Prometeusz, wieża Babel i klonowanie

Prometeusz, wieża Babel i klonowanie

Eksperymenty z klonowaniem zwierząt, które doprowadziły do projektów tzw. „leczniczego” klonowania ludzkich embrionów, zwiastują nową epokę. Nie nadciąga ona znikąd. Rozwija się w łonie starej. Proces jej wylęgania ma swoje stadia. Jednym z najwcześniejszych był moment w historii nowożytnej Europy, w którym zaczęło się masowe wykonywanie sekcji zwłok ludzkich. W prosektoriach klinik świata kroi się każdego dnia tony ludzkiego mięsa, by medycyna mogła istnieć w kształcie, który dzięki temu przybrała. Martwe ludzkie ciało stało się przedmiotem manipulacji. Drugie stadium to hitlerowskie obozy koncentracyjne, w których zaczęto używać ludzkich zwłok w celach przemysłowych. Ludzkie ciało stało się nie tylko przedmiotem nieskrępowanej masowej manipulacji, lecz także surowcem, obiektem technologicznej obróbki, a przetworzone — przedmiotem użytku. Pożytek był niewielki: mydło, pędzle, materace, abażury, ale był. Współczesna historia zanotowała dalszy postęp w tym samym kierunku: martwe ludzkie embriony są używane do produkcji kosmetyków. Trzecim stadium jest spożytkowywanie fragmentów „stygnącego trupa” do przeszczepów. W efekcie człowiek staje się potencjalnym magazynem części zamiennych. Teraz przychodzi pora na akt czwarty. Mamy zacząć wytwarzać i używać coraz bardziej drgającą życiem ludzką „substancję” biologiczną. To życie będzie niezależne od naszego, będzie życiem innego człowieka, który jednak jest naszą kopią genetyczną. Będziemy użytkować narządy tego ciała. W ten sposób wkraczamy w nową epokę, która będzie się różnić od starej stosunkiem do ludzkiego ciała.

Gdy abstrahujemy, o co zwykle trudno, od głębokiego przeświadczenia o konieczności manipulacji ludzkimi zwłokami dla dobra innych, i gdy odważymy się na ułożenie tego szeregu faktów wedle organizującej go zasady, linia rozwojowa zarysuje się wyraźnie. Jest to konsekwentnie realizowane traktowanie ludzkiego ciała — martwego, umierającego, ożywającego, a wreszcie żywego — jako towaru, substancji, materiału, do którego podchodzi się na sposób przemysłowy: masowo i w celach użytkowych.

Ta wstrząsająca konstatacja sprawia, że rysująca się możliwość „leczniczego” klonowania ludzkich embrionów nie może być rozważana, jak to się zwykle dzieje, w perspektywie tylko etycznej, aksjologicznej, poznawczej. Pytania typu: czy wolno nam manipulować embrionem ludzkim, używać go, czy jest to godziwe, nie obejmują całej powagi problemu.

Szacunek wobec ludzkich zwłok, kult zmarłych były najbardziej oczywistymi i podstawowymi wyróżnikami dotychczasowej cywilizacji. Nadchodząca kultura powoli, ale bardzo stanowczo to unicestwia. Nastawienie sakralne zastępuje użytkowym. Ramy moralności są zbyt wąskie, by właściwie uchwycić to, co tu się dzieje. Potrzebna jest refleksja, w której widać zarówno wątek sakralny, jak i moralny. Gdzie znaleźć odpowiedni język pojęć, który adekwatnie opisałby tę pełzającą, ale radykalną rewolucję kulturową? Gdzie znaleźć mądrość, której tu pilnie potrzeba?

W momentach tak drastycznych zakrętów cywilizacyjnych trzeba stawiać pytania zupełnie fundamentalne i podstawowe. Istniejący — wysoce wyspecjalizowany — język etyki okazuje się niewystarczający. Pozwala on to i owo wyrazić i zrozumieć, ale równocześnie wymyka mu się sama radykalność zmiany odniesienia człowieka do siebie, do swej cielesności. Zmiana ta dokonuje się w płaszczyźnie nie tylko moralnej, ale także religijnej. Trzeba zacząć refleksję o człowieku i jego świecie od początku. O tym początku, o zrębach ludzkiej natury opowiadają pradawne opowieści ludzkości — mity.

O dziwo, te historie, które — jak nam długo wmawiano — są wyrazem naiwności i nieumiarkowanej fantazji naszych prymitywnych przodków, otwierają wystarczająco przestronną perspektywę dla myśli, która szuka tego, co ludzkie w człowieku. Ludzie wymyślili te historie na długo przedtem, zanim nauczyli się posługiwać pismem, zanim wytworzyli abstrakcyjne pojęcia, zanim dorobili się filozoficznego języka, nie wspominając już o powstaniu nauki nowożytnej. Nie dysponowali jeszcze żadnymi zaawansowanymi, zobiektywizowanymi wytworami kulturowymi. Posłużyli się najprostszym wytworem, jakim jest opowieść. Jest w tym błysk genialności.

Oto dwie prastare, mityczne historie, które powstały u zarania naszej cywilizacji w jej dwóch źródłach. Jeden mit pochodzi ze źródła greckiego — jest to historia Prometeusza. Drugi z judeochrześcijańskiego — jest to mit o budowniczych wieży Babel. Oba są jak dobre stare zwierciadło, które ma zdolność odbijania tego, co nowe, odkrywania w tym nowym niewidocznych dla współczesnych refleksów.

Prometeusz

…w tym micie od najdawniejszych czasów
szukała swojej wykładni zachodnia świadomość
kulturowa. Jest to jak gdyby mit przeznaczenia Zachodu.

(H.–G.Gadamer)

Prometeusz, jak wiadomo, kradnie bogom ogień i darowuje go ludziom. Jest kimś, kto zmienia granicę pomiędzy tym, co boskie, a tym, co ludzkie. To, co święte, co przejmuje czcią i lękiem, w wyniku jego czynu staje się tym, co użyteczne.

Granica pomiędzy sacrum i profanum jest najstarszą cezurą, jaką zna ludzkość. W każdym czasie, w każdej kulturze i religii daje się tę granicę wyśledzić. Człowiek odkrywa ją, gdy w otaczającym go świecie rozpoznaje takie elementy, którymi nie umie i nie chce władać, do których nie chce nawet się zbliżać, lęka się ich, odczuwa przed nimi bojaźń. Wśród nich znajduje takie, w których widzi przejaw boskości.

Prometeusz sięga właśnie w tę sferę — w sferę sacrum. I jeden z jej elementów, które ciągle jeszcze nie należą do powszedniego kręgu człowieczego bytowania, umieszcza w ludzkim świecie, w świecie zwykłej codzienności.

Mit ten obrazuje sytuację, która niewątpliwie zdarzyła się w początkach historii ludzkiego plemienia. Ogień z nieba zapalający step, las, ogień, którym włada nie–ludzka siła, staje się w pewnym momencie naszych dziejów elementem ludzkiego świata, obiektem ludzkiej manipulacji. Płonie jako ognisko, które ogrzewa, oświeca noc napawającą lękiem, służy przygotowaniu pokarmu. Pokarm, dzięki ogniowi, zyskuje nową jakość.

Zostańmy na razie przy pierwszym prometejskim czynie. Czyż nie jest on wzorcowy dla całego mnóstwa sytuacji, w których człowiek wchodzi w obręb sfery sacrum i anektuje ją dla powszedniości, dla profanum? Już nie jest ona wyłącznie domeną działania boskiego, a staje się także przestrzenią ludzkiej manipulacji.

W średniowieczu istniał zakaz sekcji zwłok. Ludzkie zwłoki były święte, nietykalne. Za przekroczenie zakazu groziły kary świeckie i kościelne. Znowu Prometeusz wkracza w ludzkie losy. Ponownie przynosi skradziony święty ogień. Tym razem ogień, z którym przychodzi tytan, ma symboliczny, a nie dosłowny charakter. Symbolizuje dobrodziejstwo współczesnej medycyny. Z naruszenia tabu ludzkich zwłok rodzi się nowożytna medycyna, ale równocześnie ludzkie martwe ciało traci swą sakralność, która wyrażała się w jego nietykalności. Staje się ono przedmiotem zabiegów anatomopatologa. Wyrosła na takim gruncie medycyna jest dla nas równie pożyteczna jak ogień dla naszych praprzodków.

W miarę jak przybywa spektakularnych osiągnięć naszej technicznej cywilizacji Prometeusz wkracza w nią coraz częściej. Obecnie wstępuje w krąg początku ludzkiego istnienia biologicznego. Przynosi masową antykoncepcję, powszechność aborcji, techniki manipulacji embrionalnej, genetycznej, metody klonowania. Schemat znowu jest ten sam. Sfera prokreacji — zastrzeżona boska sfera w życiu człowieka, w której zasadniczo aktywny jest Stwórca i w której człowiek doświadczał Jego dotknięcia, staje się obszarem ludzkiej manipulacji. I znowu widać konkretne pożytki z kolejnej prometeuszowej ingerencji. Zapewne w przyszłości uda się zapobiec wielu chorobom genetycznym, wyprodukować organy zastępcze dla człowieka…

Prometeusz, opowiada mit, zostaje ukarany za swój czyn. Przykuty do skały cierpi katusze. Sęp codziennie wyjada mu odrastającą wątrobę. Odkrycie tego, że postać Prometeusza symbolizuje nasz gatunek obdarzony bardzo szczególną zdolnością zawłaszczania sobie sfery sacrum, pozwala właściwie zrozumieć ponury koniec mitu. Obraz tytana wydanego na łup krwiożerczego sępa opisuje cierpienia ludzkości, które są skutkiem prometejskich czynów tejże ludzkości. Te czyny mają bowiem swój cień. Ludzie władający ogniem potrafią być bardzo niszczycielscy. Medycyna nie tylko uśmierza cierpienia i leczy, ale także sprawia nowe, których bez niej ludzie by nigdy nie zaznali. Cierpienie nieuleczalnie chorych, którzy są poddawani nieskutecznej terapii, przedłużającej jednak życie, cierpienie ofiar eksperymentów medycznych współtworzą cierpienie przykutego do skały Prometeusza. To cierpienie jest zasadniczo nieeliminowalne 1. Coraz to dosięga tego lub owego z ludzkiego gatunku jako skutek czynu ludzkości, dzięki któremu powstała współczesna medycyna. Jest codzienne, jak codziennie pojawiający się sęp.

Nie będzie inaczej z klonowaniem, z manipulacjami genetycznymi. I tutaj pojawi się nowy typ cierpienia, krzywdy, których dotychczas nie znamy, nie potrafimy ich sobie nawet wyobrazić. Poniewieranie ludzkich embrionów, ich cierpienia, niezrozumiałe zupełnie dla nas cierpienia ludzkich klonów, które ktoś w swoim szaleństwie powoła do życia, cierpienia hybryd ludzko–zwierzęcych, które wykreuje manipulacja genetyczna, nie będą tylko cierpieniami fizycznymi. Już teraz ludzie słusznie obawiają się, że znajomość ludzkiego genomu wprowadzi segregację, przy której segregacja rasowa była niewinną zabawą. Sęp nie przestaje zadawać bólu. Trzeba będzie zapłacić za swoje czyny.

Wielbiciele Prometeusza najprawdopodobniej nie będą chcieli słuchać krzyku tego cierpienia, dostrzec jego przyczyny. Hipostaza tytanicznego czynu człowieka w osobie Prometeusza, której dokonuje autor mitu, jest wygodna. Tytan cierpi, gdzieś, hen w górach Kaukazu, ale ludzkość raduje się jego darami. Odseparowanie losu Prometeusza od losu ludzkości jest zabiegiem fałszującym prawdę: odwraca role. Zwykle cierpienie, które rodzi tytaniczny czyn, nie dotyka tych, którzy podejmują się samego dzieła, ale ich późne wnuki. Cierpienie, które z niego się rodzi i spada na człowieka, zwykle omija twórców, a dotyka następne pokolenia. I jest cierpieniem niezwykle rozlewnym.

Mit o Prometeuszu nie jest tylko mitem antropologicznym, to znaczy, że jego przekaz nie wyczerpuje się na opowieści o zdolności rodzaju ludzkiego do dokonywania rewolucyjnych cywilizacyjnych, kulturowych zmian, ale jest także mitem religijnym. Opowiada on przecież przede wszystkim o relacjach pomiędzy najpotężniejszym z bogów, Zeusem, ludźmi i Prometeuszem. Czyn Prometeusza wywołuje gniew boga. Hezjod w Teogonii opowiada o tym, że to Zeus wymyślił karę dla Prometeusza.

Wykładnia religijnego wątku tego mitu, jaka zadomowiła się w nowożytnej kulturze europejskiej, jest zadziwiająco jednoznaczna. Powstała ona jeszcze w starożytnej Grecji. Ajschylos w dramacie Prometeusz w okowach przedstawia tego tytana jako największego z herosów spełniającego cywilizacyjną misję. Uczy on ludzi wszelkich sztuk, praw, dostarcza wynalazków. Ajschylos, a w nowożytności Goethe, opowiadają się jednoznacznie po stronie Prometeusza. Ajschylos sugeruje nadto, że Prometeusz zostanie wyzwolony, gdy Zeus upadnie. Zwycięstwo tytana ma być końcem boga. U romantyków — u Goethego właśnie — twórczy człowiek jest już prawdziwym bogiem.

Prometeusz staje się obrazem ludzkości, która umie sobie radzić, skutecznie zabiega o własny byt i pomyślność. Symbolizuje szczególny wymiar naszej cywilizacji. Wszelkie jej osiągnięcia natury technicznej, technologicznej, zdolność przekształcania rzeczywistości czy to poprzez technikę, czy to przez ustanowienia porządku społecznego są postrzegane jako czyny prometejskie. Widzi się je równocześnie jako wyzwolenie człowieka z mroków niewiedzy, zabobonu, jako odrzucenie pęt nakładanych przez religię, Boga. Mit oświeceniowy, którym od trzystu lat żyje Europa, jest w gruncie rzeczy ajsychylosową interpretacją mitu prometejskiego. Różnica pomiędzy nimi ma charakter formalny — polega na przenazywaniu pewnych rekwizytów mitycznej struktury. Obraz Prometeusza zastąpiono ideą postępu. Nieposłuszeństwu tytana wobec Zeusa w oświeceniowym micie odpowiada odrzucenie religii, odmówienie jej miejsca w kulturze, uznanie jej za coś, co wadzi i przeszkadza, ogranicza i zubaża.

Jednak w najstarszym sformułowaniu mitu o Prometeuszu, które znajdujemy u Hezjoda, tytan nie jest dobroczyńcą ludzkości, ale przestępcą. Prostota opowieści pozwala zobaczyć w Prometeuszu i jego świętokradczym czynie przyczynę pojawienia się zła na ziemi. Zeusowa kara, która go dosięga, jest tu sankcją ze wszech miar sprawiedliwą. Wrażliwość religijna ludzi, za którymi Hezjod opowiada mit o Prometeuszu, jest inna niż wrażliwość Ajschylosa. Dla niej czyn Prometeusza jest zuchwalstwem i zasługuje na karę. Dla prometejskiej wrażliwości, a tym bardziej dla mentalności postoświeceniowej, godziwą, a nawet konieczną rzeczą jest odrzucenie Boga. Dokonuje się to w imię człowieka, jego wspaniałych możliwości i biorącej się stąd godności.

W interpretacji greckiego mitu tytanizm okazuje się zbiorową aktywnością ludzkości, która skutkuje znaczącym kulturowo i cywilizacyjnie pożytkiem. Ta działalność jest jednak równocześnie zwrócona przeciw religijnej przestrzeni ludzkiego życia. Zmierza do jej zacieśnienia i stopniowej likwidacji. Prometejski czyn tytaniczny jest nie tylko czynem ludzkości dla ludzkości, ale zarazem czynem przeciw Bogu. W greckiej wykładni ludzkiego tytanizmu Bóg jest zazdrośnikiem. Strzeże swojej potęgi przed zakusami człowieka. Karze cierpieniami za naruszenie swoich rewirów. Taką interpretację mitu, takie rozumienie tytanizmu dziedziczymy po Grekach. Wielu się z nią utożsamia, wielu akceptuje takie pojmowanie ludzkiego tytanizmu.

Wieża Babel

Jaki obraz rysuje myśl hebrajska? Przynosi także genialny skrót dramatu ludzkiej cywilizacji i kultury. To, co opowiada o fenomenie ludzkiego tytanizmu, jest istotnie odmienne od prometejskiego mitu. Popatrzmy na detale opowieści o budowie wieży Babel.

Najpierw uwaga wstępna, ale istotna. Prometeusz symbolizuje ludzką społeczność. Grecka myśl lubująca się w hipostazach wyraża za pomocą postaci tytana aktywność wspólnoty, gatunku. Myśl hebrajska, która pojęła niebezpieczeństwo bałwochwalstwa, nie hipostazuje. Autor historii budowy wieży Babel podejmujący tematykę ludzkiego tytanizmu nie ucieka w krąg nieistniejących hipostaz. Jest niezwykle realistyczny. W jego opowieści to wspólnota buduje wieżę. Nie ma tu żadnego półboskiego wspomożyciela.

Ludzie jako gatunek są zdolni do opanowania ognia, stworzenia medycyny opartej na chirurgicznej interwencji, na farmakologicznym wpływie na ludzką cielesność, do manipulacji genetycznych, do technicznego przekształcenia swego naturalnego środowiska. Są to dzieła tytaniczne, bo niemożliwe do wykonania przez jednostkę. Tu trzeba wielu: wspólnoty, społeczności, gatunku.

Niezwykle oszczędny tekst biblijny (Rdz 11,1–9) wyróżnia trzy elementy konstytutywne dla ludzkiej kultury. Po pierwsze, ludzie są zorganizowaną i jednomyślną wspólnotą. Zbiorowy jest namysł nad przedsięwzięciem, zbiorowa jego realizacja. Ten fakt wspólnotowości narracja wyraża z niezwykłą prostotą. Ludzie odzywają się tu wprawdzie „jeden do drugiego”, ale zawsze mówią: „my”: „Chodźcie, wyrabiajmy cegłę, (…) zbudujmy, uczyńmy…”.

Po drugie, postęp techniczny i technologiczny zostaje odnotowany jako kluczowy mechanizm napędzający ludzką cywilizację. „A gdy już mieli cegłę zamiast kamieni i smołę zamiast zaprawy murarskiej…”. To skromne „zamiast” opisuje główną sprężynę mechanizmu, który przesądza o kształcie i dynamice kultury. Potrzebne jest współgranie ludzkiej pomysłowości, wynalazczości, twórczości i potrzeby z podatnością zewnętrznego świata na manipulację. Dopiero wtedy pojawiają się innowacje. Autor mitu o wieży Babel odkrywa mechanizm kulturowy i zamyka go w konkrecie jednej z wielu rewolucji technologicznych ludzkości. Konkret ten ma jednak znaczenie uniwersalne. Jest wzorcem, modelem. Ileż sytuacji zawiera się w tym obrazie zastąpienia kamieni przez cegły i wapna przez smołę. Prometeuszowe wejście w cywilizację ognia, przejście od epoki brązu do epoki żelaza, od wieku pary w wiek elektryczności, od rewolucji Gutenberga do rewolucji komputerowej, od rozbicia jądra atomowego do manipulacji sekwencjami DNA… Ta archaiczna opowieść, która na pierwszy rzut oka odpycha swą topornością, w swej surowości oddaje to, co w dziejach ludzkiego gatunku powtarza się niezliczoną ilość razy.

I wreszcie element trzeci. „Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi”. Wieża i miasto są symbolem tego, co umie wytworzyć ludzka wspólnota i co jest dla niej pożyteczne. Miasto — miejsce wygodnego zamieszkiwania — jest obrazem wymiernej materialnej korzyści, jaką ma człowiek ze swego technicznego wynalazku. W codziennym życiu pomaga także wieża. I ona ma użytkowy charakter. Lud w opowieści zamieszkuje ogromną równinę Szinear. Na równinie trudno o punkty orientacyjne. Łatwo się na niej zgubić. Pobłądzenie nierzadko przepłaca się życiem. Wieża zlikwiduje to utrapienie. Będzie znakiem widocznym z daleka.

Bóg przygląda się ich zamiarom i ich aktywności. Udaremni i jedno, i drugie. „Zejdźmy więc i pomieszajmy ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego”. Czemu to czyni? To pytanie trapi każdego czytelnika tej historii. Odpowiedź na nie wiąże się z poczuciem bezpieczeństwa, które dają ludziom wytwory techniki i kultury. Gdy sami gwarantujemy sobie bezpieczeństwo, gdy stajemy się samowystarczalni, wtedy osłabia się i wręcz zanika więź pomiędzy Bogiem i ludźmi. Ile to razy dopiero sytuacja zagrożenia, niepewności jest tym momentem w życiu człowieka, w którym otwiera się on na Boga. Wielu przecież inaczej nie umie.

Dzisiaj wiemy, że rozwój techniki, powstanie „państw opiekuńczych” rzeczywiście odcina od Boga, intensyfikuje zeświecczanie się całych narodów. Obecnie można obserwować procesy sekularyzacyjne rozwijające się na ogromną skalę. Hebrajski myśliciel, który zredagował opowieść o wieży Babel, z niezwykłą prostotą a zarazem przenikliwością opisuje proces sekularyzacji, który rozwija się we wnętrzu tamtej kultury. Nie dysponuje żadnym słownictwem, w którym mógłby go nazwać. Mimo braku abstrakcyjnych pojęć daje sobie jednak świetnie radę.

Znamienne: przedstawia budowę wieży, a nie świątyni. Ludzie nie budują na chwałę Boga, nie budują nawet dla bożka. Budują dla własnego pożytku. Ale przecież nie tylko. Wieża pełni także funkcję pozaużytkową. Okazuje się, że człowiek jest istotą, której sama użyteczność nie wystarcza. Nawet poprzez osiągnięcia techniczne i technologiczne, które ze swojej natury mają zasadniczo charakter wyłącznie praktyczny, będzie wyrażał swego ducha. Wieża ma sięgać nieba. Jest to metafora, bo nieba dosięgnąć się nie da, ale ta metaforyka jest znacząca. Zamiar budowy wieży rodzi się z jednej strony ze świadomości „nadwyżki mocy” technicznych, którymi dysponuje społeczność, z drugiej z jej marzenia o zrealizowaniu tytanicznego dzieła, które niekoniecznie musi być użyteczne. Każda ludzka kultura będzie mieć swoją „wieżę”. Będzie to często przedsięwzięcie balansujące na granicy możliwości technicznych danej kultury, po którym późniejsze pokolenia będą ją identyfikować. Kultura doliny Nilu pozostawi piramidy, Babilończycy swoje zikkuraty, Grecy Akropol, średniowiecze katedry, nowożytność podróże kosmiczne…

Gdzie w opowieści o budowie wieży Babel ujawnia się pozaużytkowy, duchowy charakter? W lakoniczność narracji wdziera się przesada. Wierzchołek wieży ma sięgać nieba. Roztropność techniczna nakazywałaby planować skromniej. „Zbudujmy wieżę możliwie najwyższą” — brzmiałoby bardziej rzeczowo. Tej przesady nie należy kłaść na karb semickiego sposobu wyrażania. Poprzez nią autor mitu oddaje z głębokim znawstwem ludzkiej natury owo upojenie, które przeżywa ludzka wspólnota, uświadamiająca sobie swe możliwości. To upojenie rodzi przesadę. Ludzie zaczynają przeceniać swoje możliwości. One same zaczynają mieć dla nich coś z absolutu. W tym zdaniu słychać coś więcej niż tylko nieumiarkowanie. Jeszcze dobitniej wyraża to starszy przekład: „Pójdźcie, zbudujmy sobie miasto i wieżę, której by wierzch dosięgał nieba, i uczyńmy sławne imię nasze…”.

Ta prakultura sprzed tysięcy lat jest także obrazem naszej kultury. I tam, i tutaj następuje zogniskowanie uwagi na ludzkim pierwiastku. Kultura i jej wytwory: miasto i wieża, są już w samym zamiarze wyrazem tego, co tylko ludzkie. Nie potrafią otwierać człowieka na Transcendencję. Biblijny autor za pomocą półsłówek, za pomocą niezwykle prymitywnych środków wyrazu wskazuje na samozamknięcie człowieka w jego kulturowych wytworach. Dzisiaj można o wiele lepiej niż wtedy scharakteryzować detale tego zakrzywiania się kulturowej przestrzeni, swoistego samoogniskowania aksjologicznego, kolapsu — zapadania się ludzkiej kultury w samą siebie. Nie orientuje się ona na to, co wobec niej transcendentne, co ją przekracza, a rozwija się dośrodkowo. Ogrom przedsięwzięć kulturowych, które użyteczne dla człowieka, sposobne do zabawy, rozrywki, wyrażające poruszenia ludzkiego serca, wiążące ludzi pomiędzy sobą, ale wszystkie jednakowo głuche na Boga, wszystkie z posępną konsekwencją świeckie. Wystarczy włączyć telewizor.

Jeśli ludzie, którzy ledwie potrafili wypalać cegłę, próbują obejść się bez Boga, próbują konstruować swój los tylko na bazie swoich umiejętności, to ileż radykalniejsze musi być odcięcie od Boga tych, którzy manipulują ludzkimi genami i embrionami. Jeśli poznanie technologii wypalania cegły budzi myśl „zbudowania wieży do nieba”, to jaką myśl zbudzi umiejętność sekwencjonowania ludzkiego DNA, umiejętność klonowania? Jakiego kształtu w tym układzie technologicznym nabierze ludzkie pragnienie tytanizmu? Jak będzie wyglądać wieża Babel epoki manipulowania ludzkim materiałem genetycznym?

Ogromna równina Szinear, która grozi niebezpieczeństwem zbłądzenia, uświadamia człowiekowi jego przygodność, niesamowystarczalność. Istnieje doświadczenie znikomości człowieka wobec bezkresnego przestworu stepu. Jest to jedno z tak zwanych numinotycznych przeżyć, które otwiera na sacrum. Są to doznania, które pojawiają się w nas wobec majestatu gór, splendoru rozgwieżdżonego nieba, bezmiaru oceanu, szaleństwa żywiołów. Budowniczowie wieży i miasta likwidują możliwość tego typu przeżyć. W mieście, w zorganizowanej i znanej przestrzeni nie powstaje ten typ doświadczenia religijnego. Poradzili sobie z niebezpieczeństwem zbłądzenia, ale zarazem utracili miejsca epifanii Boga. Człowiek, otaczając się wytworami własnego umysłu i własnych rąk, odgradza się od Boga. Zeświecczona kultura jest fałszywym zwierciadłem, które odbija zdolności człowieka, a przesłania Boga. W Biblii miasto w odróżnieniu od pustyni jest miejscem, gdzie człowiek głuchnie na głos Transcendencji, ślepnie na jej znaki. W mieście widzi tylko znaki samego siebie, swoje własne ślady i dzieła sobie podobnych.

Początek każdego człowieka — jego poczęcie i zrodzenie — był postrzegany w ludzkim plemieniu jako miejsce działania sił, które jakkolwiek operując w człowieku i przez człowieka, są siłami spoza niego, przekraczają go. Są epifanią boskości. Każda religia widziała w akcie poczęcia i narodzin ingerencję boskich mocy. W erze manipulacji embrionami, klonowania i trudno przewidzieć czego jeszcze, ten początek ulega radykalnej sekularyzacji. Jest miejscem ludzkiej manipulacji i działania naturalnych mechanizmów przyrodniczych, które człowiek poznał i opanowuje. Zanika kolejne miejsce epifanii, a z nim maleje szansa na wykrycie rzeczywistego wymiaru człowieczeństwa, jakim jest nasz zwrot ku Bogu.

„Niejednakowe słowa” w sprawie klonowania

Historia ludu Szinear stałaby się prawdziwie tragiczna, gdyby dokończył on swojej budowy. Ściślej należałoby powiedzieć: gdyby mógł w pokoju oddawać się nieustannie tej budowie, bo „wieża, której wierzchołek będzie sięgał nieba”, jest symbolem dzieła, które domaga się nieprzerwanej aktywności. Jest przecież zadaniem nieskończonym i dlatego nieskończenie absorbującym. Oddać się całkowicie temu zadaniu, dać się mu bez reszty porwać, to związać się ze „złą nieskończonością”. Jest ona zła, bo jednomyślne, tytaniczne zaangażowanie rasy ludzkiej w realizację jednego celu, gdy tym celem nie jest Bóg, niszczy ludzki rodzaj. Nieskończenie przerastającemu nas celowi, a to symbolizuje wieża do nieba, należy się całkowite oddanie. On zwiąże wszelkie myśli, wysiłki, ofiarność, entuzjazm, a nawet miłość. Wieża Babel przesłoni wszystko. Wypełni cały horyzont aksjologiczny człowieka.

Bóg to widzi. I za żadną cenę nie chce do tego dopuścić. Nie będzie karał, co nieustająco sugerują rzesze bezmyślnych interpretatorów, ale będzie ratował więź pomiędzy Sobą i ludzkością. Stawka jest najwyższa. Naprzeciw uruchomionemu tytanizmowi ludzkiej rasy staje czujność i wierność Boga. Nie ma w niej niczego ze złośliwości, która psuje plan, niczego z zazdrości o własną wszechmoc, nie ma żadnej pretensji i gniewu. Tekst biblijny nie daje oparcia dla opacznych interpretacji. Bóg jest dobrem i miłością. Nie jest, nie może być, nie potrafi być i nie chce być inny. Tej elementarnej prawdy nie wolno kwestionować.

Spojrzenie Boga przenika całe przedsięwzięcie budowniczych wieży. Dostrzega od razu jego główną przyczynę. „Są oni jednym ludem i mają wszyscy jedną mowę”. Wspólnotę ustala między innymi zdolność porozumiewania się. Mowa jest medium, które łączy. Jednak nie możliwość przekazu informacji jest tu najważniejsza. To jest dla kulturowej i cywilizacyjnej aktywności człowieka niezbędne, ale wtórne. Co innego jest pierwszorzędne. W mowie ujawniam to, co dla mnie jest wartościowe. „Jednakowe słowa” oznaczają nie tylko jeden język, ale symbolizują nade wszystko jedność świata wartości. Twórcy miasta i wieży, zanim powzięli zamysł budowy, już wcześniej stanowili wspólnotę aksjologiczną. Kluczowa jest tu jedność spojrzenia na świat wartości, solidarność w ich wyborze. Ona stanowi fundament i gwarancję sukcesu budowania. Dopóki będzie istniała jedność aksjologiczna, dopóty będzie trwać budowa. Nic nie odwiedzie ludzi od ich celu. Takimi widzi ich Bóg i takimi są.

Interweniuje. Pomieszanie języków jest aktem stwórczym. Jest to ostatni z czynów Stworzyciela opisany na początku Księgi Rodzaju, mających chronić człowieka przed ostatecznymi skutkami odstępstwa, które zaczęło się od indywidualnego nieposłuszeństwa Adama. Ta interwencja jest łaską.

Od tego momentu wszelkie tytaniczne zapędy człowieka idą zawsze prędzej czy później w ruinę. Historia ludu Szinear jest prawdziwie optymistyczna. Zapowiada nieuchronną śmiertelność każdej szaleńczej utopii, którą ludzie będą chcieli realizować, nieunikniony koniec każdego totalizmu, który stworzą. Dzięki pomieszaniu języków ludzie nie tracą świadomości Boga. Gdyby mieli „jednakowe słowa” już dawno nikt nie wiedziałby nic o Nim. Bóg stwarza nie tylko materialną rzeczywistość, ale także wielość perspektyw w świecie wartości. Z tego powodu rodzaj ludzki nigdy nie zjednoczy się we wspólnym dziele, nigdy cały nie spojrzy przez te same „aksjologiczne okulary”. Rozpada się na wiele wspólnot aksjologicznych. Po wspólnym zamyśle, przedsięwzięciu, które będzie chciało objąć sobą świat, pozostają zawsze ruiny.

Cywilizacja przemysłowego traktowania ludzkiego ciała, manipulowania biologią człowieka, która wychodzi z utajenia, dopiero nieśmiało się zaczyna, wpisuje się w schemat budowy wieży Babel. Stanie się nią człowiek sztucznie hodowany i te stworzenia, które uda się wykreować z jego DNA. Ileś generacji będzie budować tę kolejną wieżę. Będzie miała wielu współkonstruktorów.

Historia ludu Szinear krzepi, bo dzięki niej mam pewność, że nadchodzący wiek genetyki nie ukończy tej budowli. Pozostawi tylko ruiny. Nie chcę ich sobie nawet wyobrażać. Liczę na pomieszanie języków i nie zawiodę się. To sprawa nieprędka, bo na razie wielu szuka dopiero „jednakowych słów”, by porozumieć się co do tego zamysłu. Takich słów nie ma, ale społeczność ludzka na pewno zostanie zwiedziona pozorem tej nowej jednej mowy. Tak dzieje się zawsze wtedy, gdy utopia społeczna, polityczna, naukowa, technologiczna dorabia się ideologii. Każdy projekt wieży Babel w dziejach człowieka rozpoczynał się od stworzenia ideologii. Ciągle jeszcze jej nie ma, wciąż brakuje powszechnie podzielanego przekonania o wartościowości tytanicznego czynu, który ma polegać na manipulowaniu ludzlim genotypem i poprawianiu go na masową skalę. Na razie wstępne zamieszanie czynią rozmaici harcownicy. Przygotowują grunt dla wytworzenia „jednakowych słów” — wspólnego przekonania o wysokiej wartości i nieodzowności genetycznej rewolucji. Są to rozmaici pożyteczni głupcy, którzy już teraz urabiają grunt pod budowę wieży. Będą to etycy idiotycznie paplający o tym, co w manipulacjach genetycznych i embrionalnych obiecujące i godziwe, a co niepokojące (tak jakby tu nie wszystko było niepokojące), dziennikarze dający się nabierać na gadanie o wolności nauki i o nieograniczonej ciekawości, biolodzy, którzy wcześniej ulegli scjentystycznemu bałwochwalstwu i żyją kompleksami wobec spektakularnych osiągnięć fizyków, „którym się udało”. To ledwie paru z tej forpoczty przygotowującej ideologiczny grunt dla cywilizacji przemysłowego traktowania ciała człowieka. „Jednakowe słowa” buduje się na niewolniczym uznaniu tego, że medycyna, którą mamy, i to, co z niej wyrasta, są jednoznacznie dobre. Manipulacje embrionami, klonowanie to przecież naturalne następstwo medycyny, która poniewiera ciałami zmarłych ludzi w imię wiedzy i ludzkiego dobra! Ten, kto z etycznych pobudek protestuje przeciw leczniczemu klonowaniu ludzkich embrionów, a za jednoznacznie pozytywną uważa współczesną medycynę, jest niekonsekwentny. Jedno bowiem przygotowało drugie.

Tyle tylko mogę w tej kwestii. Mogę wypowiedzieć słowo, które nie jest „jednakowe”. Reszta będzie kręcić się sama — do czasu pomieszania języków, który gwarantuje Boża łaskawość.

1 Stwierdzenie tego faktu nie jest wyrazem poparcia dla eutanastów, którzy wykorzystują go jako argument usprawiedliwiający zabijanie nieuleczalnie chorych i starych ludzi. Wskazuję tu tylko na etiologię pewnego typu cierpienia. Ona sama nie ma nic wspólnego z żadną decyzją o sposobie zachowania się wobec niego. Nie przesądza też o definitywnym sensie tego cierpienia, które człowiek z nim złączy.

Prometeusz, wieża Babel i klonowanie
Marian Grabowski

urodzony w 1951 r. – doktor habilitowany fizyki teoretycznej, profesor zwyczajny nauk humanistycznych i kierownik Zakładu Filozofii Chrześcijańskiej Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.Autor p...