Przewodnik po polskim Kościele

Przywrócenie odpowiedniej, bo ludzkiej, a nie instytucjonalnej perspektywy postrzegania Kościoła jest jednym z najważniejszych osiągnięć Grzegorczyka. Dzięki temu opisywany przez niego katolicyzm jest prawdziwy, bliski ludziom, ale i pełen ciepła i empatii.

Gdybym miał komuś, kto w ogóle nie zna polskiego katolicyzmu, jego smaku, problemów, zalet, ale i toczących się w nim sporów, polecić zwięzły (no, może bez przesady – bo trzy tomy to jednak sporo w naszych stroniących od lektur czasach), ciekawy i napisany z pasją przewodnik po naszym Kościele – to nie zastanawiając się długo, wskazałbym trzy książki Jana Grzegorczyka tworzące serię o księdzu Groserze. W przystępnej formie, z beletrystyczną pasją, bez (a przynajmniej z niewielką jej dawką) publicystycznej polemiczności Jan Grzegorczyk kreśli bowiem w swoich książkach obraz polskiego Kościoła, w którym jak w soczewce zobaczyć można polski katolicyzm. Ten obraz to z jednej strony gigantyczny fresk, ale z drugiej strony ikona pozwalająca w konkretnych obliczach i wydarzeniach oglądać drogę zbawienia, którą jest dla nas polski Kościół.

Fresk to zresztą (czy przewodnik) nietypowy. Zamiast skupiać się na wielkich tego świata, na losach biskupów, polemistów, twórców mediów i ich destruktorów, Grzegorczyk skupia się na „normalsach”. Kościół oglądamy więc z perspektywy zwykłych księży i zwyczajnych zaangażowanych (niekiedy bez przesady) świeckich, dla których afera z arcybiskupem Juliuszem Paetzem to przede wszystkim konieczność wyjaśnienia opieszałości struktur na katechezie, a spory wokół Radia Maryja to realny podział między wiernymi, którzy nie potrafią się porozumieć z powodu miłości lub nienawiści do medium ojca Tadeusza Rydzyka. Jednak właśnie dlatego te książki wprowadzają w prawdziwy świat prawdziwych dylematów, nie budzą sprzeciwu i chęci polemiki (no, może poza cholerykami, takimi jak ja, ale i to nieczęsto) i pozwalają poznać smak zwyczajności, z którą każdy z nas styka się w swojej parafii, pracując z księżmi (bardzo zresztą, jak u Grzegorczyka, różnymi i zdecydowanie niejednowymiarowymi).

Kto jest kim w Kościele

Ta zwyczajność, zwykłość, przyziemność budowana jest – inaczej niż w wielu innych beletrystycznych książkach – ze starannie dobranych fragmentów rzeczywistości. Przed każdą częścią autor solennie zapewnia, że „wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób i zdarzeń jest przypadkowe” (Adieu) czy że „choć niektóre z Przypadków księdza Grosera mogą się wydawać czytelnikowi dziwnie znajome, wydarzyły się tylko w mojej wyobraźni” (Cudze pole), ale wydaje się, że najbliższy rzeczywistości jest w części drugiej, gdy lekko ironicznie stwierdza, że „niektóre fakty i postaci w tej książce są wymyślone” (Trufle), a jeszcze prawdziwsze (choć wyrażone nie bardzo po polsku) byłoby stwierdzenie, że „bardzo niektóre fakty i postaci są wymyślone”. I nie chodzi tylko o osoby lekko zakamuflowane (o. Oszańca czy biskup Darczak), ale również o setki wydarzeń, o których zbieracz kościelnych wydarzeń, kolekcjoner plotek i historyjek potrzebnych do ubarwienia publicystyki na pewno słyszał.

Taka metoda pisania (a może lepiej powiedzieć – szkicowania obrazu) sprawia, że trylogia Grzegorczyka jest nie tylko powieścią, ale swoistą summą wiedzy o ludziach polskiego Kościoła (często także tych z pierwszych stron gazet). Jeśli ktoś chce wiedzieć nie tylko, jakie ordery od PRL i III RP otrzymał jakiś duchowny, albo chce zrozumieć styl działania jakiegoś biskupa – to o wiele skuteczniejszą metodą niż czytanie opasłego (i bardzo skądinąd wartościowego) Kto jest kim w polskim Kościele Grzegorza Polaka będzie przeczytanie książek o Groserze. Tu bowiem pozna bohaterów pełnokrwistych, z wadami i zaletami, a do tego opisanych mocnymi pociągnięciami pióra, na które autorzy prac czysto dziennikarskich nie zawsze mogą sobie pozwolić.

Domyślanie się prawdziwych postaci i realnych wydarzeń ukrytych pod rozmaitymi (niekiedy prostymi do rozszyfrowania) imionami, nazwiskami, sytuacjami nie powinno jednak przesłaniać faktu, że postacie „wymyślone”, „stworzone w wyobraźni” Grzegorczyka są niekiedy bardziej prawdziwe od tych, które są skopiowane z tej znanej wszystkim rzeczywistości. Ksiądz Piotr Cybula (akurat o wiele mi bliższy niż sam Groser i dlatego mam nadzieję, że kiedyś powstanie książka o nim, o tym, jak odszedł i – wierzę – jak wróci do kapłaństwa, które przestanie już być dla niego „zakopywaniem pytań”; Panie Janie, niech Pan potraktuje to jako prośbę od czytelnika), ksiądz Leszek Grajek, ksiądz Gołąbek czy nawet ksiądz Krystian – to przecież postacie, które każdy z nas spotkał na swojej drodze. Może pod innym nazwiskiem, może w innym wieku – ale jeśli tylko był w Kościele, to na pewno się z nimi zetknął. Dla mnie moim księdzem Gołąbkiem, kimś, z kim często się spierałem (jako zbuntowany nastolatek), ale kto pokazał, że warto być w Kościele i że tradycyjny, nieco ludowy katolicyzm ma swój smak, był ksiądz Tadeusz Uszyński, wieloletni proboszcz parafii św. Andrzeja w Warszawie, a wcześniej rektor akademickiego kościoła św. Anny. Kto takim księdzem Gołąbkiem (a może to postać autentyczna?) był dla Grzegorczyka, nie mam pojęcia, ale wiem, że na takich duchownych opiera się życie parafialne i że to oni pozwalają zachować wiarę tysiącom zmęczonych instytucjonalnym Kościołem katolików.

Podobnie jest z Groserem, naiwnym intelektualistą, który staje się dobrym pasterzem i który dla swoich owiec potrafi poświęcić nie tylko dobre imię, ale i zdrowie (a nawet narażać życie). To marzenie o kapłanie (niemal) idealnym także jest utkane z setek jak najbardziej prawdziwych nici, które świadomy katolik nosi w swojej pamięci, a może jeszcze bardziej w swoim sercu. Wspomnień (a czasem zawiedzionych pragnień) o kapłanach, którzy potrafili być tak bardzo ze zwykłymi ludźmi i tak bardzo dla nich, że zatracali samych siebie w służbie…

Katalog problemów

Książki Grzegorczyka to jednak również wstrząsający katalog prawdziwych, a nie tylko medialnych, problemów Kościoła. Samotność (opisana z zadziwiającą u człowieka żonatego empatią) duchownych, którzy zasypiają i budzą się z zimną poduszką, bez drugiej osoby; poczucie obcości we własnym środowisku księży z problemami, walka o zachowanie czystości (nie mam tu na myśli łamania ślubów, a zwyczajne życiowe przezwyciężanie pragnień), która wymaga niekiedy nadludzkich wysiłków (i znowu wcale nie chodzi, co znakomicie pokazuje autor, o czysty popęd, ale o najgłębsze pragnienia i potrzeby ludzkie) – to wszystko zostaje przez Grzegorczyka opisane ze wstrząsającą dosłownością. Księża, często przez klerykalne i antyklerykalne (będące w istocie przecież tylko awersem i rewersem tej samej monety) myślenie wynoszeni na jakieś nadludzkie poziomy, są tu zwykłymi ludźmi miotanymi pragnieniami, potrzebami i namiętnościami. I radzącymi sobie z nimi zupełnie zwyczajnie, bez szumu z nieba czy aniołów stojących nad nimi.

Wyłaniająca się z książek Grzegorczyka kapłańska samotność to nie tylko brak drugiego człowieka, z którym dzielimy wszystko i który staje się z nami jednym ciałem, ale to także niemożność komunikacji z hierarchią, a czasem z kolegami. To niezrozumienie przez biskupa, likwidującego problemy księdza przez odesłanie go na parafię, której nie widać z pałacu biskupiego. Nietolerowanie wikariusza i chęć uwalenia go przez proboszcza tylko dlatego, że nie wzbudził on sympatii. Złe traktowanie przez kurialistę, dla którego liczy się wyłącznie błyskawiczna kariera.

Taki biskup, proboszcz, kurialista to wszystko postaci boleśnie obecne w życiu kościelnym. A że ich styl działania stanowi jedną z głównych przeszkód komunikacyjnych, wie każdy, kto próbował kiedyś załatwić jakąś sprawę nie na poziomie parafii (gdzie paradoksalnie często jest o wiele normalniej), ale na poziomie kurii (czynnej do 13, tak żeby nikt normalnie pracujący nie mógł się do niej zgłosić).

Kapłańska samotność, a może trzeba powiedzieć wprost – odrzucenie, kulminuje w momentach dramatycznych. Alkoholik ksiądz Leszek nie ma się do kogo zwrócić ze swoimi problemami, podobnie (choć tu zapewne odpowiedzialność można zrzucać na jego własną niechęć) jest z księdzem Cybulą. Zostają oni sami ze swoimi problemami, a ludzie, także często koledzy w sutannach, odsuwają się od ich konfesjonałów z obrzydzeniem (w tym sensie scena ze spowiadającym po pijaku księdzem Leszkiem jest symboliczna). I choć najprościej byłoby zrzucić odpowiedzialność za to wszystko na biskupów czy konformistycznie nastawionych księży, to książki Grzegorczyka każą się zastanowić i nad tym, na ile owo osamotnienie nie jest winą także wiernych świeckich. Na ile wyobcowanie księży nie jest skutkiem traktowania ich jak królów i bogów, do których zwykłe problemy i porażki nie mają, a przynajmniej nie powinny mieć dostępu.

Mocną kreską kreśli też autor Grosera obraz cynizmu trawiącego część środowiska duchownych (często – przynajmniej w Warszawie – nazywanych „z kurii synami”). Kariera, dobra parafia, niezły samochód i eleganckie ubranie, na które można zawsze złapać miłą i sympatyczną panią – to przecież problem nie tylko księdza Krystiana, ale i wielu innych księży, którzy gdzieś po drodze utracili pierwotny zapał powołania, a skupili się na zapewnianiu sobie wygodnego życia, bez potrzeby ewangelicznych wyrzeczeń. Ilu jest takich duchownych, trudno oceniać, ale trudno też nie dostrzegać, że to raczej oni, a nie księża z problemami osobistymi czy zrzucający sutanny stanowią jeden z największych problemów polskiego Kościoła. Wierni są bowiem w stanie wybaczyć proboszczowi alkohol, w znacznym stopniu kobietę, ale zazwyczaj z trudem godzą się na cynizm, pogardę i zdzierstwo. I to one najbardziej niszczą relacje – między duchownymi i świeckimi, a także między samymi duchownymi. Chwała więc Grzegorczykowi za trafny i, co istotne, zniuansowany opis tego zjawiska.

Wielkie rzeczy w cieniu małych

Kryzysy wiary, osamotnienie czy cynizm na liście problemów Kościoła Grzegorczyka znajdują się zresztą (i słusznie) o wiele wyżej niż kłopoty z Radiem Maryja, sieroctwo po Janie Pawle II czy wyobcowanie się biskupów z rzeczywistości. Autor Przypadków księdza Grosera wyraźnie wychodzi z założenia, że to, co naprawdę ważne (bo rozstrzygające o zbawieniu), dzieje się w Kościele w relacjach ja – ty z własnym proboszczem, przyjacielem księdzem, z wiernymi świeckimi, którzy często wspierani przez duchownego pomagają także jemu nieść jego własny krzyż. Parafrazując więc słynne słowa księdza Tischnera, można powiedzieć, że – według Grzegorczyka – niewielu ludzi straciło wiarę (jeśli ją miało) przez ojca Rydzyka czy hipokryzję i brak zdecydowania części episkopatu, ale wielu utraciło ją z powodu stylu działania proboszcza czy wikariusza. Wielu innych zaś, mimo wszystkich wielkich problemów instytucjonalnych, zachowuje kontakt z Kościołem właśnie dzięki zwyczajnym, często nieznanym poza własną parafią duchownym, którzy się starają (choć zapewne różnie im to wychodzi) być – jak Groser – dobrymi pasterzami dla swoich owiec.

To przywrócenie odpowiedniej, bo ludzkiej, a nie instytucjonalnej perspektywy postrzegania Kościoła jest zresztą jednym z najważniejszych osiągnięć Grzegorczyka. Dzięki temu opisywany (co także ważne – nie z perspektywy Warszawy) przez niego katolicyzm jest prawdziwy, bliski ludziom, ale i pełen ciepła i empatii dla wszystkich (może prawie wszystkich). Perspektywa oddolna pozwala też pokazać i odczuć, jak Chrystus (a On też jest w książce wciąż obecny) wkracza w konkretne życie z konkretnymi rozwiązaniami, bez piorunów, płonących krzewów czy gołębic, za to z pomocą konkretnych ludzi. I właśnie uważne słuchanie drugiego, czytanie tego, co Bóg mówi do nas w wydarzeniach, jest chyba Grzegorczykową odpowiedzią na pytanie o to, jak wyjść z kościelnych kryzysów, które wstrząsająco opisuje na kartach swojej książki.

Przewodnik po polskim Kościele
Tomasz Terlikowski

urodzony 10 września 1974 r. w Warszawie – doktor filozofii, dziennikarz, publicysta, tłumacz, działacz katolicki, przewodnik, pasjonat religioznawstwa (szczególnie bliskie są mu Kościoły wschodnie). W 2003 roku obronił do...