Prawa salamandry

Prawa salamandry

W centrum wielu ważkich dyskusji we współczesnym świecie stoi pojęcie praw człowieka. Najczęściej medialnie nagłaśnianymi poczynaniami w imię praw człowieka są happeningi tzw. mniejszości seksualnych, które uważają, że są dyskryminowane, jeśli ich związki nie są przez społeczeństwo traktowane tak samo, jak małżeńska jedność kobiety i mężczyzny.

Dla odmiany ostatnio pewien poseł LPR zwrócił się do dystrybutora filmu Złe wychowanie o wycofanie obrazu z kin. Poseł bowiem uważa, że reżyser Pedro Almadovar propaguje w swym filmie związki homoseksualne, co samo w sobie jest niedopuszczalne. Jeden z internautów na WP oburzył się wystąpieniem posła i przypomniał mu, że „każdy człowiek ma prawo do indywidualnego poglądu na otoczenie i żaden poseł nie ma prawa mu tego prawa zabierać swymi ekstremistycznymi poglądami”. No cóż! Jeśli każdy ma prawo do indywidualnych poglądów, to chyba także poseł LPR, co zdaje się internauta neguje. Chociaż może ów użytkownik Internetu hołduje zasadzie, że każdy ma prawo wyrażać swoje opinie pod warunkiem, że nie są wymierzone w inne opinie, szczególnie wówczas, kiedy te inne są politycznie poprawne. Swoją drogą reklama, którą robi się filmowi Złe wychowanie, przypomina mi nachalne zachwalanie opartego na antykatolickich fobiach kryminału Dana Browna Kod Leonarda da Vinci.

Prawie każdy przyzna, że prawa człowieka nie mogą służyć do usprawiedliwienia wszystkiego. Nikt zdrowy na umyśle nie przyzna racji złodziejowi, który by wykazywał, że kradzież leży w jego naturze, a zatem ma prawo – jako człowiek – do wsadzania ręki do cudzej kieszeni. Naturalną barierą dla praw jednostki jest krzywda innych. Problem polega na tym, że to, co zdaniem jednych, jest np. deprawowaniem młodzieży, zdaniem innych, jest ciekawą propozycją służącą rozwojowi nastolatków. Zdaniem jednych, jakiś artykuł może być odkrywaniem skrywanej dotąd prawdy, a według innych ten sam tekst może okazać się nietolerancyjną agresji agitką, którą należy ocenzurować, a jej autora przykładnie ukarać. Zgadzamy się na wolność wypowiedzi, ale przecież nie jakichkolwiek. Uważamy, że niektóre z nich powinny być karalne. Problem tkwi w odpowiedzi na pytanie: Które?! Bo np. pewien pastor w postępowym kraju został skazany za nazwanie czynów homoseksualnych grzechem, a samej tendencji chorobą.

O prawach człowieka dużo mówią politycy. Ale ta mowa jest – niestety – dość wybiórcza. I tak dużo mówiono o łamaniu praw człowieka w Iraku. Jednak już w przypadku Chin owa szlachetna retoryka ulega poważnym modyfikacjom. Co więcej, cały postępowy świat szykuje się bez żenady do następnej olimpiady w Pekinie. Nie wiadomo też, czy Czeczeni mają u siebie jakieś prawa, czy też nie, a przede wszystkim przywódcy największych państw nie mogą się zdecydować, czy Putin łamie prawa człowieka, czy też ich broni w walce z terroryzmem.

Problem jest jednak poważniejszy. Zwraca na to uwagę Francis Fukuyama w swej książce Koniec człowieka, w której podejmuje kwestię granic biotechnologii. Chodzi o to, czy istnieje coś takiego jak natura ludzka, której nie możemy gwałcić, czy też mamy prawo kontynuować niejako ewolucję i zmieniać człowieka (np. genetycznie), przeobrażając go w inny niż homo sapiens gatunek. Wielu lewicowych postępowców chętnie odrzuca pojęcie natury, a wraz z tym mówienie, że coś jest przeciwko człowieczej naturze. Powstaje jednak pytanie: Skąd właściwie te prawa się biorą? Jeśli nie istnieje raz na zawsze określona ludzka natura, a o Bogu w ogóle nie wypada postępowej jednostce wspominać, to na jakim fundamencie oprzeć prawa człowieka? Czyżby te prawa były jedynie wynikiem umowy opartej na danej kulturze? Jeśli tak, to w imię czego zachodni świat może krytykować talibów, zarzucając im łamanie praw kobiet? Ci mogliby przecież odpowiedzieć, że postępują zgodnie z własną kulturą i przekonaniami.

Widząc tę trudność, niektórzy konsekwentni w swym materializmie uczeni nazywają wzniosłe słowa o naturalnych i niezbywalnych prawach człowieka „nonsensem do kwadratu”. James Watson, laureat Nagrody Nobla i odkrywca struktury DNA, stwierdził: „Kto przyznał prawa psu? Słowo »prawo« staje się bardzo niebezpieczne. Mamy prawa kobiet, prawa dzieci – i tak bez końca. A później pojawiają się prawa salamander i prawa żab. Posuwamy się do absurdu”. Watson proponuje, aby mówić jedynie o ludzkich potrzebach, po czym dodaje: „Nadawanie tej sprawie mistycznego wymiaru i większego znaczenia, niż na to zasługuje, pozostawiam Stevenowi Spielbergowi czy komuś takiemu. To po prostu urojenia, znaki na niebie – czyli bzdety”. Z Watsonem oczywiście się nie zgadzam, ale nie odmawiam mu logiki i konsekwencji, której brak tym, którzy w Boga Stwórcę nie wierzą, naturę ludzką jako taką odrzucają, a jednocześnie domagają się dziwnych rzeczy w imię tzw. praw człowieka. Nie zamierzam ich jednak pytać, skąd te prawa człowieka wzięli, bo przecież wiadomo, że z telewizji.

Prawa salamandry
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....