Przedłużenie mojej ręki

Przedłużenie mojej ręki

Obecność świeckich szafarzy Komunii świętej to tylko powrót do źródeł, do pierwszych wieków chrześcijaństwa. Wprowadzenie ich posługi jest wielkim darem dla Kościoła. Daje szansę dotarcia z Eucharystią do chorych. Szafarze mogą ich odwiedzać w każdą niedzielę, a nawet codziennie.

Pan Krzysztof przyjmuje Komunię świętą z rąk księdza. Potem bierze od niego puszkę z komunikantami. Ubrany w długą, białą albę staje na stopniach prezbiterium. Wierni ustawiają się w kolejce, jeden za drugim. Po chwili wypowiada znane słowa „Ciało Chrystusa”.

— Kiedyś mogłem tylko cicho odpowiedzieć „amen” i zjednoczyć się z Jezusem. Teraz mogę Jego Ciało zanosić innym — mówi z przejęciem.

Większe dobro

Świeccy szafarze pojawili się w Kościele powszechnym w 1973 roku. Kongregacja Kultu Bożego „Immensae caritatis” tłumaczyła to „potrzebą duszpasterską i większym dobrem duchowym wiernych”. Konferencja Episkopatu Polski zdecydowała się na ten krok dopiero w 1990 roku. Wtedy właśnie zezwoliła ona biskupom ordynariuszom na wprowadzenie tej posługi na terenie ich diecezji. Jako pierwsze nadzwyczajnych szafarzy ustanowiły diecezje katowicka, gdańska i opolska. Potem były kolejne.

„Mając na uwadze umożliwienie chorym w domach częstsze jednoczenie się z Chrystusem Eucharystycznym oraz spełniając prośbę wielu kapłanów, by ułatwić wiernym przyjmowanie Ciała Pańskiego w kościołach (…) powołuję w Archidiecezji Poznańskiej nadzwyczajnych szafarzy Komunii świętej…” — ogłosił w Wielki Czwartek 1 kwietnia ubiegłego roku metropolita poznański ks. abp Juliusz Paetz.

Dla jednych było to oczywistym i naturalnym krokiem, innym nie mieściło się w głowie. Zwolennicy wytaczali swoje argumenty, przeciwnicy swoje. Pewne było jedno: potrzeba czasu, by ludzie to zaakceptowali.

Żeby nie byli nawiedzeni

Ksiądz Marcin Węcławski, proboszcz kościoła pw. Królowej Maryi na Rynku Wildeckim w Poznaniu, od dawna myślał o tym, by w jego parafii Komunię rozdzielali nadzwyczajni szafarze. Kiedy więc arcybiskup Juliusz Paetz ogłosił dekret w tej sprawie, ks. Marcin bardzo się ucieszył. Parafia jest duża — liczy 14,5 tys. mieszkańców. W niedzielę w kościele odprawianych jest dziewięć Mszy św. Do posługi duszpasterskiej posłanych jest zaledwie sześciu księży, z tego trzej to tzw. rezydenci. Mieszkają na terenie parafii, mają jednak inne obowiązki i nie w każdą niedzielę mogą w tym kościele odprawiać Mszę św. W praktyce zdarza się, że zostaje tylko ksiądz proboszcz i dwóch wikarych. Obecność nadzwyczajnych szafarzy w tej parafii wydawała się czymś koniecznym.

Kogo wybrać? — Zależało mi na tym, by poszerzyć krąg osób zaangażowanych w życie parafialne — tłumaczy ks. Marcin. — Wiedziałem jedno: to muszą być ludzie trzeźwo myślący, nie „nawiedzeni”.

Zdecydował się na siedmiu, wśród nich są: lekarz, oficer policji, bibliotekarz, ekonomista, student elektronik — w jego przypadku potrzebna była dyspensa od granicy wieku, jaka określona została w dekrecie.

Wybór przyszłych szafarzy to jednak nie wszystko. Znacznie chyba ważniejsze, a z pewnością trudniejsze, było przygotowanie na to parafian. Wielu przeczuwało, że to, co nowe, w Polsce dotąd mało znane, może wzbudzić pewien opór, niezadowolenie, ba — nawet zgorszenie. Z tym liczyć się musieli nie tylko księża, ale też wybrani.

Ksiądz Marcin zdecydował, że o posłudze nadzwyczajnych szafarzy Komunii świętej powie swoim parafianom podczas niedzielnego kazania, dwa tygodnie przed ich „debiutem”. Mówił o tym, że to Duch Święty prowadzi Kościół. Wspominał czasy Soboru Watykańskiego II, zmiany w liturgii, kiedy to szokiem była dla niektórych Msza św. odprawiana przez kapłana twarzą do wiernych, w języku polskim, a nie po łacinie. — Niektórzy bardzo się wówczas gorszyli. Trzeba było jednak trochę czasu, by się do tego przyzwyczaić, zaakceptować. Dziś, po 30 latach, widzimy tego owoce. Teraz z woli księdza arcybiskupa w naszej diecezji posługiwać będą nadzwyczajni szafarze Eucharystii. Po co? By pomóc w rozdzielaniu Komunii świętej, by zanosić Najświętszy Sakrament do chorych — mówił z ambony.

Dojrzali w wierze

Nadzwyczajnymi szafarzami, zgodnie z dekretem, mogą być mężczyźni między 35. a 65. rokiem życia. Muszą się wyróżniać „dojrzałością w wierze, zdrową pobożnością eucharystyczną, intensywnym życiem sakramentalnym oraz odznaczać się wzorowym życiem moralnym, solidnością w życiu małżeńskim, rodzinnym, zawodowym i sąsiedzkim”.

Każda parafia mogła zgłosić tylu kandydatów, ilu uważała za konieczne. Spośród ok. 400 parafii archidiecezji poznańskiej swoich kandydatów zgłosiło blisko 100.

Przyszły szafarz musiał ukończyć specjalny, dwumiesięczny kurs przygotowawczy. Zajęcia rozpoczęły się pod koniec września. Zgłosiło się prawie 300 osób. Program przewidywał wykłady z zakresu teologii liturgii, teologii Eucharystii, duszpasterstwa chorych. Rozmawiano o roli laikatu w życiu parafii i o tym, na czym polega posługa nadzwyczajnych szafarzy Eucharystii. Były też zajęcia praktyczne: nauka rozdzielania Komunii świętej. Ćwiczyli na zwykłych, niekonsekrowanych komunikantach.

Nie wszyscy wytrwali do końca. Niektórzy nie znaleźli czasu, by uczestniczyć we wszystkich spotkaniach. Inni poczuli, że sobie nie poradzą, że ta funkcja przerasta ich siły. Ostatecznie w niedzielę 28 listopada 1999 roku w poznańskiej katedrze 260 mężczyzn zostało nadzwyczajnymi szafarzami.

Każdy z nich otrzymał specjalną legitymację. Na rok. Jeśli sprostają zadaniu i jeśli sami będą tego chcieli, mogą dalej pełnić tę szczególną misję w Kościele.

„Nowa posługa nadzwyczajnych szafarzy Komunii św. nie jest czymś całkowicie nowym. Zostaje ona jedynie na nowo przywrócona, gdyż przez kilka pierwszych stuleci chrześcijaństwa było czymś normalnym i powszechnym, że ludzie świeccy pomagali w rozdzielaniu Komunii św. i w zanoszeniu jej chorym — pisał w liście skierowanym do diecezjan abp Paetz.Wielu z pewnością znany jest przykład św. Tarsycjusza, młodzieńca, który w III wieku zginął śmiercią męczeńską za to, że nie chciał pokazać napotkanym pogańskim rówieśnikom Najświętszego Sakramentu, który niósł chorym i więźniom”. Nie wszystkich te słowa przekonały.

Nie jestem bardziej święty

Maciej Grela, 46 lat. Żonaty, dwoje dzieci. Z zawodu lekarz. Niewysoki, raczej drobny mężczyzna. Miły, przyjazny uśmiech. Propozycję księdza proboszcza, by został nadzwyczajnym szafarzem, przyjął z pewnym zaskoczeniem, ale — jak mówi — z radością. Posługa osób świeckich w Kościele wydawała mu się czymś normalnym, znał to z kościołów na zachodzie Europy. Porozmawiał z żoną — miała pewne wątpliwości: Czy ta nadzwyczajna posługa nie zakłóci ich życia domowego, niedzielnego? Poradził się jeszcze zaprzyjaźnionego księdza. — On ostatecznie rozwiał moją niepewność. Zdecydowałem się.

Nie obawiał się ludzkiego gadania, tego, co pomyślą sąsiedzi i znajomi. Jest lekarzem, spotyka się z chorymi. Teraz będzie mógł im służyć jeszcze w ten szczególny sposób. — Zresztą to nie ma znaczenia, czy jest się lekarzem, policjantem czy sklepikarzem. Sacrum i tak przenika wszystko — mówi pan Maciej.

Kiedy pierwszy raz podawał wiernym w kościele Najświętszy Sakrament, był bardzo przejęty. — To jest naprawdę szczególne, trudne do opisania przeżycie — tłumaczy. — Coś na pewno zmienia się w naszym życiu. Ale nie stałem się przez to bardziej święty — mówi z uśmiechem.

Z wiarą i miłością

Ksiądz Dominik Kużaj, proboszcz parafii pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Kobylempolu, zgłosił trzech kandydatów.

— Wybrałem tych, których dobrze znałem, którzy zaangażowani są w życie parafialne. Wiedziałem, że często przystępują do Komunii świętej, że korzystają z sakramentów, że ich rodziny prowadzą życie sakramentalne — tłumaczy swój wybór.

Na pierwszą rozmowę poprosił oboje małżonków. — Chciałem, by żony były przy tej rozmowie, by ewentualna zgoda była ich wspólną decyzją — mówi ks. Dominik.

Nie oczekiwał od razu odpowiedzi. Wiedział, że to coś nowego, że mogą w związku z tym rodzić się jakieś obawy. — Powiedziałem, że uszanuję każdą ich decyzję, bez względu na to, jaka będzie.

Po kilku tygodniach spotkali się jeszcze raz. Jeden z pięciu panów, którym złożył taką propozycję, zrezygnował. — Tłumaczył mi, że nie czuje się na siłach, by tak publicznie „występować”. Drugi wycofał się podczas kursu.

Parafian przygotowywał etapami. Pierwszy raz wspomniał o tym podczas Mszy św. rezurekcyjnej. — Powiedziałem, że w Wielki Czwartek ksiądz arcybiskup ogłosił dekret o ustanowieniu nadzwyczajnych szafarzy i że nasza parafia skorzysta z tej możliwości. Tylko tyle.

Do tematu wrócił kilka miesięcy później, gdy zbliżał się czas uroczystej Mszy św. w katedrze, podczas której ksiądz arcybiskup miał wyznaczyć szafarzy. Wtedy odczytał dekret ks. arcybiskupa i powiedział, którzy z parafian przygotowują się do tego.

Ksiądz Dominik jest sam, nie ma do pomocy żadnego wikarego. Parafia liczy 2300 mieszkańców, w niedzielę w kościele odprawiane są trzy Msze św. Podczas rezurekcji czy pasterki Komunia św. trwa czasami pół godziny.

W 4. niedzielę adwentu podczas każdej Mszy św. osobiście przedstawiał szafarzy swoim parafianom. Było też kazanie. — Powiedziałem, że ci szafarze są przedłużeniem moich rąk i że proszę wiernych, by przyjęli ich z wiarą i miłością — wspomina ks. Dominik.

Przywołał też czasy ostatniej wojny, mówił o świeckich ludziach, którzy w ukryciu przenosili Najświętszy Sakrament do obozów i więzień.

Gdy przyszedł czas rozdzielania Eucharystii, sam jak zwykle poszedł do kaplicy, gdzie siedzą osoby chore i rodziny z małymi dziećmi. Przedtem jednak udzielił Komunii szafarzowi i podał mu kielich z komunikantami. Ten stanął na stopniach przed ołtarzem, a ludzie zaczęli do niego podchodzić. — Obserwowałem, jak zachowują się moi parafianie. Nie zauważyłem, by ktoś ich omijał i czekał specjalnie na księdza — mówi ks. Dominik.

Muszę być lepszy

Kiedy pan Krzysztof Bandosz dowiedział się, że ma zostać nadzwyczajnym szafarzem, był mocno zaskoczony. Wiedział o dekrecie, przez myśl jednak mu nie przeszło, że to właśnie jemu ksiądz proboszcz złoży taką propozycję. — Nie od razu dałem odpowiedź, musiałem sobie to dobrze przemyśleć. Bo przecież to trudna decyzja — mówi pan Krzysztof.

Ma 45 lat, jest dyrektorem firmy instalacyjnej. Żona, troje dzieci. Kuba i Wojtek są ministrantami. Udziela się w parafii. Jest nawet prezesem koła Stowarzyszenia Rodzin Katolickich. — W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że nie jestem godny, by podawać ludziom Pana Jezusa, żona zresztą też mi odradzała — przypomina sobie. A jednak się zdecydował. — Podejmując taką decyzję, zobowiązałem się: muszę być coraz lepszy.

Od tamtej chwili coś zmieniło się w jego życiu. — Idę sobie czasami ulicą, a tu ktoś mi się kłania. Nie znam twarzy, ale ludzie mnie rozpoznają.

W parafii jest ich trzech. Sami się umawiają, kto o której godzinie będzie na Mszy. — Z biegiem czasu ich obecność w naszych kościołach będzie czymś normalnym. Ludzie przyzwyczają się do tego — mówi ks. Dominik. Sam ma teraz poczucie komfortu. — Mogę spokojnie odprawiać Mszę świętą, bez pośpiechu, bez nerwów.

Wielki dar Kościoła

Nie wszystkie parafie zgłosiły swoich kandydatów na szafarzy. — Z pewnością nie wszędzie istnieje taka konieczność — mówi ks. Eugeniusz Antkowiak, proboszcz parafii pw. św. Rocha w Poznaniu, koordynator kursów dla szafarzy. — Choć w niektórych przypadkach wiąże się to z niechęcią samych księży, by osoby świeckie rozdzielały Komunię — tłumaczy.

W jego parafii, która liczy 10 tys. mieszkańców, jest obecnie trzech szafarzy. Pomagają komunikować podczas jednej z niedzielnych Mszy świętych, będą też chodzić do chorych. — Takie jest przecież założenie. To są nadzwyczajni szafarze, a więc mają pomagać w szczególnych sytuacjach, gdy księża sami nie dają rady.

Podczas kolędy, gdy spotykał się z parafianami, docierały do niego różne opinie na ten temat. — Myślę, że przyjęto to łagodniej, niż się spodziewałem — ocenia.

— Dla mnie obecność nadzwyczajnych szafarzy w polskim Kościele to konsekwencja dobrze przemyślanej nauki Soboru Watykańskiego II o powszechnym kapłaństwie ludu Bożego — mówi jeden ze starszych kapłanów. — Dzięki temu wytwarza się nowa więź między klerem a świeckimi. W moim odczuciu jest to nawet dowartościowanie laikatu — tłumaczy.

Podobnie myśli ks. prof. Michał Tschuschke, liturgista. — Wprowadzenie posługi nadzwyczajnych szafarzy to wielki dar Kościoła. Daje to szansę dotarcia z Eucharystią do chorych — tłumaczy. — Szafarze mogą ich odwiedzać w każdą niedzielę, a nawet codziennie. Żaden z księży na taki luksus nie może sobie pozwolić.

Ksiądz Andrzej jest innego zdania. — Najpierw zdecydujemy się na świeckich szafarzy, potem na przyjmowanie Komunii świętej na rękę. Wreszcie stwierdzimy, że niepotrzebna nam jest spowiedź, że możemy Pana Boga sami przeprosić za nasze grzechy, bez pomocy księdza. Do czego dojdziemy? Czy nie poczujemy w końcu jakiejś pustki, czy nie zabraknie nam sacrum? Czy nie zaczniemy w końcu domagać się kapłaństwa kobiet? — zastanawia się.

Nie przekonują go tłumaczenia, że obecność świeckich szafarzy Komunii świętej w Kościele to tylko powrót do źródeł, do pierwszych wieków chrześcijaństwa.

Przeciwny obecności nadzwyczajnych szafarzy jest też jeden z uczestników Mszy św. trydenckiej. — Nie widzę powodów ani historycznych, ani społecznych ku temu, by Ciało Chrystusa rozdzielali nadzwyczajni szafarze. Nie można wracać do wszystkiego, co było, a co przez Kościół zostało odrzucone — tłumaczy. Sam zastrzega, że nie będzie przyjmował Komunii z rąk osób świeckich. — Moim zdaniem, obecność świeckich szafarzy doprowadzi tylko do tego, że ludzie jeszcze mniejszym szacunkiem będą darzyć Najświętszy Sakrament.

Pani Emilia Grzesiek jest za to szczęśliwa. Ma 88 lat. Jest mocno schorowana, od dłuższego już czasu nie wychodzi z domu. W niedzielę słucha Mszy św. w radiu. Do tej pory Eucharystię mogła przyjmować tylko w każdy pierwszy piątek miesiąca, kiedy odwiedzał ją kapłan. Od czasu, gdy w parafii pojawili się nadzwyczajni szafarze, do Komunii przystępuje w każdą niedzielę i święto.

— Dzięki temu mimo podeszłego wieku i cierpień, jakie Bóg na mnie zsyła, otrzymuję wielki dar Bożej radości i siły — mówi pani Emilia.

Dlaczego więc niektórym tak trudno zaakceptować obecność świeckich szafarzy? — W Polsce pominięto jeden etap: udzielania Komunii świętej na rękę — tłumaczy ks. profesor Tschuschke. Na Zachodzie przyzwyczajono się do tego, że osoba świecka dotyka Eucharystii, znacznie więc łatwiej było zaakceptować też obecność świeckich szafarzy.

— To kwestia czasu — mówią księża. I wierzą, że wierni przyzwyczają się do świeckich, nadzwyczajnych szafarzy. Tak jak przyzwyczaili się do liturgii w języku polskim i Mszy świętej odprawianej twarzą do wiernych.

Przedłużenie mojej ręki
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...