fot. fot. luke-braswell/unsplash

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Co więcej, początkowe wrażenie było na tyle negatywne, że byłem zdecydowany, aby wracać, ale ponieważ nie za bardzo wiedziałem, kogo miałbym poinformować o mojej rezygnacji, postanowiłem, że jeszcze się trochę rozejrzę. W zeszłym miesiącu minęło 38 lat, odkąd się rozglądam…

Pierwszy dzień mojego jezuickiego życia był rezultatem tego, co nastąpiło trzy miesiące wcześniej. Rozmawiając z byłą siostrą zakonną – którą po jej wystąpieniu z zakonu wciąż darzyłem wielkim zaufaniem – zwierzyłem się, że chciałbym zostać księdzem, ale zakonnym. Nie wiedziałem jednak, na jaki zakon się zdecydować, bo nie znałem bliżej żadnego. Ona jednak znała dobrze mnie i dlatego wysłuchawszy moich zwierzeń, delikatnie, ale skutecznie (jak to kobieta) zasugerowała: „Wojtek, na ile cię znam, to wydaje mi się, że byłbyś dobrym jezuitą”. Ponieważ ufałem Ewie, zgodziłem się pojechać z nią do Krakowa, gdzie była umówiona ze swoim ojcem duchownym, jezuitą. Nieżyjący już o. Wojciech Kubacki porozmawiał ze mną, a na koniec rozmowy wręczył mi Pisma wybrane św. Ignacego, które zabrałem ze sobą do Radomia, z należnym szacunkiem odkładając je najpierw na półkę w pociągu, a potem w domu. Bo przecież był mundial w Hiszpanii i nie było czasu na nic poza piłką. Coś jednak trzeba było zdecydować. Pojechałem zatem na Jasną Górę, pomodliłem się przed obrazem i poszedłem do spowiedzi, podczas której starszemu paulinowi powiedziałem o moich pragnieniach i rozterkach, ale celowo nie wspomniałem nazwy żadnego zakonu. Powiedział, abym nie czekał na jakiś znak z nieba, tylko żebym – jako wolę Bożą – odczytywał to, co się dzieje w moim życiu, tak, „jak to robił założyciel jezuitów św. Ignacy Loyola”. Gdy usłyszałem „jezuitów”, podziękowałem i prosto z Częstochowy pojechałem do Naszych do Krakowa, prosząc o przyjęcie. Wiele lat później, będąc prowincjałem i decydując o przyjęciu (lub nie) zgłaszających się do nas kandydatów, często myślałem o tym, że siebie – tego Wojtka, który się wtedy zgłosił – nie przyjąłbym na pewno. Pan jednak sprawił, że w odległym 1982 roku wymagania były niższe i zostałem przyjęty. Tak, do Towarzystwa wstąpiłem przez kobietę. Gdyby nie kobieca intuicja Ewy, rozminąłbym się z tym, co w moim życiu najpiękniejsze. Bardzo jej jestem wdzięczny.

Zostało Ci jeszcze 55% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się