Przemienienie

Czas, który otrzymujemy od Boga, jest nam dany, byśmy każdego dnia byli coraz bardziej przezroczyści, bardziej prześwietleni Jego chwałą, by On mógł przez nas promieniować na innych.

II Sobór Watykański podkreśla powszechne powołanie do świętości:

Wszyscy wierni chrześcijanie jakiejkolwiek sytuacji życiowej oraz stanu powołani są przez Pana, każdy na właściwej sobie drodze, do świętości doskonałej, jak i sam Ojciec doskonały jest… Wszyscy więc chrześcijanie zachęcani są i zobowiązani do osiągnięcia świętości i doskonałości własnego stanu.

Jeszcze do niedawna, świadomie lub nieświadomie, przyjmowano, że świętość jest zastrzeżona dla elity, w pierwszym rzędzie dla kapłanów i osób zakonnych. Wynikało to częściowo z odseparowania duchowości od teologii, częściowo zaś z tego, że teologii zabrakło rozbudowanej antropologii i teologii stworzenia. Tymczasem być świętym znaczy być tym, kim mam być z racji stworzenia. Niebycie nim jest sprzeczne z naturą.

Być świętym znaczy być jednością, kimś stworzonym jako jedna całość. Jest to możliwe, gdy istnieje jedność i harmonia między różnymi płaszczyznami naszej istoty, kiedy życie wewnętrzne kwitnie i promieniuje na zewnątrz. Bycie w pełni człowiekiem nie polega tylko na uporządkowaniu zewnętrznych cech naszej osobowości, lecz przede wszystkim na odkryciu głębi własnej istoty, a następnie na przyzwoleniu, aby ona z nas wypływała i wypełniała nasze jestestwo.

W decydujący sposób dokonało się to w Jezusie na Górze Przemienienia. Ojciec i Duch żyjący w głębi Syna zaczęli promieniować na zewnątrz i rozświetlili całą Jego Osobę. Jezus nieustannie był przeniknięty życiem Bożym, ale podczas przemienienia zostało to objawione światu.

W naszym wnętrzu również nosimy Boski skarb i na tej samej górze mamy się nauczyć, w jaki sposób może on nas prześwietlić i przemienić. Jezus na Górze Przemienienia nie jest sam — wziął ze sobą Piotra, Jakuba i Jana. Pragnie, byśmy i my byli z Nim tam, gdzie On jest, abyśmy już teraz ujrzeli Jego i naszą chwałę. Taka była Jego ostatnia wielka modlitwa do Ojca (J 17,24). Nie ma innej chwały oprócz Jego chwały. Im bardziej, będąc zasłuchani w Niego i Jemu posłuszni, wpatrujemy się w Niego, gdy pozwalamy, aby Jego życie nas przenikało, tym bardziej On będzie jaśniał w nas.

Uświęcenie jest największym przemienieniem. „Albowiem tych, których przedtem poznał, tych też przeznaczył na to, by się stali na wzór obrazu Jego Syna, aby On był pierworodnym między wielu braćmi (…) a których usprawiedliwił — tych też obdarzył chwałą” (Rz 8,29–30). Przemienienie zaczyna się podczas chrztu, kiedy zasiewa się w nas jego ziarno. Jednak musi ono zakiełkować i wzrosnąć — my jesteśmy za to odpowiedzialni. Kiedy posłusznie pozwalamy prowadzić się Duchowi, coraz bardziej upodabniamy się do obrazu przemienionego Pana i stajemy się ludźmi przemienionymi. Przemienienie jest darem i zadaniem.

Zresztą przemiana nie dokona się w nas, kiedy będziemy się zamartwiać tym, czy już promieniejemy czy jeszcze nie. Będziemy przemienieni, w wierze rozważając Boską chwałę Jezusa, kiedy przez nią będziemy patrzeć na wszystko, ockniemy się z naszego zamknięcia się w sobie i zobaczymy, jak Jego chwała ogarnia nas ze wszystkich stron. „Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę” (Łk 9,32).

Chrześcijańska antropologia powinna sięgnąć aż do samych korzeni i pokazać, że struktura człowieka — od zmysłów i ich organów, poprzez umysł wraz z jego świadomością i podświadomością, aż po jego ducha — jest stworzona jako jedyne w swoim rodzaju otwarcie na Chrystusa, aby On w nim zyskał swój pełny rozwój i by Duch Święty prowadził go i przepełniał, podobnie jak On prowadzi i przepełnia Chrystusa. Dopiero wówczas wszystkie dary, talenty i możliwości ludzkie osiągają swój pełny rozwój i urzeczywistnienie. Jakiż paradoks! Urzeczywistniamy siebie, całkowicie wyrzekając się siebie i pozwalając Duchowi, aby On zajął całe miejsce. Kiedy Bóg będzie we mnie wszystkim, stanę się prawdziwym człowiekiem. Człowiek ze swej istoty jest capax Christi.

W 1996 roku w przemówieniu do grupy biskupów papież Jan Paweł II powiedział:

W świecie, w którym istnieje pokusa urządzenia się tak, jakby Bóg nie istniał, tylko objawienie pełnego miłości oblicza Chrystusa może być przyczynkiem do wiary, nadziei i miłości. Kościół musi nieustannie wnosić swój pedagogiczny wkład, jak kochająca matka, która swoim dzieciom chce dać cząstkę spuścizny chrześcijańskiej, aby każdy z osobna mógł rozwijać swoją osobowość i stać się w pełni człowiekiem. Miłość Chrystusa przynagla nas, aby otwierać umysły młodych na radość, która istnieje w poznaniu Słowa, które zbawia. Miłość Boża przynagla nas, aby w porę i nie w porę ukazywać im znaczenie człowieka i wielkość jego tajemniczej istoty i życia, które sam Chrystus w pełni objawia.

Cały ten czas, który otrzymujemy od Boga, jest nam dany, byśmy stali się ludźmi przemienionymi — każdego dnia coraz bardziej przezroczyści, bardziej prześwietleni Jego chwałą, by On mógł przez nas promieniować na innych.

Jeżeli wytrwale będziemy wpatrywać się w przemienionego Pana, otworzymy się na Jego chwałę i będziemy opalać się w Jego świetle, i jak mówi św. Jan — będziemy „trwać w Nim”, to powoli zaczniemy doświadczać, jak wiele w naszym życiu się zmienia. Zamiast postrzegać sprawy i rzeczy tylko oczyma rozumu, zaczniemy patrzeć oczyma wiary, zamiast być realistami, którzy po przyszłości niewiele się spodziewają, zaczniemy żyć nadzieją na lepszą, wieczną przyszłość. Zamiast starać się o sprawiedliwość, zaczniemy szukać miłości. Wszystko się przemieni — wiedza w mądrość, słabość w zaufanie, nędza w pokorę, cierpienie w dobrowolną i miłosną ofiarę, asceza w mistykę. Przemienienie Jezusa stanie się wzorem wszelkiego mistycznego doświadczenia. Mistyka oznacza, że coś z wieczności wnika w nasz czas, że cząstka chwały Bożej rozświetla nasze ciemności.

Życie powoli stanie się otwartą bramą, gdzie tylko cienka zasłona oddziela nas od pełnej chwały. Teraz już nie tyle my oczekujemy nastania Boskiego światła, ile raczej owo światło wydostaje się zewsząd i przenika wszystko. Szczęśliwi, którzy dojdą do takiego życia! Staną się, może nawet niezauważenie, posłańcami wieczności w tym świecie.

Papież Paweł VI zmarł w uroczystość Przemienienia Pańskiego, 6 sierpnia 1978 roku. Przygotował sobie na ten dzień przemówienie, które miał wygłosić po modlitwie Anioł Pański. Pisał:

Przemienienie Pańskie, które wspominamy w dzisiejszej liturgii, rzuca jasne światło na naszą codzienność i zaprasza do skierowania naszych myśli ku nieśmiertelnym przeznaczeniom, o których nam ono przypomina. Na Taborze Chrystus na chwilę odsłonił swój Boski blask i objawił się wybranym świadkom jako Ten, którym rzeczywiście jest: jako Syn Boży, „Ten [Syn], który jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty” (Hbr 1,3). On odsłania również transcendentne przeznaczenie naszej ludzkiej natury, którą przyjął, aby nas zbawić. Także ta natura, ponieważ jest odkupiona Jego nieodwołalną ofiarą miłości, jest powołana do udziału w pełni życia, „w dziale świętych w światłości” (Kol 1,12). To ciało, które przemieniło się przed zdumionymi oczyma apostołów, jest ciałem Chrystusa, Brata naszego, ale jest też ciałem naszym przeznaczonym do chwały. To światło, które nad Nim świeci, jest i chce być naszym promiennym dziedzictwem. Jesteśmy powołani do uczestnictwa w tak wielkiej chwale, ponieważ jesteśmy „uczestnikami Boskiej natury” (2 P 1,4). Czeka nas wyjątkowa przyszłość, jeżeli spełnimy nasze chrześcijańskie powołanie, kiedy nasze słowa i czyny będą logiczną konsekwencją naszych przyrzeczeń chrzcielnych.

I papież kończy słowami: „Niech owocny czas wakacji skłoni wszystkich do poważnego rozważenia tej przedziwnej rzeczywistości naszej wiary”.

Jesteśmy powołani, by być ludźmi przemienionymi. Jak się nimi staniemy? Którą drogą powinniśmy pójść?

Droga milczenia i modlitwy

Św. Łukasz podkreśla, że przemienienie Jezusa łączy się z Jego modlitwą. Jezus udał się na górę, „aby się modlić”. I „gdy się modlił”, wygląd Jego twarzy się odmienił. Łukasz chce opowiedzieć nie tylko o cudownym zdarzeniu, pragnie nam też pokazać, w jaki sposób to wydarzenie odnosi się do nas, czego nas może nauczyć. Jest też jedynym, który mówi, że „weszli w obłok”. Pisząc tak, myśli o nas. Tak konstruuje swoją opowieść, że rozumiemy, iż jesteśmy w nią zaangażowani, że coś podobnego i nam może się zdarzyć. Przez modlitwę możemy nawiązać kontakt między Niebem i ziemią i przez naszą modlitwę możemy wejść w jasny obłok i zostać prześwietleni.

W Biblii Bóg często objawia się w obłoku. Obłok jest czymś tajemniczym, namacalnym, co mimo wszystko skrywa i zasłania. Takiego Boga spotykamy w modlitwie. Jego obecność jest rzeczywista, ale zakryta, i jeśli chcemy Go spotkać, powinniśmy pozwolić, aby tak właśnie było. Nie mamy analizować i rozważać, w jaki sposób On się daje poznać, mamy tylko pozwolić prowadzić się jasnym światłem wiary, dać ogarnąć się Jego obecnością. Pozwalają nam na to zaufanie, ufność i wyrzeczenie.

W obłoku możemy też usłyszeć głos Ojca, który mówi: „To jest Syn mój, Wybrany”. Musi panować milczenie, abyśmy mogli to usłyszeć. Nie bez przyczyny Jezus udaje się na górę. Św. Jan Damasceński (ok. 680– –750) stawia dwa warunki, aby modlitwa doprowadziła do przemienienia: miłość i hezychia. Hezychia oznacza spokój, ciszę, milczenie, odpoczynek, samotność.

Hezychia jest matką modlitwy — pisze — a modlitwa jest objawieniem chwały Boga. Kiedy bowiem zamknęliśmy bramę zmysłów i jesteśmy sami z Bogiem, i kiedy wyzwoleni od tego, co przemija na zewnętrznym świecie, wniknęliśmy w siebie, wtedy widzimy jasno i wyraźnie królestwo Boże w nas, ponieważ Pan Jezus mówi, że „królestwo Boże pośród was jest” (Łk 17,21).

Najgłębsze milczenie jest właściwie jednością z wolą Bożą we wszystkim, w czym zmora egoizmu została osłabiona. Jednak często wolą Boga jest, abyśmy odeszli w samotność, do naszej izdebki (Mt 6,6).

Jezus nie przemienia się pośród tłumu ludzi. Oczywiście i tam jest Bóg, jednak trudniej Go usłyszeć wśród wrzawy niż w ciszy. Zazwyczaj dzieje się tak, że jesteśmy w stanie spotkać Boga na ulicy tylko wówczas, kiedy wpierw szukaliśmy Go przez dłuższy czas w ciszy. Jednym z najbardziej namacalnych następstw grzechu jest to, że człowiek stał się obcy własnemu wnętrzu i dlatego ucieka od ciszy, by nie spotkać w niej siebie. Tylko wtedy, gdy człowiek na nowo zmieni się w samym sobie, może wyjść na spotkanie zgiełkowi świata i go przemienić.

Hjalmar Ekström (1885–1962) mądrze mówi o milczeniu i jego leczącej i przemieniającej sile:

Mój grzech i moje błędy mają mnie pociągać do Boga, w Boga, tak abym zawsze — szczególnie ilekroć dopuszczam się zdrady — szukał Milczenia przed Bożym obliczem i próbował trwać przed Nim w Milczeniu, zarówno w sensie zewnętrznym, jak i wewnętrznym, abym kąpał się w Jego Milczeniu aż ono przeniknie mnie, podobnie jak powietrze przenika nasze ciało… Jeżeli często zatapiamy się w Milczenie przed obliczem Jezusa Chrystusa, to ta atmosfera towarzyszy nam także wówczas, gdy jesteśmy wśród ludzi. Poruszamy się wszędzie jak w świątyni. W ten sposób On nas wewnętrznie przekracza i stwarza na nowo.

Dobrze jest nabyć takiego przyzwyczajenia i często powracać do milczenia w Bogu. Na małą chwilę można znów nawiązać kontakt z milczeniem, które znalazło się podczas długich godzin modlitwy. Dla tego, kto nigdy całkowicie nie zarzuca wewnętrznego skupienia, zaledwie kilka minut może mieć takie samo działanie jak całe rekolekcje. Decydujące jest, aby zawsze rezerwować sobie taką małą przestrzeń w sobie na wewnętrzne skupienie albo przynajmniej na tęsknotę za skupieniem i czujność, aby wychwytywać możliwości, które się pojawiają.

Człowiek, który modli się dużo i gorliwie, zyskuje charyzmat szczególnego promieniowania. Może być ono niewidoczne dla tych, którzy się nie modlą, ale wyczuwalne dla tych, którzy kroczą po drogach modlitwy. Wokół takich osób panuje atmosfera wewnętrznego skupienia, one budzą modlitwę w drugich. Promieniowanie Jezusa było tak silne, że wokół Niego istniała wielka strefa modlitwy. Nazywamy ją Kościołem — to mistyczna wspólnota, która zbiera się wokół Niego jak opiłki żelaza wokół magnesu. Każdy chrześcijanin powinien stwarzać wokół siebie taką strefę milczenia i pokoju przypominającą łagodny powiew, który posłyszał prorok Eliasz, kiedy objawił mu się Bóg (1 Krl 19,12). To objawienie jest jednym z kamieni milowych duchowości karmelitańskiej. Łagodny powiew pojawia się tylko w historii Eliasza. Może Bóg chciał powiedzieć: nie szukaj Mnie w hałasie, Eliaszu, ani w spektakularnych zdarzeniach (Eliasz wytracił 450 proroków Baala po sensacyjnej ofierze na Górze Karmel); znajdziesz Mnie w ciszy i w milczeniu. Może ten łagodny powiew przypomina o pokoju Raju, po którym Bóg przechadzał się w porze powiewu wiatru (Rdz 3,8). W objawieniu Bożym na Górze Horeb Eliasz kosztuje z rajskiego pokoju, z pokoju królestwa Bożego, które nosimy w głębi nas samych. Wszyscy jesteśmy powołani do przyspieszania nadejścia królestwa Bożego, rozsiewając dookoła nas coś z tego łagodnego powiewu poprzez sposób naszego życia.

Jeżeli mamy doświadczenie modlitwy, wiemy, że ma ona przemieniającą moc. Długa, intensywna modlitwa odnawia nas. Jesteśmy bardziej sobą, czujemy się głębiej zakorzenieni w pokoju i w radości. Skala naszych wartości ulega zmianie: pewne rzeczy stają się ważniejsze, inne mniej ważne. Wszystko, co zewnętrzne, traci znaczenie. Najpierw chodzi o wewnętrzną przemianę, ale ona często wpływa na nasze ciało. Wewnętrzny pokój i radość wyrażają się na naszej twarzy i w naszych mięśniach. Jesteśmy bardziej rozluźnieni, otwarci i przezroczyści. Modlitwa dokonała miniprzemienienia.

Jak wygląda tego rodzaju modlitwa?

Może ujawniać się w dwojaki sposób. Możemy w naszej modlitwie patrzeć na przemienionego Pana, podziwiać Go i zachwycać się Nim. Jest przepiękny. „Zaiste piękny jesteś, miły mój” (Pnp 1,16). Zamiast uskarżać się na Boga, możemy Go podziwiać. Przemienia nas to, czym żyjemy. Jeżeli słuchamy okropnych rzeczy i je oglądamy, sami stajemy się okropni. Gdy patrzymy na piękno, piękniejemy. Dlaczego Matka Teresa była taka piękna, tak przemieniona? Widziała piękno w najuboższych z ubogich: widziała, że są umiłowanymi dziećmi Boga. „Radujmy się sobą, mój Miły, chodźmy przejrzeć się w Twojej piękności”, pisał św. Jan od Krzyża (1542– –1591). I wyjaśniał, jak piękność Boga, którą podziwiamy, przemienia nas:

I tak będę oglądać Ciebie w Twojej własnej piękności, a Ty mnie również w Twojej piękności. I będę widział siebie w Tobie przez Twą piękność i Ty się ujrzysz we mnie również przez Twą piękność. I będę się zdawał być Tobą w Twej piękności, a Ty będziesz się zdawał być mną w tejże Twojej piękności. Piękność moja niech będzie Twoją pięknością, a Twoja piękność niech będzie moją pięknością.

Prawda jest piękna. Hans Urs von Balthasar (1905–1988) napisał rozprawę teologiczną, w której rozważa Objawienie z perspektywy piękna, a obecny papież również mówi o veritatis splendor — blasku prawdy. Może tym, w czym najbardziej powinniśmy się ćwiczyć, jest dostrzeganie nieskończenie pełnego miłości Bożego spojrzenia, które wciąż na nas spoczywa. Takie widzenie i podziwianie Bożego piękna jest naturalną tego konsekwencją. Modlitwa może polegać na pozwalaniu Bogu patrzeć na nas, na zgodzie, aby Jego spojrzenie nas oczyszczało, aby Jego płomień nas przepalał. Hjalmar Ekström w jednym z listów opisuje, w jaki sposób możemy stawać się coraz bardziej przejrzyści i rozpaleni Duchem:

Dopóki pozostajemy w naszym ziemskim ciele, nasza zewnętrzna natura nie może zupełnie umrzeć. Wydaje mi się, że dobry obraz stanowi porównanie naszej zewnętrznej natury do żelaza i Bożego Ducha, który to żelazo rozpala. Dopóki żelazo znajduje się w ogniu, dopóki jest przepalane życiem ognia, dopóty jest ogniem z ognia, a jego własna zimna, twarda i martwa natura znika, tak jakby nigdy nie istniała. Tak samo jest z człowiekiem i Duchem Chrystusa. Człowiek zostaje prześwietlony i rozpalony Duchem i w miarę upływu czasu coraz bardziej w Nim się rozpala, tak że się wydaje, iż cały jest rozpalony życiem Ducha.

Człowiek może dać jedynie to, co wpierw otrzymał. Nie chodzi o to, żeby miał tylko dawać, lecz chodzi o ciągłe, naprzemienne branie i dawanie. Jego spojrzenie ożywia się, kiedy spoczywa na nim spojrzenie Boga. Może płonąć tylko wówczas, kiedy dotknie go ogień Ducha.

Jan od Krzyża pisze: „Bóg jest nieskończonym światłem i nieskończonym ogniem”. Nasza modlitwa może polegać na świadomości tego, że nosimy w sobie ogień, który stopniowo nas oczyszcza i przemienia. Możemy powtarzać: „Stwórz, Boże, we mnie płonące serce”.

Przemienienie Jezusa bardziej nam się kojarzy ze światłem niż z ogniem. „Ja jestem światłem świata”, mówi Jezus (J 8,12; 9,5), i On w nas mieszka. „Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia” (8,12). On to „światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka” (J 1,9). Jezus rozróżnia ludzi jako „synów tego świata” i „synów światłości” (Łk 16,8). Bóg powołał nas z ciemności do swojego przedziwnego światła (1 P 2,9). Św. Paweł przytacza słowa z hymnu pierwotnego Kościoła: „Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus” (Ef 5,14). Zostaliśmy „oświeceni”, czytamy w Liście do Hebrajczyków (6,4). „Niegdyś bowiem byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości!” (Ef 5,8).

Jaka wspaniała modlitwa: pozwolić się zawładnąć światłu i stać się przemienionym człowiekiem! Nasza modlitwa może być dość daleka od tego, możemy czuć się niezdolni do pokoju i skupienia i trzeba to zaakceptować. Czy mamy się jednak na tym zatrzymać? Wiara podpowiada nam co innego. Głęboko w naszym wnętrzu tryska żywa woda, Chrystus, który jest światłem świata, mieszka w nas. Czyż nie jest bardziej owocne opuścić to, co podpowiada nam bezpośrednie doświadczenie, a trzymać się tego, o czym zapewnia nas wiara?

Spotkać przemienionego Chrystusa w duchu

Człowiek jest czymś więcej niż tylko człowiekiem. Jest stworzony w Chrystusie, dosłownie mówiąc, jest zawładnięty przez Niego i jestem niesprawiedliwy, jeśli nie rozpoznaję w nim Chrystusa.

„Humanizm bez boskości jest zezwierzęceniem”, pisze austriacki teolog Franz Grillparzer. Kiedy Bóg nie stoi za człowiekiem, ryzykuje on, że będzie wykorzystywany i manipulowany jako środek do celu. „Religia jest opium dla ludu” — brzmiało hasło ostatniego stulecia. Czyż nie jest odwrotnie? Kiedy znosi się religię, człowiek sięga po opium, to znaczy po środki zastępcze: alkohol, narkotyki, astrologię, spirytyzm, nową religię. Jednak te surogaty rodzą pustkę, bezsens, samotność i rozpacz. Człowiek jest zbyt wielki, aby coś takiego mogło go zaspokoić. Jest stworzony do nieskończoności. Nasze serce jest bramą do wieczności, jednak gdy otworzymy bramę w niewłaściwym kierunku, nie znajdziemy trwałego pokoju.

Prawdziwa rzeczywistość człowieka to bycie ikoną Chrystusa. Sam Jezus pragnie, byśmy odnajdywali Go w sobie nawzajem. „Niewiasto, oto syn Twój”, powiedział do Maryi, kiedy swoim spojrzeniem wskazał na Jana (J 19,26). Zadaniem Maryi było spotkać Jezusa w Janie i wszystkich, których on reprezentuje. Zmartwychwstały Pan powiedział do Marii Magdaleny: „Nie zatrzymuj Mnie (…) udaj się do moich braci” (J 20,17). Otrzymała zadanie szukania Go w braciach.

Św. Ignacy Antiocheński pisał na początku II wieku, że Chrystus jest żywą i przemawiającą wodą, która mówi w jego wnętrzu: „Przyjdź do Ojca” (Rz 7,2), i takim jest Chrystus w każdym z nas. W IV–V wieku eremici na pustyni mawiali: „Jeżeli zobaczyłeś bliźniego, ujrzałeś Boga”. Widzieli Go. Wszystkim chrześcijanom, a właściwie wszystkim ludziom można by powiedzieć to, co prorok Izajasz wołał do sobie współczesnych: „Wejrzyjcie na skałę, z której was wyciosano, i na gardziel studni, z której was wydobyto” (51,1). Tą skała, z której nas wyciosano, jest Chrystus.

Powinniśmy rozwinąć w sobie swoistą jasność widzenia, pozwalającą nam wnikać we wzajemną głębię i odkrywać w niej przemienionego Chrystusa. Ludzkie serce jest tak głębokie, że kończy się w Jego głębi. Głębia serca nie jest tą głębią, którą penetruje psychologia głębi, ta bowiem wciąż pozostaje na peryferiach. Głębia serca to ta, która powstaje w człowieku, kiedy Bóg stwarza go w swoim Słowie, w swoim Synu. Flamandzki mistyk Jan Ruusbroec (1293–1381) wyjaśnia, jak Ojciec stwarza naszą najgłębszą istotę na obraz swego Syna. Spotkanie człowieka w jego najgłębszym rdzeniu oznacza zawsze spotkanie z Chrystusem, dlatego Jezus może mówić: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). To nie jest piękny obraz, żadna pobożna przesada, ale najdosłowniejsza prawda. To życie Jezusa czyni człowieka człowiekiem. Święta Małgorzata Maria Alacoque (1647–1690), która przyczyniła się do rozpowszechnienia nabożeństwa do Serca Jezusowego, powiedziała takie słowa: Mon Jésus est mon moi, et mon mien c’est d’ętre sienne (Mój Jezus jest moim ja, a moim jest być Jego).

Nie muszę skupiać się na drugim, aby odnaleźć jego głębię. Jeżeli szukam Chrystusa we własnej głębi — przez modlitwę i wyrzeczenie — to w nieunikniony sposób odnajdę i głębię innych. Miejsce, w którym Chrystus w nas mieszka, jest też tym miejscem, w którym jesteśmy członkami w jednym ciele i gdzie jesteśmy naczyniami połączonymi. Kto prawdziwie się modli „w duchu i w prawdzie”, ten nie może pozostać indywidualistą. Powierzchownie można mieć problemy czy zahamowania w kontakcie z drugimi, ale w głębi się wie, że jest się cząstką wielkiej całości — Chrystusa w nas — i tam płaczemy z tymi, którzy płaczą, i radujemy się z tymi, którzy się radują.

W czasach, w których nadużywa się słowa „miłość” i określa nim wszystko, co tylko możliwe, nawet największy egoizm, ważne jest, abyśmy na nowo odkryli mistykę miłości. Każde spotkanie może mieć w sobie coś mistycznego, ponieważ możemy w nim poczuć przedsmak niebieskiego spotkania z Kościołem. Z Jezusem, choć ukrytym, możemy się widywać już teraz. Przy śmierci spotkamy Go bez osłonek. Gdy Jezus w drodze do Emaus ukazuje się apostołom jako podróżny, a Marii Magdalenie jako ogrodnik, czyni tak, aby pokazać, że jest zmartwychwstały, ale równocześnie po to, abyśmy zrozumieli, że żyje on w ogrodnikach i podróżnych, że możemy Go spotkać w każdym człowieku.

Osoba, którą spotykam, może być ordynarna, chamska i odrażająca. Czasem muszę chronić przed nią moje ciało albo serce i wystrzegać się bliskiego kontaktu z nią, przynajmniej na zewnątrz, aby nie zarazić się złem. Może być i tak, że będę musiał ją pouczyć albo odmówić tego, o co prosi, ale nigdy nie mogę zapominać, że głęboko w niej mieszka Jezus. Rzeczywistość różni się często radykalnie od tego, czym się wydaje. Kiedy patrzę na monstrancję na ołtarzu, widzę coś, co wygląda jak chleb, ale jest Jezusem Chrystusem. Każdy człowiek jest jak monstrancja. Podobnie jak potrzebuję wiary, aby rozpoznać Jezusa w białej hostii, potrzebuję też wiary, aby znaleźć Go w bliźnim. Wiara jest tą zdolnością, którą otrzymaliśmy, aby nie zatrzymywać się na tym, co zewnętrzne, ale by wnikać w rzeczywistość.

Samotność jest też ważnym elementem w naszej głębokiej wspólnocie z innymi. W bezpośrednim, fizycznym spotkaniu nie zawsze można otwarcie przedstawić własne wnętrze, a niejednokrotnie nie byłoby to nawet czymś mądrym. Natomiast spotkanie z drugim w modlitwie, kiedy jestem sam, jest też rzeczywistym spotkaniem. Wówczas nie muszę uwzględniać przypadkowych, ziemskich okoliczności. Z daleka mogę wyraźniej widzieć innych i głęboką prawdę o nich. Kiedy czekam na widzialne przemienienie wszystkich relacji, muszę być szczęśliwy i wdzięczny za niewidzialne.

tłum. Justyna Iwaszkiewicz

Przemienienie
Wilfrid Stinissen OCD

(ur. 10 stycznia 1927 r. w Antwerpii, Belgia – zm. 30 listopada 2013 r. w Tågarp, Szwecja) – belgijski karmelita bosy, doktor filozofii, współzałożyciel klasztoru w szwedzkim Norabby, znany w całej Skandynawii rekolekcjonista, ważna postać nie tylko szwedzkiego chrześcijańst...