczy powołany do uczestnictwa w trynitarnym życiu samego Boga. Dlatego właśnie jego pragnienie wciąż się wzmaga.

W dziele Byt i nicość JeanPaul Sartre (1905–1980) pisał, że być człowiekiem znaczy dążyć do bycia Bogiem; albo jeszcze inaczej: człowiek koniec końców jest tęsknotą za tym, by być Bogiem. Czy tęsknota ta nie jest wielkim nieszczęściem człowieka? Czy nie czas odrzucić to „niedorzeczne” pragnienie i pogodzić się z tym, że jesteśmy tylko ludźmi? Cóż takiego by się stało, gdybyśmy utracili owo pragnienie?

Tradycja chrześcijańska zawsze wiedziała o tym i to deklarowała, że jest w człowieku naturalna tęsknota za tym, by widzieć Boga i być jak On. Jednak ta sama tradycja wiedziała również i to podkreślała, że owa tęsknota może się spełnić tylko wówczas, kiedy człowiek zostanie przez Boga wywyższony. Tylko poprzez to wywyższenie urzeczywistni się najgłębsza ludzka tęsknota. Tradycja chrześcijańska przyjmuje, że bez tego wywyższenia nie ma prawdziwego „uczłowieczenia” człowieka. Dość paradoksalnie – nie wystarczy być tylko człowiekiem, by być nim całkowicie i w pełni.

Jeżeli człowiek nie szuka swojego spełnienia w Bogu, wówczas swe nieugaszone pragnienie kieruje ku „rzeczom”. Jego poszukiwanie szczęśliwości staje się szukaniem przyjemności, szukaniem krótkotrwałego zaspokojenia. Źródło prawdziwej radości człowiek zamienia na świat bożków. Nie przyzwalając na swoje przebóstwienie, małe rzeczy i sprawy zamienia na bogów, lecz jego serce w żadnym razie nie pozwala nasycić się surogatami.

Kiedy człowiek zamienia Boga na „rzeczy i sprawy”, to oczekuje od nich tego, czego one dać mu nie mogą; a szukając w nich więcej, niż w sobie mają, staje się wobec nich perwersyjny. Chce czerpać z nich tę radość, którą dać może mu tylko sam Bóg. Świat już nie jawi mu się jako dzieło Boże, z którego może korzystać ze czcią i wdzięcznością, ale jako coś, co może wykorzystać (tzn. posłużyć się tym tak, by to zużyć). Człowiek przestaje postrzegać świat takim, jakim jest on sam w sobie – czyli jako znak Bożej miłości i objawienie Jego wszechmocy – a jedynie jako coś, co może zawłaszczyć dla siebie. Taka grabież może doprowadzić do całkowitego zniszczenia świata. Ubóstwianie siebie prowadzi do ubóstwienia świata, a to z kolei wiedzie ku jego unicestwieniu.

Niekiedy można usłyszeć takie stwierdzenia, że ludzka tęsknota za tym, by być jak Bóg, to czyste szaleństwo naszej pychy i to jest właśnie powód całej naszej nędzy – że człowiek niszczy siebie samego i świat. Jednak jest to zbyt płytkie podejście do problemu. Rozwiązaniem nie jest zniszczenie ludzkiej tęsknoty (co jest utopią), ale nadanie jej właściwego kierunku. To nie sama tęsknota i jej absolutny charakter zagrażają człowiekowi, lecz degeneracja i perwersja jej samej. Jeśli człowiek chce siebie czynić Bogiem i przez to okazywać swoją władzę, to niszczy sam siebie i staje się niebytem – czyli przeciwieństwem Boga. Jednak pozwalając się przebóstwić i wyzwolić z ciasnego więzienia własnego egoizmu i poprowadzić ku samooddającej się miłości Boga, otrzyma udział w Jego nieskończoności i w ten sposób wszystkie jego oczekiwania nie tylko się spełnią, ale wypełnią ponad wszelką miarę.

Jeden wielki krzyk o Boga

„Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi” (Rz 8,16). To, co charakteryzuje naszego ducha i stanowi jego istotę to capax Dei, zdolność przyjęcia Boga. Nasz duch jest otwarty na Niego, ma zdolność przyjąć Go, posiada przepastną głębię, która jest wołaniem o Boga. „Nie możemy zapominać o tym – pisał Ruysbroeck (1293–1381) – że każdy człowiek jest otwarciem i przestrzenią, która nie ma granic, podobnie jak dzika pustynia. To otwarcie jest tak wielkie, że może w nim zamieszkać Bóg”. Również św. Jan od Krzyża (1542–1591) twierdzi, że „dusza ma nieskończoną pojemność”.

Człowiek w swej głębi jest jednym krzykiem za Bogiem. To wyjaśnia nam, dlaczego nigdy nic poza Bogiem nie jest w stanie nas zaspokoić. Bezradność człowieka pochodzi z jego pragnienia tego, co nieskończone. Dopiero kiedy w pełni „napoi się” Bogiem, znajdzie spokój.

Otwartą pustkę, jaką jest duch ludzki, odnajdujemy w jego zdolnościach duchowych: rozumie, pamięci i woli. Jan od Krzyża mówi o las profundus cavernas del sentido (otchłaniach głębin zmysłu duchowego). „Tymi otchłaniami są władze duszy: pamięć, rozum i wola. Są one tak głębokie, jak wielkie skarby zdołają pomieścić i nic ich nie potrafi (zapełnić), tylko nieskończoność. Z tego, co one cierpią, gdy są puste, możemy poznać w pewnym stopniu, jak się radują i rozkoszują, gdy są pełne Boga (…). Pojemność tych otchłani jest bardzo wielka, bo to, co już może wejść do nich, jest głębokością nieskończonej dobroci, gdyż jest to sam Bóg. W pewien sposób więc ta pojemność duszy jest nieskończona. I tak: jej pragnienie jest nieskończone, jej głód jest również głęboki i nieskończony.

Rozum jest ze swej istoty otwarciem, ale na nic mniejszego poza samym słowem Boga („słowem” zarazem z dużej i z małej litery). Dzięki naszemu rozumowi możemy usłyszeć Boże słowa i je rozumieć. Rozum może oczywiście rozważać i analizować, ale w gruncie rzeczy jest on otwarciem i zdolnością przyjęcia prawdziwego światła, Jezusa Chrystusa, Słowa Ojca.

Pamięć sprawia, że nigdy nie jesteśmy w stanie zupełnie zapomnieć o tym, skąd jesteśmy. Rzecz jasna, możemy tłumić w sobie tę wiedzę – a współczesny człowiek czyni to w mistrzowski sposób. Jednak takie tłumienie mści się: wiedzie do strachu, pustki i samotności. Pamięć jest jak kamienna tablica, na której Bóg wypisał swoje imię. Tego nie da się zniszczyć. Pamięć jest tą „żywą i przemawiającą wodą we mnie, która z wnętrza mówi: Idź do Ojca!” (św. Ignacy Antiocheński).

Wola jest tęsknotą mającą tę samą głębię i zakres co rozum. „(…) jej próżnią jest głód Boga – pisze św. Jan od Krzyża. – Głód ten łaknie doskonałej miłości, do której dusza zdąża”.

Wola musi odnaleźć swoją otwartość na Boga, swoje pierwotne „woleć/chcieć” Boga. Kiedy zarówno Stary, jak i Nowy Testament mówi: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą” (Mk 12,30), to nie jest przykazanie przychodzące z zewnątrz, ale coś, co mieści się w istocie człowieka. Ludzką koniecznością życiową jest właśnie tak żyć. Nie czyniąc tego, człowiek przeczy swojej naturze i żyje w wewnętrznym rozdarciu.

Zamiast być otwarta i zupełnie skierowana na Boga, wola jest praktycznie związana z mnóstwem spraw bez znaczenia. „(…) opuścili Mnie, źródło żywej wody – skarży się Jeremiasz – żeby wykopać sobie cysterny, cysterny popękane, które nie utrzymują wody” (Jr 2,13). Przywiązanie do stworzenia zniewala wolę i hamuje jej pragnienie Stwórcy. Najgłębszą potrzebą woli, jej fundamentalną tęsknotą jest Bóg, ale ta podstawowa potrzeba ujawnia się dopiero wówczas, gdy uwalnia się ona z wszelkich więzów. Jan od Krzyża wyjaśnia to po mistrzowsku w tekście o władzach duszy: „Należy tu zaznaczyć, że te otchłanie władz, jak długo nie są puste, ogołocone i oczyszczone z wszelkiego przywiązania do stworzeń, nie odczuwają wielkiej próżni swej głębokiej pojemności. Każda bowiem, nawet maleńka rzecz, gdy w tym życiu do niej przylgną, wystarczy, by je trzymać tak skrępowane i omamione, że nie czują doznanej szkody, nie widzą swych skarbów bezcennych, ani nie poznają swej zdolności do ich przyjęcia. Dziwna rzecz, że chociaż zdołają pomieścić nieskończone dobra, wystarczy drobiazg, by tak je wypełnić, że nie mogą przyjąć żadnego z dóbr doskonałych, dopóki całkowicie nie zostaną opróżnione, jak o tym zaraz będziemy mówić”.

Rozumiemy więc, dlaczego asceza Jana od Krzyża polega tylko na opróżnieniu tych otchłani ze wszystkiego, czego się chwytamy, i dlaczego musi to być tak radykalne. Kiedy otchłanie są wolne od wszelkich obcych rzeczy, stają się i doświadczane są jako te, do czego zostały stworzone jako nieskończona możliwość bycia napełnionymi Bogiem, i mogą zyskać zaspokojenie tylko Jego obecnością. Tak stają się bezbrzeżnym wołaniem za Bogiem. Cała nasza energia skupia się na znajdywaniu Boga. Tę energię Jan od Krzyża porównuje do tęsknoty lwicy, która szuka swoich zagubionych młodych: „Jak lwica zaciekle i pospiesznie szuka swoich młodych, które zostały jej odebrane i których nie może znaleźć, tak z miłości zranione dusze szukają swego Boga (…). To są owe dusze, które cierpią wskutek niecierpliwej miłości i nie mogą długo trwać w tym stanie, bo albo uzyskają zaspokojenie swych pragnień, albo umrą”.

Człowiek nie jest Bogiem, ale otchłanią, która woła o Niego. Bóg nie może oprzeć się temu wołaniu, wypełnia tę otchłań. Jednak nie czyni tego raz na zawsze. On nieustannie stwarza tę otchłań na nowo i bezustannie ją napełnia, a to sprawia, że na przemian odczuwamy przepaści naszej niezaspokojonej tęsknoty za Nim oraz „wypełnienia”. Jego szczęśliwość staje się naszym życiem. Kto mówi, że człowiek jest niczym, ten ma rację; sam z siebie jest niczym innym, jak tylko wielką pustką; lecz kto powiada, że człowiek jest wielki, co więcej – nawet boski, ten również ma rację – z Bożej łaski jest napełniony Bogiem.

Pamięć

Pamięć (anamneza) odgrywa istotną rolę w filozofii Platona. Najwyższym dobrem człowieka jest wiedza o ideach. W gruncie rzeczy ta wiedza jest w człowieku. W jakimś miejscu w sobie samym wie on o sobie, że jest odwzorowaniem idei człowieka. Niestety, ta prawda poszła w zapomnienie. Chodzi o to, by ją sobie na nowo „przypomnieć”.

Już z Biblii wynika, że jest w człowieku taka ukryta wiedza, mająca tendencję do bycia zapomnianą. Święty Paweł pisze w Liście do Rzymian: „Gdy poganie, którzy Prawa nie mają, idąc za naturą, czynią to, co Prawo nakazuje, chociaż Prawa nie mają, sami dla siebie są Prawem. Wykazują oni, że treść Prawa wypisana jest w ich sercach, gdy jednocześnie ich sumienie staje jako świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające lub uniewinniające” (Rz 2,14–15). Święty Bazyli (330–379) mówi, że „iskra Boskiej miłości jest w nas ukryta”, a św. Augustyn (354–430) pisze: „Nie moglibyśmy ocenić, że coś jest lepsze od czegoś, gdyby nie była dana nam zasadnicza skłonność do dobrego”.

Istnieje więc w nas pierwotna, metafizyczna pamięć o dobru i prawdzie. Tu jesteśmy stworzeni na obraz Boga, możemy wspomnieć na nasz początek. Jest w nas „naturalna” tęsknota i dążność do tego, co Boskie. Właśnie na gruncie tej pierwotnej tęsknoty napotykamy na rozczarowanie, ilekroć szukamy czegoś, co jest mniejsze niż sam Bóg.

Najgłębszych spraw przekazać się nie da, można jedynie otworzyć kogoś na nie. Nie można odwoływać się do głębokiej wiedzy, jaka kryje się w każdym człowieku, której on najczęściej sobie nie uświadamia. Ta ukryta, drzemiąca w nas wiedza potrzebuje pomocy z zewnątrz, by się przebudziła, jest reakcją na doświadczenie nagłego olśnienia. Doświadczamy radości rozpoznania na nowo; widzimy, że w zasadzie zawsze o tym wiedzieliśmy, ale poszło to jakoś „w zapomnienie”.

Jezus przyszedł, aby nam „przypomnieć”, że nasz początek jest w Bogu (por. Dz 17,28–29). Mistrz Eckhart (ok. 1260–1327) nazywa Go „wielkim Przypominającym”. Kiedy Jezus raz przypomniał nam o naszym podobieństwie do Boga, to chodzi o przypomnienie nam Jego pamięci. Powiedział: „To czyńcie na moją pamiątkę”. Zbawienie Izraela wywodzi się z pamięci. „Nie zapominaj o wszystkich Jego dobrodziejstwach” (Ps 103,2).

Liczne fragmenty Ewangelii mówią nam o tym, że apostołowie rozpoznawali Jezusa jako Mesjasza właśnie dzięki swojej pamięci: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” (Łk 24,32). Zaś najważniejszym zadaniem Ducha Świętego jest przypominać nam o tym, co Jezus powiedział (por. J 14,26). „Wy natomiast macie namaszczenie od Świętego i wszyscy jesteście napełnieni wiedzą – pisze św. Jan i kontynuuje: – Ja wam nie pisałem, jakbyście nie znali prawdy, lecz że ją znacie i że żadna fałszywa nauka z prawdy nie pochodzi” (1 J 2,20–21). Jest w Nowym Testamencie nowa anamneza, anamneza wiary, owoc naszego namaszczenia Duchem Świętym. To On budzi nasze zapomnienie i zapomnianą wiedzę, jaką nosimy w sobie jako chrześcijanie, On „przypomina nam” o Chrystusie, o tym, że On w nas mieszka, a my mieszkamy w Nim. Lecz ta druga, typowo chrześcijańska anamneza buduje na tej pierwszej, jest uwarunkowana samym stworzeniem.

Każdy człowiek jest w stanie pamiętać o tym, że wywodzi się z Bożej ręki i że jest przez Niego stworzony. Wszyscy ludzie mają pewną wiedzę o dobru, prawdzie i pięknie i w swoim wnętrzu noszą nieugaszoną nadzieję na to, że dobro i prawda muszą zwyciężyć. Każdy człowiek może przypomnieć sobie tęsknotę za Bogiem i rozpoznać siebie w słowach św. Augustyna: „Stworzyłeś nas dla siebie i niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”. Chrystus przyszedł po to, aby obudzić w człowieku jego uśpioną wiedzę. Równocześnie On tę wiedzę pogłębia i rozświetla. Każdy z nas, chętny, aby sobie przypomnieć, jest też w stanie zrozumieć, „przypomnieć sobie”, że jest relacją z Bogiem, że jest od Niego zależny. Jednak bez objawienia w Chrystusie nigdy nie mógłby sobie „przypomnieć”, że to w Nim jest stworzony i przeznaczony na to, aby być wszczepionym w Jego ciało.

Faktycznie człowiek od początku jest stworzony w Chrystusie, a gdyby nie zgrzeszył, jego wpisanie w Boży plan powoli by wzrastało i rozumiałby, że jego podobieństwo do Chrystusa to jego prawdziwa tożsamość. Jak powiada św. Ireneusz z Lyonu (ok. 130–200), „człowiek w raju był dzieckiem”. Zamysł był taki, że dziecko miało wzrastać, by stać się człowiekiem dojrzałym. Jednak proces wzrostu został zablokowany przez grzech. Gdyby grzech nie stanął na przeszkodzie, człowiek harmonijnie wzrastałby w mądrości i wiedzy.

Grzech skaził człowieka, ale go nie zniszczył. Człowiek nadal jest w pełni stworzony na podobieństwo Boże, tylko jako taki już nie działa. Nadal ma swoje płuca, ale korzysta tylko z ich cząstki, jego nos jest najwyraźniej zapchany, ale wciąż tam jest. Kiedy blokady runą, a pierwotna otwartość na nowo ożyje, człowiek doświadczy tego jako nowości, ale równocześnie uświadomi sobie, że teraz wreszcie wykorzystuje te możliwości, które zawsze posiadał.

Jak głosi dawny mit, Bóg stwarza wszechświat, wyśpiewując go. Stworzenie jest Boską pieśnią. Bóg wyśpiewuje każde stworzenie do życia. Człowiek, będąc istotą świadomą, nigdy nie może zapomnieć tej Boskiej melodii. Jest w jego metafizycznej pamięci takie miejsce, w którym ta pieśń spoczywa ukryta. Gdy dostatecznie głęboko wniknie w siebie, może usłyszeć tę „milczącą muzykę”.

Modlitwa pierwotna: modlitwa pragnienia

Często przedstawiano modlitwę pragnienia jako drugorzędną, modlitwę dobrą dla początkujących, lecz dla nas już dawno przebrzmiałą. To brzemienne w skutki nieporozumienie – modlitwa pragnienia przystaje nie tylko początkującym, ale jest odpowiednia dla weteranów. Inaczej być nie może, ponieważ człowiek w swej najgłębszej istocie jest otchłanią, która woła o to, by być napełnioną.

Święty Tomasz z Akwinu (1225–1274) posuwa się tak daleko, że modlitwę pożądania, pragnienia uznaje za podwalinę modlitwy. Kiedy chce mówić o modlitwie, nawiązuje do Augustyna, który definiuje ją jako prośbę, pożądanie. Zdaniem Tomasza, cząstką istoty modlitwy jest prośba o coś. Posługuje się pięknym określeniem: Modlitwa jest zawsze sposobem „pukania do Boga”.

Czy jednak życie modlitwy nie staje się niezwykle ubogie, gdy ograniczyć je tylko do modlitwy pragnienia? Nie tak ubogie, jak to z pozoru może wyglądać. Tomasz, próbując ukazać, co ma na myśli, mówiąc o „odpowiednich darach”, wyjaśnia, że modląc się, powinniśmy przede wszystkim modlić się o zjednoczenie z Bogiem, jak powiada psalmista: „O jedno proszę Pana, tego poszukuję; bym w domu Pańskim przebywał po wszystkie dni mego życia” (Ps 27,4). Z tomaszowej odpowiedzi na zarzut wynika również, że modlitwa jest tym świętsza, im bardziej koncentruje się na tym jednym: na zjednoczeniu z Bogiem.

Istnieje więc jakaś hierarchia spraw, o które winniśmy się modlić. Najwyżej stoi sam Bóg i Jego królestwo (Mt 6,33). Czynić postępy w modlitwie znaczy coraz to bardziej respektować ten porządek. Kontynuujemy, prosząc o różne rzeczy, ale nie jesteśmy nieszczęśliwi, kiedy nie otrzymujemy tego, o co prosiliśmy. Najważniejszy jest przecież Bóg. Jeśli Bóg nie udziela mi tych mniejszych rzeczy, o które się modliłem, to dlatego, że chce mi dać coś więcej: dać siebie samego. W ten sposób pomaga mi uporządkować perspektywę.

Bóg zna naszą najgłębszą tęsknotę, którą sami nie zawsze sobie uświadamiamy albo jej nie rozpoznaliśmy. Wie, że nasze ograniczone pytania i prośby to tylko nikły i nieznaczny wyraz tej podstawowej tęsknoty. Gdyby zawsze odpowiadał na nasze modlitwy tak, jak tego pragniemy i oczekujemy, nigdy nie wyrwalibyśmy się z tego wiecznego kręgu zatroskania o samych siebie. Bóg zawsze odpowiada na nasze modlitwy, lecz często inaczej, niż myślimy. Swoją inną odpowiedzią budzi w nas pragnienie odkrycia naszej pierwotnej tęsknoty.

Najgłębsza i najistotniejsza modlitwa Kościoła jest równocześnie jego najkrótszą modlitwą. Nie, nie potrzeba nam wielu słów, by Bogu wypowiedzieć to najważniejsze. Wystarczy proste słowo: „Przyjdź!”, tak mówi Kościół swemu Panu. „Przyjdź!”, mówi oblubienica do Oblubieńca. W tym jednym słowie wyraża swoją tęsknotę. Kościół całą swoją istotą jest skierowany na przyjście Pana. Można go zdefiniować jako zbiorowość ludzi wołających: „Przyjdź!”. „A Duch i Oblubienica mówią: »Przyjdź!« A kto słyszy, niech powie: »Przyjdź!«. I kto odczuwa pragnienie, niech przyjdzie, kto chce, niech wody życia darmo zaczerpnie” (Ap 22,17).

Pragnienie i źródło

Kiedy będziemy trwali w spokoju i milczeniu przed Bogiem, znajdziemy nasze wewnętrzne źródło żywej wody, która zaspokaja nasze najgłębsze pragnienie. W modlitwie gasimy nieustannie pragnienie i nieustannie też ono powraca, niekiedy bolesne, niekiedy ciche, pełne spokojnego oczekiwania. Ten, kto potrafi czekać, nie rezygnując, przemienia pragnienie na wciąż ponawianą nadzieję.

Nieugaszone pragnienie i niewyczerpane źródło wzajemnie się uzupełniają. Gdy pragnienie pozostaje niezaspokojone, może przyjąć wszystko, co źródło ma do zaoferowania. Ich wzajemny uścisk – źródła i pragnienia – jest błogosławieństwem.

Zaprzestać pragnąć to umrzeć. Pozostać i zagłębiać się w swym pragnieniu to zyskiwać życie, życie w obfitości.
 

przeł. Justyna Iwaszkiewicz

Tekst ukazał się w „Levende vand” nr 3/2007, s. 5–13.

Pragnienie jako znak
Wilfrid Stinissen OCD

(ur. 10 stycznia 1927 r. w Antwerpii, Belgia – zm. 30 listopada 2013 r. w Tågarp, Szwecja) – belgijski karmelita bosy, doktor filozofii, współzałożyciel klasztoru w szwedzkim Norabby, znany w całej Skandynawii rekolekcjonista, ważna postać nie tylko szwedzkiego chrześcijańst...