Prośba o korektę

Jan Góra: Złożyłem wniosek o nadanie Janowi Pawłowi II tytułu Odnowiciela Mowy Polskiej.

Jan Grzegorczyk: Wniosek słuszny, tylko trzeba by pewne sprawy dookreślić. Po pierwsze nie należy chyba tego tytułu utożsamiać z rolą Papieża w polskiej literaturze. Bo to ani prawdziwe, ani potrzebne. To nie może być próba nadania mu czegoś na kształt honorowej prezesury Związku Pisarzy Polskich. Odnowiciel mowy znaczy dla mnie w tym wypadku coś więcej. Mówi o człowieku, który wskrzesił wiarę w słowo. Bo przecież żyliśmy w epoce niewiary w słowo.

Jan Góra: Tak, miejscem gazety była ubikacja. Wobec braku w ówczesnej Polsce papieru toaletowego sponiewierane przez PRL słowo pełniło funkcję zastępczą. Cały pontyfikat Jana Pawła to była nauka polskiego i przywracanie godności słowu. Według mnie Papież nazywał świat jak Adam w raju – po imieniu!!!

Świat mowy polskiej był światem zawstydzonym i zakazanym. Myśmy się realizowali między wierszami. Papież wyszedł poza międzywiersze. Nie zapominajmy, że próbowano go cenzurować. W czasie drugiej czy trzeciej pielgrzymki powiedział, że jeśli nie może mówić tego, co chce, to wraca.

Jan Grzegorczyk: Papież z jednej strony był twórcą słowa, ale może równie ważne, że był Wielkim Laryngologiem, tym, który odetkał społeczeństwu uszy. Uleczył z głuchoty. Słowa zawsze istniały, ale on je przebudził.

Jan Góra: Wskrzesił, Jasiu, wskrzesił. Lobbujmy za moim tytułem Odnowiciela. Nawet jego pozdrowienie: „Niechaj będzie pochwalony Jezus Chrystus” miało świeżość odkrycia. Ile słów ożyło dzięki niemu: KORZEŃ, DAR, OJCIEC, ŹRÓDŁO… Mnóstwo.

On jest odnowicielem mowy polskiej na miarę Kochanowskiego. Mickiewicza. To nic, że nie pisał takich wierszy jak oni. Chodzi o to, że pozwolił nazywać nam w zalewie socjalistycznej nijakości rzeczywistość. Przydał polskiej mowie znaczenie, soczystość, przywrócił jej zdolność komunikowania, nawiązywania relacji, docierania do drugiego człowieka, do Boga!

Jan Grzegorczyk: Oczyśćmy najpierw przedpole. Wielokrotnie bywał ojciec posądzany, czy raczej oskarżany o papolatrię. A jednak ojciec sam pisał o tym, że na początku miał pewien dystans do Karola Wojtyły, a może nie do niego, ale do atrakcyjności jego słowa. Opisywał ojciec wielokrotnie, jak przychodził do was, do dominikanów w Krakowie i nie zawsze porywał, zdarzało się, że wywoływał u ojców senność.

Jan Góra: Nie zaprzeczam, były takie momenty…

Wojciech Prus: Ojciec Tomasz Pawłowski, nasz nestor, legenda, założyciel krakowskiej „Beczki”, powtarzał często historię, o tym, jak pewnego razu dyskutowano, kogo zaprosić do duszpasterstwa „Beczka” jako rekolekcjonistę. Padło nazwisko kardynała Wojtyły. Któryś ze studentów powiedział, że kardynał ględzi. Chodziło o to, że jego kazania były nadto filozoficzne. Ojciec Tomasz spytał owego studenta, czy by poszedł do kardynała i mu to osobiście powiedział. Student się zgodził i, korzystając z tego, że do kardynała mógł wejść każdy, nawet z ulicy, jeśli się umówił – powtórzył swój zarzut. Wojtyła się nie obraził, tylko zaproponował: „Może zdefiniujmy na początku pojęcie ględzenia”. I podobno wziął sobie do serca, by mniej „ględzić” w „Beczce”.

Jan Góra: Tak, to prawda. On mówił z wysoka, a my słuchaliśmy go jeszcze „z tej biednej ziemi, z tej łez doliny”. Ale bądźmy uczciwi – u kardynała Wojtyły były w tym okresie takie momenty, które są wdzięcznym tematem do pożartowania, ale przecież on już wtedy doskonale wiedział – uczeń Mieczysława Kotlarczyka i aktor Teatru Rapsodycznego – co to znaczy sztuka żywego słowa. Co to znaczy panować nad słowemdzięki słowu. Widziałem go już wtedy przemawiającego z wielką mocą, na przykład w 1969 roku, kiedy święcił kościół w Nowej Hucie. Podczas kazania poprosił nagle zgromadzonych, aby powtórzyli za nim słowa: „W tym znaku zwyciężymy!”. I ludzie powtórzyli. A przecież mogłoby się zdarzyć, że nie powtórzyliby i wtedy zamiast habemus papam, mielibyśmy habemus klapam.

Jan Grzegorczyk: Po habemus papam, kiedy Jan Paweł II ukazał się światu na balkonie Bazyliki Świętego Piotra, zrobił coś absolutnie kluczowego dla swego pontyfikatu i dla określenia swego kapłaństwa. Poprosił Włochów, aby poprawiali go, jeśli popełni błąd w ich – poprawił się – „w naszym języku”.

Wojciech Prus: I właśnie, wypowiadając tę prośbę, popełnił błąd, bo zamiast – corregere, powiedział corigerre. Złośliwi mogliby stwierdzić, że błędem było zwracanie się o pomoc. Ale ten błąd i ta prośba zjednały mu ludzi.

Jan Grzegorczyk: No i tu przejawił się humor, już nie wiem czy Papieża, czy Pana Boga. I to był dowód na to, że ludzie czekają na kogoś prawdziwego, ciepłego, niewyniosłego. Poza tym ja tę prośbę odczytuję szerzej, bardziej symbolicznie. Jeśli język jest tylko wyrazem relacji, porozumienia między ludźmi, to Papież zwracał się o napominanie, gdyby jako kapłan popełnił jakieś uchybienia w tej mierze. W docieraniu do człowieka. Ta jego prośba współbrzmi z jego stwierdzeniem z Redemptor hominis, że człowiek jest drogą Kościoła. Te słowa mnie ukształtowały. Zawsze, gdy różni ludzie, czy to świeccy, czy kapłani próbowali podważać tę prawdę, wiedziałem, że nie mam do czynienia z prawdziwym Kościołem. Ta wypowiedź Papieża może być ratunkiem dla wielu osób, które odchodzą z Kościoła, bo czują się zranione przez jego przedstawicieli. Ktoś, kto rani w imieniu Kościoła, traci upoważnienie do jego reprezentowania.

Wojciech Prus: W ramach oczyszczania przedpola chciałbym złożyć pewne wyznanie. Jako wychowanek duszpasterstwa ojca Jana bardzo przeżywałem jego wizyty u Papieża. Takim kultowym przeżyciem, obrazem z tamtego czasu było poświęcenie przez Papieża gitary dla duszpasterstwa. Wszyscy mieliśmy przed oczami zdjęcie Jana Góry z Papieżem i z gitarą. Ta gitara była symbolem naszej więzi i naszego „zaczarowania” Janem Pawłem II. Na początku lat 90., już jako dominikanin, znalazłem się w Rzymie na studiach i przeżyłem okres „odczarowania”. Nagle Papież był na wyciągnięcie ręki, spowszedniał. Nie był już jedynym w dziejach papieżem Polakiem, za którym jeździliśmy na pielgrzymki, lecz po prostu biskupem Rzymu. Dodatkowo bardzo różnie komentowanym, często w pogardliwym tonie. Papież nie był jedynie powodem do dumy, chluby. Był podważany i krytykowany. Tak samo Kościół. Nagle zobaczyłem z bliska, w Rzymie – w sercu Kościoła, jak często karierowiczostwo ubiera się w święte piórka.

Dla mnie to był normalny proces dojrzewania poprzez kryzys. Okres zanegowania oczywistości. To było niesamowite ukłucie, z którego wyszedłem dopiero po powrocie do Polski. Pomogło mi zobaczenie Papieża, który wszedł w zupełnie inny okres – choroby i starości. Stał się dla mnie wówczas prawdziwszy, niż w okresie gdy zachwycał świat swoją kondycją sportowca i głosem aktora.

Jan Grzegorczyk: Niektórzy z takiego ukłucia, o którym mówisz, nigdy się nie podnieśli. Wysyłanie księży na studia za granicę było wielkim ryzykiem. Nie tylko ci, którzy studiowali w Rzymie, nie wytrzymali krytyki, z jaką spotykał się Papież Polak.

W Polsce było bezpieczniej. Papież wywoływał entuzjazm. Publicznie tylko nieliczni próbowali podawać w wątpliwość jego nauczanie. Ci, którzy tego entuzjazmu nie podzielali, przynajmniej milczeli. Panowała powszechna fascynacja. Tym niemniej zawsze pozostanie pytanie: Ile w tym było zachwytu Urzędem, a ile samym Wojtyłą? Na ile Jan Paweł II różnił się od Wojtyły?

Jan Góra: Trzeba na to patrzeć głównie w kategoriach łaski. Łaska buduje na naturze. W tym wypadku naturą jest genialny instrument dla Bożych planów, jakim był Karol Wojtyła. I wszystko to, co obserwowaliśmy u Jana Pawła, obserwowaliśmy w zalążku u Wojtyły. To, co było w Wojtyle, zostało przez łaskę doprowadzone do niewyobrażalnych możliwości. Słowo jest jak człowiek – rodzi się, rozwija, kwitnie, owocuje i umiera. Uczestniczyłem w kilkudziesięciu seansach, kiedy to porwany słowem Jana Pawła, traciłem grunt pod nogami. Chłonęliśmy jego słowo. Pierwsza pielgrzymka Papieża do Polski była nieprawdopodobnym namaszczeniem Ducha Świętego. Jego proroctwo na Placu Zwycięstwa, wezwanie Ducha Świętego, który odnowił oblicze naszej ziemi…

Jan Grzegorczyk: Powiada się, że tylko w czasie tej pierwszej pielgrzymki Papież wygłaszał swoje przemówienia. Później w różnym stopniu były one pisane przez innych.

Jan Góra: I to się czuło, ale to mi nie przeszkadzało. Nie gorszyłem się tym. Papież niósł te słowa. Wkładał je na swoje barki i na swoich opuchniętych nogach niósł je na krańce świata. Nie uczyniliby tego ci, którzy je pisali.

Jan Grzegorczyk: Ojcze, mnie to też nie przeszkadza, tyle że poszerza nasze rozważania, czym jest słowo. Słowo to nie jest zestawienie liter, lecz ich zadziałanie. Gdybyśmy wielbili napisane słowo, to udziały w tytule Odnowiciela musieliby mieć różni ludzie, którzy przyczynili się do powstania choćby papieskich kazań. Chyba nie o takie rozumienie słowa nam chodzi. Gdyby Jan Paweł II nie tchnął w te słowa życia, byłyby jak niewystrzelone pociski.

Jan Góra: Tu chodzi o coś więcej, tu chodzi o wcielenie słowa. Tylko słowo zanurzone w ciele jest argumentem.

Jan Grzegorczyk: Chciałbym odwołać się do ojca stwierdzenia, że słowa się rodzą, żyją i umierają. Może to jest jedno z najbardziej fascynujących doznań. My obserwowaliśmy życie słowa, mowy, głosu Jana Pawła II. Od pierwszej pielgrzymki, gdy rozlegał się na kształt gigantycznego dzwonu, po ostatni niemy krzyk w niedzielę Wielkanocną 2005 roku, na tydzień przed śmiercią. Ten głos się zmieniał.

Jan Góra: Tak, i powiedzmy, że im gorzej Papież mówił, tym mówił więcej. Im słabsze miał nogi, tym dalej wędrował. Moc słowa Jana Pawła to nie tylko siła głosu. Ta moc nie wiązała się z wykrzyknikami. Są kaznodzieje i mówcy, którzy krzyczą i nic z tego nie wynika. Norwid pisał, że wykrzykniki często wypowiedź „urywają, zatrzaskują”. Słowo Papieża wybuchało, a potem następowało Norwidowe „przemilczenie”. Słowu należy dać ciszę, aby wybrzmiało, dotarło, ożyło, ubrało się w patos. Po słowach Jana Pawła II był zawsze moment ciszy. A potem były oklaski, aplauz, burza oklasków, nawałnica, która z początku bezładna, po jakimś czasie stawała się pieśnią, modlitwą, a w końcu wyznaniem wiary. Ludzie intonowali: „My chcemy Boga!”. Granice się otwierały, rządy upadały, świat się zmieniał, ludzie się zmieniali. Wywiązywał się dialog. Jan Paweł przywrócił słowom odwagę i patos. Zatem życie i młodość.

Jan Grzegorczyk: Ale to życie i młodość były możliwe dzięki skaleczeniom właśnie tego patosu. Bo ludzie czekali na te momenty, kiedy Papież naruszy patetyczną i podniosłą atmosferę swoimi spontanicznymi uwagami, dowcipami, aluzjami.

Jan Góra: Bo one były bez wątpienia jego. Nieuzgodnione z nikim. Nieocenzurowane.

Jan Grzegorczyk: Czekaliśmy na jego dygresje o kremówkach, o kichnięciu. Dla mnie jednym z najpiękniejszych dowcipów jest ten o łupieżu. Kiedy w Bydgoszczy ludzie przerywali mu przemówienie okrzykami: „Niech żyje papież!”, powiedział, że przypomina mu się historia pewnego człowieka, który nie bardzo wiedział, co krzyczy tłum, i zaczął wołać: „Niech żyje łupież!”. Pamiętam, że hierarchowie w pierwszej chwili nie wiedzieli, jak zareagować. Czy Papież karci tłum, czy żartuje. Papież uczył humoru. Niestety nie do końca skutecznie. W polskim Kościele często brak poczucia humoru.

Wojciech Prus: Ta opowieść o „łupieżu” przypomina mi historię z krakowskiego duszpasterstwa. Otóż podczas wigilii paschalnej, celebrując chrzty dorosłych, zanosiliśmy prośbę o otwarcie i śpiewaliśmy „Efattha! Efattha! Otwórz się!”, a jeden z upośledzonych umysłowo członków zgromadzenia, taki wielki chłopak, który do nas codziennie przychodził z mamą, nie rozumiejąc oczywiście słów „Effatha”, śpiewał na cały kościół : „Herbata!, Herbata!”. Ludzie często przypominają i tego, który krzyczał „niech żyje łupież!”, i tego co śpiewał „Herbata”. Ale to i tak dużo. Powinniśmy się cieszyć, że choć mylimy słowa, to utrzymujemy łączność za pomocą wspólnej melodii. Ludzie często nie znają słów, ale w włączają się w głos Kościoła za pomocą murmuranda. Gorzej, gdy już w ogóle śpiew Kościoła staje się dla kogoś czymś obcym, pod co nawet nie chce się podłączać.

Jan Grzegorczyk: Jan Paweł II czarował swoim słowem. Chciano go naśladować.

Jan Góra: Tak. Wielu biskupów i kardynałów próbowało to czynić. Unosili podobnie głos, stawali na palcach w kluczowych momentach i potrząsali z mocą kartkami. Ale mimo to, po ich słowach nie następowało ani „przemilczenie”, ani aplauz, ani śpiew, ani modlitwa. Nikt nie może zapalać, jeśli sam nie płonie.

Jan Grzegorczyk: Ojciec wygrał, bo będąc jednym z największych papolatrystów w polskim Kościele, nigdy nie naśladował Papieża w sensie „małpowania”.

Wojciech Prus: Jan Góra zjednywał sobie ludzi tym, że sięgał – choćby w kazaniach czy w osobistym kontakcie z ludźmi – do powiedziałbym, niekościelnych środków wyrazu.

Jan Grzegorczyk: Nie próbował ojciec po papiesku modulować głosu, stawiać młodzieży retorycznych pytań na jego wzór. Papieża można naśladować jedynie w byciu artystą wiary, w przekonaniu, że jeśli kapłan niesie autentycznie Chrystusa, zawsze dla ludzi będzie atrakcyjny, w tym głębokim sensie. I myślę, że dlatego był ojciec partnerem dla Jana Pawła II i mógł być ojciec jego częstym gościem. Papież kochał takiego cudaka, który łamał wszelkie reguły i watykańskie etykiety. Tylko ojcu mogło przyjść do głowy, by podczas kolacji u Papieża wsadzić jego rękę do wiaderka z silikonem protetycznym w celu uzyskania odlewu jego dłoni.

Jan Góra: Papież się śmiał i powiadał: „Stasiu, i po cośmy się z tym facetem zaczęli zadawać?”.

Jan Grzegorczyk: Złośliwi nazywają ojca gadżetologiem. Sam się śmiałem z ojca wyczynu, a dziś Dłoń Papieża jest czymś szalenie wzruszającym i budującym… Ilu to ludzi codziennie zachodzi do ojca duszpasterstwa, żeby tę dłoń uścisnąć. Ten uścisk dodaje siły, przenosi w tamte szczęśliwe czasy. Co tu wiele mówić. Byliśmy najszczęśliwszym pokoleniem Polaków, któremu udało się żyć pod słońcem Papieża. Czy to było doświadczenie tylko polskie?

Jan Góra: Nie tylko. Wystarczy przypomnieć sobie pogrzeb Jana Pawła. Największy w dziejach ludzkości. Ale proponuję wrócić do naszych rozważań o słowie. Słowo Papieża miało trzy czasy, czego nie mają nawet słowa największych pisarzy. Z równą dynamiką, żywością Papież rozmawiał z czternastowieczną królową Jadwigą, jak z ludźmi obecnymi tutaj oraz wybiegał daleko w przyszłość. On przekraczał czasy. W czasie kanonizacji królowej Jadwigi w 1997 roku nawiązał z nią mistyczny dialog. To było spotkanie zadziwiające. Wpatrzony w wieże Wawelu rozmawiał z Jadwigą, jakby ona sama, żywa i przytomna, stała tuż obok niego, tak, jakby nie było wokół ponad miliona zgromadzonych pielgrzymów. To wydarzenie było rzeczywistą obecnością w tajemnicy świętych obcowania, jest przykładem tego, że owoce kontemplacji się nie starzeją i nie podlegają przemijaniu oraz destrukcyjnemu działaniu czasu. Dlatego Jan Paweł II jest moim przewodnikiem na drogach do wieczności. A nie ma ważniejszej sprawy.

Jan Grzegorczyk: Możemy różne rzeczy opowiadać o słowie Papieża, o jego postawieniu, brzmieniu, kunszcie. O patosie i ubezpieczającym go humorze, ale wydaje mi się, że to tylko po części może wytłumaczyć jego moc. Źródłem wielkości tego słowa było skąpanie go we krwi 13 maja 1981 roku. Moc tego pontyfikatu bierze się z Rany. Ojciec mówi: Jan Paweł Wielki. Ja wolę go nazywać Janem Pawłem Miłosiernym. Bo to jest ten rys, dzięki któremu w Janie Pawle widzę Chrystusa. Nie poprzez Wielkość, a poprzez Miłosierdzie. Wielki to nie jest słowo z gatunku ewangelicznego, lecz przynależące do logiki tego świata. Do świata konkurencji i porównywania. Pierwsze słowa, które publicznie wypowiedział Jan Paweł II po zamachu z 13 maja, były słowami przebaczenia „bratu, który go ranił”. Przebaczył, nie czekając na skruchę Ali Agcy. Przejął inicjatywę, wychodził do grzesznika jak Chrystus na obrazie namalowanym wedle wizji św. Faustyny. Początek pontyfikatu upodobnił jego wizerunek do Jezusa Miłosiernego i Dobrego Pasterza, który oddaje swoje życie za swoje owce. Zamach potwierdził wszystko, co Papież napisał o miłosierdziu, zwłaszcza w encyklice Bogaty w miłosierdzie, cały jego związek z Faustyną Kowalską, którą najpierw „przywrócił do łask”, a w końcu kanonizował. To jest niezwykły symbol.

Jan Paweł II patrzył na człowieka w perspektywie miłosierdzia. W grzesznym człowieku widział syna marnotrawnego i wychodził mu naprzeciw. Tak jak ojciec miłosierny z Ewangelii. A o Bogu mówił za Księgą Mądrości: „Niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś”.

Jan Góra: I jeszcze jedno bardzo ważne. 13 maja potwierdził słowa kluczowe dla tego pontyfikatu: „Nie lękajcie się”. To „nie lękajcie się” jest kluczem do zrozumienia pokolenia JP2. Te słowa Jan Paweł II wypowiedział pierwszego dnia swojego pontyfikatu. Tym wezwaniem otworzył przestrzenie dotychczas zarezerwowane dla świecczyzny: przestrzenie polityki, ekonomii, cywilizacji i kultury. Młodzi ludzie przez niego natchnieni poszli w te dotychczas zamknięte przestrzenie z Chrystusem. Jan Paweł II był tak mocny wiarą, że się nie bał, nie nosił kamizelki kuloodpornej (ani fizycznie, ani metaforycznie), a niezabezpieczanie się traktował jak „ryzyko zawodowe bycia papieżem”. Nie histeryzował, bo wierzył, i dlatego nie obawiał się ani przyszłości, ani też nie bał się młodzieży.

Natomiast słówko jeszcze co do określenia „Wielki”. Jasiu, bądź realistą. Z chwilą śmierci Jana Pawła jesteśmy odpowiedzialni za jego wizerunek dla przyszłych pokoleń. Trzeba szukać słów, które są wypróbowane. Wraz z tymi, którzy widzieli i słuchali Papieża, odejdą ostatnie emocje, więc trzeba przyszłym pokoleniom przekazać jego genialny dorobek. To, co proponujesz, bardzo szybko przeobraziłoby się w dowcip i do ludzi nie dotrze wielkość. To, co dziś jest fantastyczne, jutro byłoby śmieszne. Miłosierny, to dla wielu tyle, co biedny, potulny, naiwny. Oczywiście my tak tego nie rozumiemy, ale przydomek musi być znakiem rozpoznawczym dla tych, którzy wiedzą niewiele.

Jan Grzegorczyk: No cóż, ojcze, jak w wielu przypadkach, będziemy się szlachetnie różnić. Wracając jeszcze do zamachu. To było narodzenie nowego papieża i nowych jego słów. Jego słowa od tego czasu jakby zaczęły podlegać bardziej ludzkiej kondycji. Stawały się tak kruche, jak i ciało Jana Pawła II. Przedtem, cokolwiek by powiedzieć, to były słowa Aktora. Potem weszły one bardziej w wymiar ludzkiej przemijalności. Przygarbiły się, słabły, szeptały, kaszlały i potykały razem z Papieżem, później zdrowiały i wszyscy się tym cieszyliśmy. Były chwile, kiedy Papież stracił głos i nie mógł wyjść do czekających na niego tłumów. I to słowo, które „zachorowało”, też było znaczące i ludzie to rozumieli albo dojrzewali do zrozumienia.

Jan Góra: W czasie zamachu Jan Paweł II narodził się jako męczennik, świadek Chrystusowej miłości. Od chwili zamachu, to był już inny człowiek, człowiek ze świadomością, że dalsze jego życie jest darem Maryi, której bezgranicznie zawierzył. Z takim człowiekiem trudno dyskutować, strona przeciwna nie ma szans. On zapłacił krwią. Świadek nie jest do dyskusji. Z wiekiem i postępem choroby stawał się coraz lepszym „aktorem” Chrystusowej sprawy.

Wojciech Prus: Dla mnie Jan Paweł II pozostanie papieżem poetą. I nie dlatego, że pisał najlepsze wiersze, ale dlatego że jak poeta zgodził się wyjść do ludzi z tym, co najbardziej intymne, bezbronne w człowieku. Kościół zawsze mnie przekonuje tam, gdzie decyduje się mówić o swojej słabości. Na co dzień w Kościele wcale nie są takie oczywiste słowa świętego Pawła, że moc w słabości się doskonali. Wyobrażam sobie często, jakie na przykład opory musiało wywołać wydanie przez św. Augustyna jego Wyznań. Pisze w nich, że nawet po swoim nawróceniu pozostaje człowiekiem chorym. „Rozliczne bowiem i ciężkie są te moje choroby. Rozliczne i ciężkie. Lecz nad nimi mają przewagę Twoje lekarstwa. (…) Przerażony moimi grzechami i brzemieniem mojej nędzy, biłem się z myślami i zamierzałem nawet uciec do pustelni”. Czymś podobnym do Wyznań był dla mnie Tryptyk rzymski, w którym Jan Paweł opowiedział o swoim przemijaniu. To nie było łatwe. Pamiętam, jak Marek Skwarnicki, który został przez Papieża poproszony o konsultacje i pomoc przy wydaniu Tryptyku, opowiadał historię wahań Papieża, co w nim zamieścić, a czego nie. Fragmenty dotyczące swej śmierci doniósł niejako dopiero na koniec, jakby miał wątpliwości, czy je opublikować.

Jan Grzegorczyk: To niełatwy problem – przemijanie Papieża. Pamiętam, jak w latach osiemdziesiątych w miesięczniku opublikowaliśmy opowiadanie HerlingaGrudzińskiego Pożar Kaplicy Sykstyńskiej Anno Domini 1995, w którym pojawia się nowy papież Mikołaj. Wielu czytelników było oburzonych. Temat śmiertelności Papieża był tematem zakazanym. Nie tylko dlatego że na Zachodzie z kolei tak bardzo go rozdmuchiwano.

Jan Góra: Sukces Jana Pawła polega na tym, że on żyje we mnie po swojej śmierci. Myślę, że i ja narodziłem się na nowo. Czytam bezustannie jego książki. Interesują mnie owoce jego pracy. Byłem zachwycony nim żywym. To był jakby zachwyt kwiatem. Teraz zachwycam się jego owocem. W każdą sobotę na Lednicy czytamy Jana Pawła II.

Jan Grzegorczyk: Jak żyć w tych czasach, kiedy brak jego słowa: prorockiego, ojcowskiego? Wydaje się, że w Kościele nie ma słowa, które byłoby w stanie zwołać rozproszone owce.

Jan Góra: Po pierwsze, Jasiu, to nie do końca jest tak, że słowa w Kościele nie ma. W Kościele zawsze jest słowo. Może je wypowiadać babcia klozetowa, może je wypowiadać księżulo z pipidówki. Oczywiście, że cudownie było słuchać głosu Jana Pawła, ale trzeba się wsłuchiwać we wszystkich, przez których przemawia Pan Bóg, a wiesz, że On lubi posługiwać się różnymi osobami. Jan Vianney mówił nieporadnie, jąkał się, ale przemieniał ludzi, a słynny dominikański kaznodzieja słuchał go z podziwem i mówił: „Daj, Boże, tak się jąkać”. I myślę, że takich wspaniałych księży na polskiej ziemi jest wielu.

Jan Grzegorczyk: Pewnie ma ojciec rację z tymi babciami klozetowymi i księżulami z pipidówki, ale jednak żal, że nie ma tego głosu, w którym odnajdywałaby się cała Polska. Wcześniej był głos prymasa Wyszyńskiego. Każdy z nich zapłacił swoją cenę, żeby jego słowo mogło tyle znaczyć, ile znaczyło. Prymas Wyszyński więzieniem, Jan Paweł II krwią. Oni, zdaje się, zawiesili zbyt wysoko poprzeczkę.

Jan Góra: Nie da się ukryć, że niebotycznie wysoko. Ale poza tym trzeba żyć pamięcią. Tak jak nas uczył Brandstaetter. Mówił, że Żyd, który traci pamięć, umiera. Pamięć to jest punkt odniesienia. Nie możemy przestać pamiętać, że mieliśmy takiego pasterza. Ja teraz z nim codziennie rozmawiam. Już nie czekam, aż kardynał Stanisław wpuści mnie do niego, ale sam idę. Dotychczas moje pobyty w Rzymie były jednym wielkim czekaniem na telefon od księdza, a później biskupa Stanisława, teraz nie czekam. Powierzam mu swoje pasje i troski, codziennie z nim rozmawiam i mówię: „Jak mnie w to wszystko wrobiłeś, to teraz mi pomagaj”, i pomaga! Rzeczywiście pomaga. Tyle już zrobił cudów, ale się z tym nie obnoszę. Bo po co? Sama Lednica jest jednym wielkim cudem.

Jan Grzegorczyk: Papież też ciągle wzywał, byśmy nie wyrzekali się dziedzictwa, któremu na imię Polska i chrześcijaństwo. Problem w tym, że coraz mniej ludzi, zwłaszcza z młodego pokolenia, chce żyć pamięcią. Raz dlatego, że są nastawieni na wyciśnięcie dnia dzisiejszego jak cytryny, a po drugie są bardzo zniechęceni wszelkimi grami z pamięcią, jakie toczy starsze pokolenie. Są jak jętki jednodniowe.

Jan Góra: No trudno, żal mi jętek jednodniowych, ale myślę, że wszyscy ci, którzy mają trochę większe ambicje i chcą być wehikułami, muszą sięgnąć po pamięć. W każdych czasach byli pajace, krzykacze i antychryści, którzy próbowali zawładnąć tym światem, ale przyszłość należy do ludzi, którzy potrafią przekazać motywy życia i nadziei, a nie motywy użycia i beznadziei. Nie boję się, ani dnia teraźniejszego, ani przyszłości. Ani ludzi, zwłaszcza młodego człowieka. „Nie lękajcie się”. Słyszę w tym wezwaniu i Chrystusa, i Jana Pawła II. Moich prawdziwych przewodników na drodze do wieczności.

Wojciech Prus: Ja myślę, że nie ma ludzi straconych dla Kościoła. Zgadzam się z tym, co mówi ojciec Jan o pamięci, tylko że każdy, kto chce ją młodym przekazywać, musi być jej tłumaczem. Trzeba dotrzeć do młodych z opowieścią, która będzie im bliska. W której odnajdą siebie i dowiedzą się, że historia ich dotyczy. Oni chcą zawsze słuchać o miłości. Pamiętam, jak dwa lata temu prowadziłem na Jamnej warsztaty dziennikarskie i dałem młodym, którzy byli nieco znużeni, takie zadanie. Mają zejść na dół do wsi i znaleźć ślady naszego obozu wędrownego sprzed dwudziestu lat. Byliśmy tam z ojcem Janem w 1982 roku. Mieli odnaleźć stodołę, w której spaliśmy. Dom z werandą, na której piliśmy herbatę, i kobietę, w której jako młody chłopak podkochiwał się ojciec Jan. Młodzi biegli na wyścigi… Tak ich to podnieciło.

Jan Góra: Wojtku, to wszystko prawda, tylko że ona mi się jedynie podobała. Mój problem leży głębiej. Ja nigdy w życiu nie byłem zakochany.

Jan Grzegorczyk: A ja pamiętam ojca opowieść o tym, jak to znalazł się ojciec w Tarnobrzegu zesłany przez władze zakonne. Nie mając pojęcia, jak opanować młodzież, zaczął ojciec im na każdej katechezie opowiadać romans.

Jan Góra: Ja to wszystko zmyśliłem.

Jan Grzegorczyk: Może, ale dla mnie to było coś w stylu: „Od dziś będę mówił w waszym – naszym – języku. Poprawcie mnie, gdybym ględził”. Bo kapłan, jeśli nawet ględzi językami ludzi i aniołów, a zrozumienia nie ma, na niewiele się zda.

Prośba o korektę
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...

Prośba o korektę
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...

Prośba o korektę
Wojciech Prus OP

urodzony 10 kwietnia 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, rekolekcjonista, patrolog, duszpasterz wspólnoty Lednica 2000. Jako nastolatek należał do duszpasterstwa młodzieży przy poznańskim klasztorze, które wówczas prowadził...