Przegrana walka o pamięć

Przegrana walka o pamięć

Szczodrze wymagane przebaczenie nie niweczy obiektywnych wymagań sprawiedliwości. Właściwie rozumiana sprawiedliwość stanowi poniekąd cel przebaczenia. W żadnym miejscu orędzia ewangelicznego ani przebaczenie, ani też miłosierdzie jako jego źródło nie oznacza pobłażliwości wobec zła, wobec zgorszenia, wobec krzywdy czy zniewagi wyrządzonej (DM 14).

Lustracja stanowi ważny element rozliczania i przezwyciężania komunistycznej przeszłości. Termin ten obejmuje procedurę sprawdzania przez upoważnione organy państwowe kandydatów na najwyższe stanowiska państwowe związaną z wymogami bezpieczeństwa państwa oraz ujawnianie osób, które świadomie i tajnie współpracowały z organami bezpieczeństwa państwa.

Ustawa lustracyjna jest obecnie obowiązującym prawem. Jestem jej współautorem, jak również ustawy dekomunizacyjnej, a także ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. To ja po raz pierwszy w maju 1991 roku w Sejmie X kadencji, tzw. kontraktowym, zaproponowałem bardzo jeszcze niedoskonałą i umiarkowaną ustawę lustracyjną. Projekt zakładał ujawnienie przez MSW tajnych współpracowników komunistycznych służb specjalnych na listach kandydatów do Sejmu i Senatu. Propozycja została odrzucona olbrzymią większością głosów wszystkich klubów parlamentarnych. Przeważyła opinia, że tego rodzaju ustawa zagraża wolności i demokracji w Polsce. Jednak już w lipcu 1991 roku Senat znacznie bardziej wówczas prawicowy niż kontraktowy Sejm przyjął na wniosek senatora Zbigniewa Romaszewskiego uchwałę prawie identyczną z moją propozycją, wzywającą ministra spraw wewnętrznych do „sprawdzenia” kandydatów na listach wyborczych. Przedstawiciele MSW, MON i UOP zgodnie stwierdzili, że realizacja tej uchwały jest niemożliwa „z uwagi na przeszkody prawne”. Sprawa wróciła w dramatycznych okolicznościach rok później.

Przebaczyć nie znaczy zapomnieć

Lustracja, podobnie jak inne działania dekomunizacyjne, była atakowana jako odwracająca uwagę opinii publicznej od problemów gospodarczych i społecznych, ważniejszych niż rozdrapywanie przeszłości. Zwolennicy takiej wizji III Rzeczypospolitej powoływali się na sondaże, chociaż niektóre z nich uparcie wskazywały, że znaczna część społeczeństwa uważa, iż osoby współpracujące ze służbami specjalnymi w Polsce Ludowej, donosiciele, konfidenci i agenci tych służb nie powinni pełnić wysokich urzędów i godności w niepodległej demokratycznej Polsce. Główny atak był jednak formułowany z pozycji chrześcijańskiego miłosierdzia i wybaczenia przeciwstawianego zajadłej nienawiści i żądzy odwetu — wyrazów tępoty i prymitywnego patrzenia na wszystko w kategoriach czarno–białych, bez umiejętności zrozumienia złożoności ludzkich wyborów. Nie jest moją intencją wyśmiewanie tamtych argumentów, nie uważam również, że były one formułowane wyłącznie w złej wierze.

Można w tym przypadku mówić jedynie o nadużywaniu motywacji religijnej do celów politycznych. Czyniły tak zresztą (i czynią) obie strony sporu. Nie ulega wątpliwości, że religia chrześcijańska, której istotnym przesłaniem jest przykazanie miłości bliźniego aż do miłości nieprzyjaciół, nakazuje przebaczyć każdą zbrodnię. Trudno jednak z tego wyciągnąć wniosek o rezygnacji z wymiaru sprawiedliwości lub obrony społeczeństwa przed działaniami destrukcyjnymi, szkodliwymi, niemoralnymi. W tych też kategoriach należy rozpatrywać bardzo przecież umiarkowany postulat, aby ludzie, którzy już raz się tak bardzo pomylili, że służyli złu, na pewien czas powstrzymali się od pełnienia niektórych stanowisk.

W encyklice Jana Pawła II Dives in misericordia uzasadniającej konieczność całkowitego zaufania Bogu będącemu źródłem miłosierdzia i wybaczenia znajduje się następujące stwierdzenie:

Doświadczenie przeszłości i współczesności wskazuje na to, że sprawiedliwość sama nie wystarcza, że — co więcej — może doprowadzić do zaprzeczenia siebie samej, jeśli nie dopuści się do kształtowania życia ludzkiego w różnych jego wymiarach owej głębszej mocy, którą jest miłość (DM 12).

Miłość nie oznacza jednak zapomnienia i rezygnacji z oceny działań, zwłaszcza polityków i innych osób pełniących funkcje publiczne, a tak niektórzy przeciwnicy lustarcji interpretowali przykazanie miłości, twierdząc, że jej zaprzeczniem jest grzebanie w teczkach i życiorysach oraz interesowanie się przeszłością. W przywoływanej już encyklice znajduje się następujący fragment:

Szczodrze wymagane przebaczenie nie niweczy obiektywnych wymagań sprawiedliwości. Właściwie rozumiana sprawiedliwość stanowi poniekąd cel przebaczenia. W żadnym miejscu orędzia ewangelicznego ani przebaczenie, ani też miłosierdzie jako jego źródło nie oznacza pobłażliwości wobec zła, wobec zgorszenia, wobec krzywdy czy zniewagi wyrządzonej (DM 14).

Pozostaje jak zwykle problem interpretacji. Niektórzy zwolennicy lustracji, walcząc z jednym złem, również wyrządzili wiele zła, nie brali bowiem pod uwagę tego, że rozliczanie przeszłości wymaga dobrej woli oraz szacunku dla drugiej osoby.przeciwnym wypadku będziemy mieli do czynienia z nadużywaniem pięknych idei do o wiele mniej pięknych celów. Rolą ludzi uprawiających politykę jest zadbanie o „wymagania sprawiedliwości”. Wielu polityków prawicy miało przy podejmowaniu problematyki lustracji świadomość delikatności kwestii związanych z tym obszarem ludzkich wyborów, dlatego ostatecznie przyjęto bardzo ograniczoną wersję ustawy, konieczność materialnych dowodów współpracy, a nie tylko deklaracji jej podjęcia, i warunek rzeczywistej szkodliwości samej działalności. Nie można jednak zaakceptować prezentowanego przez niektórych przeciwników lustracji punktu widzenia, że konfidentów i donosicieli faktycznie nie było, bo wszyscy działali albo w dobrej wierze, albo pod przymusem, albo nikomu nie zaszkodzili.

Minimum, którego nie zrobiono

Najbardziej chyba radykalnym przeciwnikiem nie tylko samej lustracji, lecz także jakichkolwiek rozliczeń z okresem komunizmu, był Aleksander Małachowski, który za główne zagrożenie III RP uważał prawicę „ciemną, obskurancką, ksenofobiczną”, praktykującą „biały bolszewizm” i gotową do budowania „obozów koncentracyjnych”. Wielkim zagrożeniem był dla przeciwników rozliczenia przeszłości także Kościół katolicki, który ich zdaniem dążył do wprowadzenia w Polsce państwa wyznaniowego i dokonywał „chomeinizacji” naszego kraju. W końcu Małachowski doszedł do tego, że przepowiadał swoją śmierć z rąk „prawicowych siepaczy”. Jak widać, przepowiednia się nie spełniła. Postawę Małachowskiego tak skomentował wielki pisarz i więzień sowieckich łagrów Gustaw Herling–Grudziński:

Zapytałem wicemarszałka Sejmu Aleksandra Małachowskiego, dlaczego w polskim Sejmie nie uchwalono dokumentu, który byłby jednoznaczną moralnie, politycznie, historycznie i prawnie oceną systemu komunistycznego. Tak jak to zrobili Czesi. I na to Małachowski powiedział, moim zdaniem zupełnie niepoczytalnie, że jeżeli tego nie zrobiono, jeżeli nie podjęto takiej uchwały jak w Czechach, to znaczy, że nie można było tego zrobić. Co to jest za odpowiedź? To jest zupełny nonsens. To było to minimum, które Czesi zrobili i które każdy mógł zrobić (Gry małych graczy, z Gustawem Herlingiem–Grudzińskim rozmawia Włodzimierz Bolecki, „Rzeczypospolita”, 13 sierpnia 1994 roku).

Przeciwnicy lustracji dobrze wiedzieli, że ich sprzymierzeńcem jest czas, dlatego zwłaszcza w początkowym okresie III RP podkreślali, że na lustrację w obliczu innych ważniejszych spraw jest za wcześnie, że na ten luksus będziemy mogli sobie pozwolić po rozwiązaniu ekonomicznych problemów. Po kilku latach ci sami ludzie będą mówili, że na lustrację jest już za późno, bo należało ją przeprowadzić zaraz po wyborach 4 czerwca 1989 roku.

O grubej kresce

Decydującym czynnikiem była tu polityka umownie nazywana „grubą kreską”. Jest to problem wszystkich krajów, w których przejście od dyktatury do demokracji dokonało się w sposób pokojowy. Porównania do obalenia nazizmu i denazyfikacji w Niemczech po II wojnie światowej są tylko częściowo trafne, albowiem komunizm chociaż jest odpowiedzialny za zbrodnie większe niż te popełnione przez nazistów, to jednak dotyczą one, zwłaszcza w Polsce, głównie lat 1944–1956, a więc co najmniej poprzedniego pokolenia. W dodatku naziści bronili swojej władzy w bezmyślny i zbrodniczy sposób do samego końca, komuniści zaś oddali władzę w wyniku negocjacji, a sam system chory na uwiąd starczy nie dopuszczał się w ostatnich dekadach żadnych okrucieństw, lecz co najwyżej biurokratycznej nieudolności. Historia komunizmu, zwłaszcza w okresie nazywanym stalinizmem, to historia zbrodni popełnianych w makabrycznych warunkach obozów koncentracyjnych i więzień. Tego nikt uczciwy nie może zanegować. Nie jest to jednak cała historia. Jak pisze filozof i znawca komunizmu, którego sam był kiedyś zwolennikiem, Leszek Kołakowski:

Podstawą przyszłych sukcesów sowietyzmu była zdolność do szybkiego absorbowania i przyswajania sobie ważnych spraw społecznych i przekuwania ich w swoje narzędzia. Można to wyrazić jeszcze inaczej: od początku komunizm, zarówno ideologicznie, jak i taktycznie, był pasożytem; pasożytował skutecznie na wszystkich sprawach społecznych, które nie tylko były istotne i ważne, ale również godziwe i zgodne z intencjami dużej części inteligencji wykarmionej na ideałach oświecenia i humanizmu (L. Kołakowski, Moje słuszne poglądy na wszystko, Kraków 1999).

Tadeusz Mazowiecki mówił o „grubej linii”, co miało oznaczać wzięcie odpowiedzialności za Polskę przez obóz dotychczasowej opozycji, w praktyce jednak była to polityka unikająca rozliczeń z komunizmem. Prowadziły ją również następne rządy, nawet te, które chciały uchodzić za modelowo antykomunistyczne, a także prezydent Lech Wałęsa. Spór o stosunek do komunistycznej przeszłości, jak również do sposobów jej przezwyciężania, a w gruncie rzeczy spór o stosunek sił wywodzących się z opozycji demokratycznej i „Solidarności” do formacji postkomunistycznej, stopniowo stającej się najsilniejszą partią w III RP, prowadził do podziałów i sporów na prawicy. Działały one na korzyść SLD tak dalece, że przeprowadzenie jakiejkolwiek rzeczywistej dekomunizacji było coraz mniej prawdopodobne. Prawica zajmowała się wzajemnym zwalczaniem, a antykomunizm nabierał charakteru rytualnych i pokazowych gestów. Szczególnie dobrze było to widoczne przy obalaniu przez pragnących uchodzić za prawicowych polityków rządu Hanny Suchockiej i w ostatnim roku istnienia AWS, gdy politycy w imię egoistycznych celów niszczyli to ugrupowanie, pracując na rzecz zwycięstwa SLD. Z drugiej strony siła argumentu, że ludzie skompromitowani współpracą ze służbami specjalnymi despotycznego reżimu będącego w dodatku na usługach obcego państwa nie powinni pełnić przynajmniej niektórych wysokich funkcji w niepodległym i demokratycznym państwie, była niepodważalna. Działała ona na korzyść lustracji i w końcu nawet postkomuniści uznali, że lepiej zaakceptować łagodną wersję ustawy lustracyjnej, niż odrzucić ją w całości.

Nobilitacja agentów

Wychodząc z tego założenia, postkomuniści przyjęli w 1997 roku ustawę lustracyjną, aby następnie uniemożliwić jej wejście w życie poprzez bojkotowanie i blokowanie utworzenia sądu lustracyjnego. Dopiero dojście do władzy rządu Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności umożliwiło uruchomienie procesów lustracyjnych. Przyjęto jednak moralnie dwuznaczne założenie — karano wykluczeniem z udziału w życiu publicznym i zakazem pełnienia niektórych stanowisk nie za bycie agentem, lecz za zatajenie tego przed opinią publiczną. Dochodziło do absurdalnych sytuacji, w których karani i piętnowani byli konfidenci, często zmuszani szantażem lub różnymi naciskami do współpracy z SB, a nie etatowi pracownicy samej SB. Całkowita bezkarność wysokich funkcjonariuszy komunistycznego reżimu, z których liczni pełnili najwyższe funkcje w państwie, budziła sprzeciw wielu środowisk. W dodatku niektórzy politycy SLD, przyznając się do współpracy ze służbami specjalnymi PRL, nie tylko nie tracili poparcia wyborców, ale zyskiwali nowych, gdyż w tym środowisku i dla tego elektoratu służba komunizmowi, Polsce Ludowej i zwalczanie prawicy, „Solidarności” oraz Kościoła były powodem do dumy, przysparzały poparcia.

Tymczasem społeczne zainteresowanie działaniami lustracyjnymi i dekomunizacyjnymi bardzo zmalało. Czas, a także konsekwentna działalność propagandowa przeciwników lustracji, niekończące się spory, zarzuty, często nieczytelne i społecznie niezrozumiałe oskarżenia, prowadziły do zniechęcenia znacznej części opinii publicznej procesem rozliczeniowym. Utożsamiano go z walką o władzę i podziałami prawicy. I tak z natury rzeczy ujawnienie polityka prawicy powiązanego ze służbami specjalnymi PRL było kompromitacją znacznie poważniejszą niż takie samo powiązanie działacza SLD, członka PZPR, partii, która sprawowała władzę, posługując się służbami specjalnymi i gwarancjami obcego państwa. Sytuacji nie poprawiało powstawanie kolejnych ugrupowań głoszących, że tylko one gwarantują przeprowadzenie lustracji, i oskarżających wszystkich pozostałych. Większość społeczeństwa uznawała argument o nieważności sporów i podziałów politycznych wobec trudności ekonomicznych, które należy pokonywać wspólnie, nie zwracając uwagi na życiorysy i przeszłość. Jak zwykle demagogiczny argument o przewadze przyszłości nad przeszłością i o nadmiernym kombatanctwie był trudny do odrzucenia. W dodatku zwolennicy lustracji niedysponujący wpływami w środkach przekazu, a często niepotrafiący jasno wyłożyć i uzasadnić swoich poglądów, przegrywali polemiki z rzecznikami przebaczenia, pojednania i nierozgrzebywania przeszłości. Spór ten, wmontowany w dyskusję o rzeczywistości politycznej III RP i prowadzony na tle często dokonywanych porównań sytuacji w naszym kraju po 1989 roku do sytuacji po roku 1918, tak podsumował cytowany już Gustaw Herling–Grudziński:

Widzę jedną wielką różnicę. Zrobiliśmy wówczas też wielki skok i to po tak długim, strasznym okresie rozbiorów, ale było zupełnie inne nastawienie społeczeństwa wtedy. Niesłychana ofiarność. Ludzie byli szczęśliwi, że mogą coś zrobić dla Polski. Tego dzisiaj absolutnie nie ma… Zło jest dzisiaj niesłychanie rozgałęzione. Jak się czyta codzienne gazety — co stało się męką — to prawie niewiarygodne, co się wyprawia na świecie (Widzenia nad Zatoką Neapolitańską — rozmowa z Gustawem Herlingiem–Grudzińskim, „Arcana”, nr 30, 6/1999).

Fatalna lista

Jednak najbardziej samej lustracji zaszkodziły działania niektórych jej sztandarowych zwolenników, a zwłaszcza Antoniego Macierewicza, wykonawcy słynnej uchwały lustracyjnej z maja 1992 roku. Macierewicz jako minister spraw wewnętrznych był zobowiązany wykonać uchwałę Sejmu i w krótkim terminie podać listę tajnych współpracowników komunistycznych służb specjalnych. Wymienił natomiast listę 64 osób, nazywaną do dziś „listą Macierewicza”, w tym bardzo wybitnych i zasłużonych polityków prawicy, których określił jako „figurujących w zasobach archiwalnych MSW jako tajni współpracownicy”. Postulował jednocześnie powołanie specjalnej komisji, która miałaby odpowiedzieć na pytanie, czy osoby z powyższej listy były rzeczywiście tajnymi współpracownikami. W dodatku pytany przed głosowaniem sejmowym nad podjęciem w tak szybkim trybie tak ważnej w skutkach decyzji, czy będzie w stanie podać niebudzącą wątpliwości listę agentów, odpowiedział, że taką listą już dysponuje i na mocy decyzji Sejmu może ją ujawnić.

Opinia publiczna nie była w stanie zrozumieć tych subtelności. Dla przytłaczającej większości społeczeństwa ludzie umieszczeni na wyżej wymienionej liście byli agentami i nikt nie czekał na wyniki prac komisji, która zresztą do dziś nie powstała. Z całkowitą pogardą dla krzywdy ludzi, którzy nagle zobaczyli swoje nazwiska na liście uznanej powszechnie za „listę konfidentów”, Macierewicz twierdził, że udostępnił spis jedynie przewodniczącym klubów parlamentarnych z klauzulą tajności. W rzeczywistości mniej więcej pół godziny po przyniesieniu go do Sejmu pojawiły się pierwsze przecieki w środkach przekazu. Co gorsza, sam Macierewicz na początku mówił o ludziach z listy jako potencjalnie niewinnych, później coraz częściej twierdził, że wszyscy są agentami. Doprowadziło to do wielu procesów sądowych, sporów, wzajemnych oskarżeń i dalszych podziałów na prawicy, upadku rządu Jana Olszewskiego i w końcu dojścia do władzy postkomunistów. Przede wszystkim jednak przyczyniło się do trwałej kompromitacji samej idei lustracji i jej zwolenników. Z czasem prawie wszystkie osoby z listy zostały oczyszczone z zarzutów przez sąd lustracyjny, co przekreśliło wiarygodność i uczciwość Antoniego Macierewicza.

Jedynym chyba pozytywnym efektem tej akcji było zrozumienie, że uchwalenie jakiejkolwiek ustawy lustracyjnej zapobiegnie tzw. dzikiej lustracji, czyli oskarżaniu i szkalowaniu niewinnych ludzi. Niestety, nieraz jeszcze różni, z reguły marginalni politycy, formułowali pod adresem swoich przeciwników oskarżenia o współpracę z tajnymi służbami PRL. Prowadziło to do dalszej kompromitacji idei lustracji, zniechęcenia i niewiary w możliwość nie tylko pełnego, lecz jakiegokolwiek rozliczenia komunistycznej przeszłości. To najpewniej też miał na myśli Prymas Polski kardynał Józef Glemp, gdy mówił 3 maja 1998 roku na Jasnej Górze:

Widzimy, jak tak zwana lustracja załamuje się. Oskarżeni skarżą oskarżonych lub Bogu ducha winnych ludzi. A wszystko po to, aby odwlec rozliczenie za popełnione błędy lub zło do czasu spokojnej śmierci.

Jednym z warunków takiego rozliczenia jest uznanie uchwalanego w warunkach demokratycznych prawa za obowiązujące wszystkich i tym samym uznanie wyroków sądu lustracyjnego za ważne.

Definicje dekomunizacji

Część przeciwników ustaw lustracyjnych, a w jeszcze większym stopniu dekomunizacyjnych, zaczęła posługiwać się argumentem, że prawdziwe przezwyciężenie komunistycznego dziedzictwa polega nie na odsunięciu niektórych ludzi od pewnych stanowisk w państwie, lecz na wykorzenieniu negatywnych następstw komunizmu. Oznaczało to, że reformy ekonomiczne, społeczne, wprowadzenie systemu demokratycznego i jego umacnianie jest najlepszą i najtrwalszą dekomunizacją. W tej optyce sama lustracja była nieistotnym dodatkiem do reformowania państwa. Oznaczało to rezygnację z rozliczania komunizmu, było na rękę postkomunistom i zostało przez nich z radością zaakceptowane jako przykład odpowiedzialnego myślenia o państwie. Nie neguję dobrej woli autorów takich pomysłów na dekomunizację, prowadziły one jednak do absurdów — wszystko, z wyjątkiem uprawiania wprost komunistycznej propagandy, było dekomunizacją, a najlepszymi dekomunizatorami byli postkomuniści, gdyż rozwiązali PZPR i zgodzili się na wyeliminowanie z naszego życia przemocy jako metody rozwiązywania sporów. Oznaczało to rezygnację z rozliczeń, może z wyjątkiem ukarania ludzi dopuszczających się zbrodni więzienia, torturowania i mordowania innych. Z uwagi na upływ czasu, powolność i nieudolność wymiaru sprawiedliwości, ukaranie winnych stawało się fikcją.

Można chyba zaryzykować twierdzenie, że jedynym skazanym w III RP zbrodniarzem komunistycznym był Adam Humer urodzony w 1917 roku, który miał pecha żyć wystarczająco długo, aby doczekać się procesu, wyroku i umrzeć podczas przerwy w odbywaniu kary.

Czego nie potrafiliśmy

Lista polskich niepowodzeń po 1989 roku jest zdumiewająco długa. Nie udało się pierwszym rządom III Rzeczpospolitej zabezpieczyć archiwów, społeczeństwo bezsilnie przypatrywało się ponuremu spektaklowi niszczenia akt, palenia dokumentów bezcennych nie tylko z punktu widzenia ukarania przestępców, ujawnienia agentów i konfidentów, lecz również dla historyków. Tym samym uniemożliwione zostało wyjaśnienie wielu zagadek i tajemnic z okresu ostatnich 50 lat historii Polski. Nie potrafiliśmy zrobić tego samego, co Czesi, którzy pewnego dnia przy pomocy wojska otoczyli budynki komunistycznych służb specjalnych, zabezpieczając wszystkie archiwa i dokumenty i raz na zawsze odsuwając od nich ludzi walczących przeciwko wolności i niepodległości własnego państwa.

Przegraliśmy wreszcie bitwę o pamięć i może dlatego dziś większość społeczeństwa uważa, że wprowadzenie stanu wojennego było uzasadnione, o narodowych bohaterach i historycznych rocznicach wie około 5% Polaków, mniej więcej też tylu potrafi wymienić prawidłową datę wybuchu któregokolwiek z narodowych powstań, podać prawidłową informację na temat Katynia, wojny 1920 roku lub odzyskania niepodległości po I wojnie światowej. Za to znaczna część społeczeństwa uważa, że Polska Ludowa była państwem, w którym żyło się dobrze, a za najlepszy okres w dziejach najnowszych uważa rządy Edwarda Gierka. Obserwując tego rodzaju nastroje, czasami trudno zrozumieć, dlaczego ciągle jeszcze nie pojawiają się głosy, aby skończyć z III RP i przywrócić PRL. W tej atmosferze dokonał się w 2001 roku powrót do władzy postkomunistów będący nieuchronną konsekwencją podziałów, wygórowanych ambicji wielu prawicowych liderów, od 14 lat tych samych, ignorancji, pychy i głupoty ludzi, którzy potrafili wprawdzie zniszczyć Akcję Wyborczą Solidarność, ale nie stworzyli niczego sensownego w jej miejsce.

Na tym tle należy widzieć problem lustracji, którego ostateczne chyba rozstrzygnięcie trudno zakwalifikować jednoznacznie jako porażkę lub sukces. Z pewnością osiągnięto mniej, niż pierwotnie oczekiwano. Dla zwolenników lustracji miał to być ważny element oczyszczenia życia publicznego z ludzi niegodnych. Ważny krok na rzecz budowania niepodległej Polski nie tylko jako państwa prawa, co także okazało się bardzo trudne, ale także państwa moralnego przełomu, respektującego chrześcijański system wartości i norm moralnych, w którym antykomunizm, szacunek dla patriotyzmu, narodowej tożsamości i niepodległościowej tradycji byłyby fundamentami podobnymi do zasad, na których opierała się II RP. Pozwoliło to, jak wiadomo, przetrwać okupację niemiecką, podejmować kilkakrotnie walkę przeciwko zniewoleniu komunistycznemu i ostatecznie odzyskać wolność w 1989 roku. Wydawało się, że odsunięcie od najwyższych urzędów i stanowisk w wolnej Polsce agentów i donosicieli, a więc ludzi szczególnie moralnie odrażających, jest postulatem bezdyskusyjnym, tak samo jak ukaranie przestępców, ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie nazizmu i komunizmu.

Trudno głosować nad moralnością

Można chyba zaryzykować twierdzenie, że obecny kształt ustawy lustracyjnej jest efektem kompromisu politycznego. Lustracja nie stała się żadnym przełomem. Mogła się nim stać słynna uchwała lustracyjna Sejmu z 1992 roku, ale obróciła się przeciwko lustracji, a jej wykonanie było karykaturą. Nadzieje na oczyszczenie życia publicznego z ludzi współodpowiedzialnych za lata Polski Ludowej nie tylko nie zostały spełnione, ale to oni znów rządzą Polską i właśnie dokonują czystek, wyrzucając z pracy ludzi opozycji demokratycznej. Z drugiej strony ten konflikt powoli odchodzi w przeszłość, staje się drugorzędny. Chociaż, co zrozumiałe, dla ludzi bezpośrednio nim dotkniętych jest nadal najważniejszy i decydujący. Jednak ich liczba maleje. Dla większości społeczeństwa spory sprzed prawie 20 lat nie mają już większego znaczenia. Można stwierdzić, że to przykre, przygnębiające i nawet niemoralne, ale tak jest.

Upływ czasu działa i pod tym względem nieuchronnie na korzyść postkomunistów, którzy oddając dobrowolnie władzę w 1989 roku, są dziś beneficjentami tego procesu, tak samo jak we wszystkich innych krajach Europy Środkowej. Mimo wszystko z pewnością to lepsze niż krwawy przewrót w stylu rumuńskim z wszystkimi tragicznymi konsekwencjami. Nikt nie potrafi udowodnić, że inny scenariusz byłby dla Polski lepszy. Postkomunistyczny SLD wygrywa kolejne wybory i jest największą siłą polityczną. Dysponując liczącym się poparciem społecznym, postkomuniści mają solidne podstawy, by uważać samą ideę zakazu kandydowania lub nawet pełnienia funkcji publicznych przez ludzi dawnego reżimu za anachronizm. W warunkach demokracji argument o poparciu wyborców jest mocny, bywał też wielokrotnie używany. Zwrócił na to uwagę między innymi wybitny lewicowy polityk i publicysta Karol Modzelewski w dyskusji nad uchwałą potępiającą komunizm:

Twierdzę tylko, że sposób myślenia, który doszedł do głosu w uchwale z 18 czerwca i jest coraz powszechniejszy w kołach rządzących, kryje w sobie tęsknotę do monopolu… zakaz kandydowania wymierzony jest nie tylko w kandydatów, ale i wyborców. Kwaśniewskiego wybrała przecież większość wyjątkowo licznie głosujących w 1995 r. Polaków. Wnosząc z sondaży, ma on dobre widoki na reelekcję. Pomysł dekomunizacyjny polega na tym, aby ustawowo zabronić narodowi niesłusznego głosowania (K. Modzelewski, Pół prawdy i pół moralności, „Gazeta Wyborcza”, nr 147, 25 czerwca 1998 roku).

Z drugiej strony żadne głosowanie nie może być miarą moralności. Jak wiadomo, także w najnowszej historii Europy w wyborach zwyciężali ludzie, którzy doprowadzali do katastrofy. Zasad moralnych nie można przegłosowywać, a demokracja nieoparta na moralności „przeradza się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm” — wielokrotnie mówił o tym Ojciec Święty, także w polskim parlamencie.

Ważne, że można się oczyścić

Żadnego przełomu opartego na hasłach rozliczenia przeszłości raczej już nie będzie. Być może w następnej dorastającej generacji obudzi się to samo pytanie, które młodzi Niemcy zadawali w latach sześćdziesiątych swoim rodzicom: „gdzie byliście i co robiliście w czasach III Rzeszy?”. Rodzice usiłowali się wykręcać, mówiąc: „o niczym nie wiedzieliśmy”. Obecnie nic tego nie zapowiada. Rozmiar historycznej ignorancji, braku pamięci, świadomości, brak zainteresowania problematyką nie tylko rozliczeniową, ale nawet moralną jest, niestety, bardzo powszechny także w młodym pokoleniu. To dodatkowo stanowi dogodną pożywkę dla różnego typu demagogów obiecujących łatwe rozwiązania, byle tylko dorwać się do władzy.

Lustracja stała się jednym z rutynowych działań wymiaru sprawiedliwości. Nie ma znaczenia politycznego i nie wpływa na jakość elit politycznych. Nie powiódł się zamiar ludzi widzących w niej ważny element rozliczenia przeszłości dla dobra przyszłości. Dzięki uruchomieniu procedur lustracyjnych bardzo wielu ludzi mogło się jednak oczyścić z oskarżeń i pomówień, zatrzymana została niekontrolowana fala bezkarności i nieodpowiedzialności pod tym względem. Już samo zaistnienie sytuacji, w której takie pomówienia były możliwe, uważam za kompromitację nie tylko bezpośrednio odpowiedzialnych, lecz także całej demokracji w III Rzeczypospolitej. Być może radość i satysfakcja ludzi, którzy decyzji sądu lustracyjnego zawdzięczają możliwość oczyszczenia dobrego imienia, pozostanie jedyną trwałą wartością walki o lustrację. Czy to dużo, czy mało, zależy oczywiście od subiektywnej oceny — moim zdaniem, na tyle dużo, że nie żałuję podjęcia tej sprawy w Sejmie.

Przegrana walka o pamięć
Stefan Niesiołowski

urodzony 4 lutego 1944 r. w Kałęczewie – polski polityk, profesor entomologii, nauczyciel akademicki, publicysta, senator RP, członek PO. Autor między innymi książek Wysoki brzeg (opowiadania więzienne), Niemi...