Przygoda pewnej duszy

Przygoda pewnej duszy

Julien Green jest zestawiany François Mauriakiem i Georgesem Bernanosem. Tę trójkę opatrzono etykietką pisarzy-katolików. Green wielokrotnie protestował: „Jestem pisarzem i katolikiem, ale nigdy nie pisarzem katolickim”.

13 sierpnia mija piąta rocznica śmierci francuskiego pisarza Juliena Greena. Łączył on w sobie typowe dla „stulecia ideologii” przeciwieństwa, lęki, urojenia, ale także nadzieje, olśnienia i pisarską sławę. Żył długo, niemal sto lat (ur. 1900), pozostawił po sobie kilkanaście powieści i opowiadań, kilka sztuk teatralnych i liczące 17 tomów dzienniki, które prowadził od 1926 roku i od pewnego momentu regularnie publikował.

Robert de Saint Jean, przyjaciel i biograf Greena, napisał kiedyś, że dzieło pisarza charakteryzuje przede wszystkim „fascynacja Absolutem i poszukiwanie prawdy bez względu na konsekwencje”. Dziennik, a zwłaszcza powieści Greena — ten „prawdziwy dziennik”, jak zwykł był o nich mawiać — wypełnione są szczególnym rodzajem niepokoju, który wciąż nakazuje pisarzowi sięgać w głąb siebie i tęsknić za Bogiem, źródłem prostoty i szczerości.

Tajemnice Paryża

Ojciec Anglik, matka Amerykanka, pięć sióstr i mały Julien — miejscem zamieszkania tej rodziny był Paryż okresu la belle époque. Liczne stronice prozy Greena wypełnione są migotliwymi obrazami francuskiej stolicy. Rodzina żyła skromnie, ale na poziomie; ojciec był przedsiębiorcą handlującym olejem bawełnianym sprowadzanym ze Stanów Zjednoczonych i potrafił zapewnić byt całej rodzinie, choć ze względów finansowych często musiała się przeprowadzać. Stąd tak wiele obrazów ówczesnego Paryża utrwaliło się w pamięci dziecka — przestronne wnętrza kolejnych mieszkań, ustronne parki, w których tak dobrze było siedzieć na ławce i czytać, chłodne podwórza, na których nie było słychać miejskiego gwaru i wysokie kamienice — tam z mansardowych okienek pokojów dla służby roztaczał się widok na niezliczone paryskie dachy. Sekwana ze swoim szarozielonym nurtem, szeregiem kamiennych mostów spinających oba brzegi i zamglonymi nadrzecznymi bulwarami; na nich nocą czaił się występek, a samobójcy żegnali się z życiem (przepływającą przez Paryż rzekę uczyni potem Green głównym bohaterem powieści Manekiny).

Życie w stolicy Francji miało jednak i inny wymiar. Pani Green wraz z córkami i synkiem często odwiedzała liczne galerie sztuki znajdujące się w tym mieście. Niespełna pięcioletni Julien podziwiał antyczne posągi w Luwrze, patrzył na szereg płócien, a wiele z nich zapamiętał. Zwłaszcza jeden obraz wrył się głęboko w pamięć sześcioletniego dziecka. Przedstawiał faraona, który w szale gniewu zabił dwóch niewolników zwiastujących mu niepomyślne nowiny. Przepyszne, muskularne ciała ciemnoskórych mężczyzn w majestacie gwałtownej śmierci. Green oglądał płótno wielokrotnie i wówczas po raz pierwszy poczuł zgrozę.

Pozostał paryżaninem; tu zamieszkał i tu do końca życia pisał swoje książki. Miasto nad Sekwaną stało się nieodłączną częścią dzieła.

Największą tajemnicą dzieciństwa Juliena Greena nie stał się jednak Paryż, pozostała nią matka przyszłego pisarza. Pochodząca z południa Stanów Zjednoczonych Mary Hartrige Green, córka oficera wojsk Konfederacji, do końca długiego życia swego syna była obecna w jego wspomnieniu, którym potrafił podzielić się z czytelnikami: „Można opowiadać o barwie oczu szarych z odcieniem jasnego błękitu. Nie odda się jednak słowami czułości czyjegoś spojrzenia”. Matka pełna miłości, czytająca codziennie na głos Biblię i wspominająca swój kraj młodości — bogate i dumne Południe, niesłusznie pognębione wojną secesyjną. Na ścianie w salonie wisiała oprawiona flaga Skonfederowanych Stanów Ameryki, a Mary Green wciąż powtarzała dzieciom: „To jest wasza flaga”. To dlatego jeszcze po wielu dziesięcioleciach jej syn wyznawał: „Niezależnie od tego, co robię, jestem Południowcem zagubionym w Europie”. Była to też matka obsesyjnie troszcząca się o moralność syna i narzucająca mu wizję świata podzielonego po purytańsku na „czyste” i „nieczyste” — te obrazy i psychologiczne uwarunkowania pozostały w Julienie Greenie i znalazły trwałe miejsce w jego pisarstwie. Pragnienie świętości, pokusa i lęk przed piekłem, wina odpokutowana po latach i cierpienia zwykłych szarych ludzi, żyjących z dnia na dzień bez nadziei na zmianę swego mieszczańskiego uporządkowanego życia, cierpienia tak wielkie, że aż niewyobrażalne dla świata wokół — czytając o tym w książkach Greena, musimy pamiętać o matce — tajemniczym i pełnym powikłań początku, z którego wyrosła pisarska wrażliwość. Napisał: „Wiedziałem, że kocha mnie miłością trochę fanatyczną, jaką i ja żywiłem do niej. Może nawet bezwiednie obstawiała mnie ze wszech stron straszliwymi zakazami”.

Były też siostry — niedostępna Mary i piękna Eleonora, obie mieszkające już poza domem, Anna, Reta i najmłodsza — Lucy, najbardziej z nich zamknięta w sobie, nieszczęśliwa, cierpiąca. Może zaniedbywana przez rodziców? Ten dom, w którym ojciec wieczorem wesoło gawędził z wszystkimi przy pięknie zastawionym stole, na którym pyszniły się srebra przywiezione z Ameryki, z matką, spowitą w popielaty szal i odpoczywającą przy kominku, z siostrami grającymi na fortepianie — rzeczywistość dzieciństwa zakończyła się wraz z rokiem 1914, kiedy śmierć zabrała Mary Hartrige Green, a wraz z nią „stary świat”, który rychło skąpał się w krwawej łaźni.

Wyruszyć przed świtem

Tak Green zatytułował autobiograficzną książkę napisaną wiele lat po wydarzeniach swojej młodości. Z dystansu zapragnął odkryć nić, która przechodziła przez całe życie i miała wyjaśnić sens zmagań człowieka ze światem i z samym sobą.

Zamierzam wejrzeć tam, gdzie zwracałem oczy jedynie przypadkiem, dołożyć starań, aby się dobrze rozpatrzeć w tej części świadomości, która tylekroć pozostaje ciemna, w miarę jak oddalamy się od dzieciństwa. Dobre ziarno, szczodrą ręką rzucane przez Boga, i złe przez szatana, jakże one kiełkowały?

To właśnie wtedy, po śmierci matki, a raczej — pod wpływem tej śmierci, młody Green zaczął dostrzegać w religii rozwiązanie swych młodzieńczych (właściwie jeszcze dziecięcych) dylematów. Od najwcześniejszego dzieciństwa był formowany przez chrześcijańską tradycję. Matka i ojciec, a także siostry przyszłego pisarza, byli protestantami. Matka wyznania episkopalnego (amerykańskiego odpowiednika anglikanizmu), ojciec zaś — prezbiteriańskiego. Cała rodzina chodziła od czasu do czasu do protestanckiego kościoła w Paryżu. Domowym wychowaniem religijnym zajmowały się matka i siostry, wpajając dziecku przede wszystkim przywiązanie do słowa Bożego. Biblijne obrazy, a także sam tekst Pisma Świętego, pozostaną z Greenem już do końca. Nawet w chwilach zwątpień i religijnego kryzysu nosił przy sobie Biblię i czytał ją; była ona częścią jego artystycznej osobowości. Jednak nieznana wcześniej pustka domu, z ojcem chodzącym po zimnych pokojach i starającym się ukrywać ból po stracie żony, samotność dziecka pozbawionego matki, pragnącego pokryć bolesny brak lekturą książek, wśród których było wiele dzieł religijnych, pchnęły tę nieuformowaną jeszcze osobowość w stronę Kościoła katolickiego. Najpierw katolikiem został ojciec i pozostawił swą konwersję w całkowitej tajemnicy przed dziećmi. Przypadkowo znaleziony w jego rzeczach Katechizm, potajemna lektura i nieśmiałe pytania zadawane przy obiedzie — tak zaczęła się nowa rzeczywistość duchowa, potwierdzona rychło chrztem w wieku 16 lat. „Czystość”, którą wpajała mu matka, tak harmonijnie połączona ze śpiewem zakonnic z kaplicy przy rue Cortambert, zdawała się teraz ogarniać całe życie młodego człowieka, upajać go niczym delikatnie, lecz silnie pachnący egzotyczny kwiat, a zarazem pogrążać w głębokim przekonaniu o niezwykłości własnej drogi. Młodzieńcze zachłyśnięcie się katolicyzmem było tak głębokie i szczere, że skutecznie odgrodziło Juliena od ludzi, z którymi przyszło mu się zetknąć. W milczeniu i samotności przeżywał swoje szczęście, zawsze wspominał o tym okresie życia jako o najlepszym. Daleki był przy tym od rozumienia innych; nawet służba wojskowa, którą ochotniczo odbył w charakterze kierowcy ambulansu podczas I wojny światowej, nie stała się dlań doświadczeniem spotkania z drugim człowiekiem. Żył teraz w sobie i dla siebie. Czy można się temu dziwić? Miał wtedy tylko 17 lat, wyrósł na przystojnego, pięknie zbudowanego mężczyznę, z czego powoli zaczął zdawać sobie sprawę, bo przyglądanie się swemu odbiciu w lustrze sprawiało mu przyjemność. Niestety, problemy własnej płciowości były daleko poza zasięgiem refleksji młodzieńca; wiązały się przecież z ciałem, czyli z tym, co, jak wierzył, pozostawało „nieczyste”.

W 1919 roku Julien Green zaokrętował się na statek płynący do Ameryki. Wyruszył do ojczyzny matki, na południe Stanów Zjednoczonych, by na uniwersytecie w Charlottesville w Wirginii studiować literaturę angielską. Powracał na prastary ląd, który jednak nie stał się dlań, jak dla wielu przed nim, spełnieniem marzeń o wolności. Było wręcz przeciwnie.

Zdawało mi się — wspominał Green po latach — że w miarę jak zbliżamy się do Ameryki, wszystko staje się coraz surowsze, ocean — coraz czarniejszy, światło — coraz zimniejsze, i że coś albo ktoś idzie przede mną. Czy to przeczucie? Lecz cóż warte są przeczucia? Jak mogłem zgadnąć, że za kilka tygodni wstrząśnie mną jeden z najgwałtowniejszych w moim życiu kryzysów religijnych i że oczekuje mnie cierpienie pod nieznanymi nigdy dotąd postaciami?

Zupełnie nie rozumiałem tej swojej miłości

Cierpieniem było na pewno odkrycie własnej odmienności seksualnej, dotąd może tylko przeczuwanej, może spychanej na dno świadomości. Szok musiał być tym głębszy, że wcześniej Green, oszołomiony nawróceniem i ufny w swą dzięki niemu „wyższość”, „inność” i „czystość”, podążając za sugestiami kierownika duchowego, pragnął nawet zostać mnichem lub świeckim księdzem. Czy teraz — już z bagażem homoseksualizmu — mógł nadal pozostać praktykującym katolikiem? Jak pogodzić brzemię inności i wynikłe stąd duchowe i cielesne powikłania z rzeczywistością konsekrowanej hostii i z Prawdą, którą w „świecie koszmaru” był Chrystus? Do tego dodać należy pielęgnowane przez lata poczucie odmienności i obcości wobec innych, w dziecinny sposób uznawane nawet za „powołanie” — teraz to wszystko stanęło murem między rozbudzoną osobowością, doświadczoną przez to, co „nieczyste”, a światem. U źródeł twórczości prozatorskiej Juliena Greena leży bolesny kłąb religijnych i psychologicznych sprzeczności, z którego rozwikłaniem pisarz borykał się przez ponad dwadzieścia lat. Wspominał:

Wraz z brutalną inwazją rozkoszy świat zdawał się odmieniać w moich oczach. Została mi dana wolność, nadużywać jej było czymś upajającym, przez wiele miesięcy doznawałem uczucia, że uciekłem z więziennego lochu.

Czy można się dziwić, że młody Green buntował się teraz przeciw nowemu wyznaniu? Nie przestając deklarować się jako katolik, po powrocie z Ameryki pisarz pod pseudonimem Théophile Delaporte opublikował głośny Pamflet przeciw katolikom francuskim, w którym najpełniej wyraziły się jego religijne rozterki neofity — z pasją pisał o wszechogarniającej Bożej Miłości, która zamieszkuje w sercu, a ono nie jest w stanie jej pojąć ani ogarnąć; ta Miłość sprawia, że zostajemy jej niewolnikami, przez co wszystkie przyjemności świata stają się nieznośne, bo jest zazdrosna o wszystko, co nie pochodzi od Niej, i powoduje, że dręczą nas wyrzuty sumienia, a czasem nawet rozpacz. Katolicyzm, który nie wiąże się z poczuciem nieładu i udręczenia, a do tego jest wyznawany w sposób chłodny i skalkulowany, nie jest katolicyzmem Greena. To wyznanie „innych”, od których młody pisarz wyraźnie się odcina. Płomienna forma wystąpienia nieznanego nikomu człowieka zwróciła m.in. uwagę Jacques’a Maritaina, z którym połączyła potem Greena wieloletnia przyjaźń.

W 1926 roku ukazał się literacki debiut autora pamfletu, powieść Mont– –Cinčre. Zyskała bardzo pochlebne recenzje i zaciekawiła francuską publiczność; ktoś o obcym nazwisku pisał z iście balzakowskim zacięciem, a w książce kryły się już wszystkie najbardziej charakterystyczne cechy tego pisarstwa: ascetyczny, ale i mistrzowski opis realiów, metafizyczny niepokój nurtujący bohaterów, wreszcie oniryczne i fantastyczne elementy, które stanowią o ingerencji Nieznanego w duszny mieszczański świat i zmieniają ludzkie losy.

We władaniu Waruny

Powieści i opowiadania Greena pisane w latach 20. i 30. wypełnia niepokojący mroczny nastrój, pełen sennych majaków, halucynacji i cierpienia — niezawinionego, tępego, któremu poddani są wszyscy bez wyjątku, uczestnicząc w dziwnym „tańcu manekinów”, do muzyki skomponowanej z ludzkich emocji, namiętności i żądz. Nie bez znaczenia było umieszczenie przed jedną z pierwszych powieści pt. Adrianna Mesurat motta autorstwa Marivaux: „Tak ograniczeni we wszystkim, czemuż zdolni jesteśmy do bezgranicznego cierpienia?”. Niewątpliwie za powikłanymi losami postaci kreowanych przez Greena mamy prawo dopatrywać się przeżyć duchowych i cielesnych, których doświadczał jedyny syn Mary Hartrige Green. Czy w innym wypadku zamieściłby w swym dzienniku znamienne zdanie: „Adrianna Mesurat to ja”? Bohaterka jego wczesnej powieści to osoba, która wiodąc na pozór ustabilizowane mieszczańskie życie na prowincji, jest terroryzowana przez apodyktycznego ojca i chorą siostrę, a jej udrękę pogłębia miłość do tamtejszego lekarza.

Świadectwem zagubienia duszy pisarza, ale i poszukiwań wzbogacających wiedzę Greena o sobie samym, stało się dogłębne zainteresowanie psychoanalizą, innymi niż katolickie wyznaniami: kalwinizmem i jansenizmem oraz hinduizmem, a wreszcie buddyzmem, do którego praktykowania skłaniał się nawet w którymś momencie. Przede wszystkim jednak Julien Green pisał; to wówczas ukazały się takie jego książki, jak Lewiatan, Manekiny (najbardziej chyba z nich mroczna — życie bohaterów ukazane jest jako wszechogarniające zniewolenie, z którego ucieczką może być bierne pogodzenie się z nim lub śmierć) i inne. Green staje się pisarzem, którego powieści są czytane i komentowane nie tylko w kręgach literackich.

Na lata te przypada również okres przyjaźni, a może raczej fascynacji osobą André Gide’a, pisarza podobnie jak Green wychowanego w religii protestanckiej. Gide swoją niezwykłą osobowością wywierał wielki wpływ na epokę, skandalizował, a jego jawny homoseksualizm, któremu dawał też wyraz w twórczości (Korydon) i „rozkochanie we własnym niepokoju” były swoistą grą, którą prowadził ze sobą, światem artystów i społeczeństwem. Ten, jak go nazywano, „osobisty przyjaciel diabła”, przyciągnął Greena tym, że mówił rzeczy ciekawe i różne od tego, co można było powszechnie usłyszeć, frapował oryginalnością sądów, zachowania, nawet ubioru. Czytał powieści Greena i miał na ich temat własny sąd, a jego utwory drukował na łamach założonego przez siebie pisma „Nouvelle Revue Française”. Chociaż znajomość ta trwała aż do śmierci Gide’a w 1951 roku, więcej tych dwóch artystów różniło niż łączyło. Pisał o tym tłumacz Gide’a i Greena, Julian Rogoziński:

Anomalia, w której Gide upatrywał jeszcze jeden powód do zachwytów nad sobą, była dla Greena opanowanego identycznymi skłonnościami koszmarem znajdującym ujście w jego powieściach bez porównania bardziej dramatycznych aniżeli Dziennik. To, co Gide traktował jako zwykłe i skądinąd niezawinione odstępstwo od norm psychofizycznych, szukając dlań uzasadnień (nie nowych, co prawda) między innymi w obyczajach i mitach greckich, było zawsze (…) dla Greena dręczącym problemem transcendentnym, alternatywą zbawienia lub wiecznego potępienia.

Green przyznawał, że od roku 1930 rozpoczęła się w jego duszy walka, która dziewięć lat później się zakończyła ponownym nawróceniem. Powrót do Kościoła był tym razem całkowity i konsekwentny, a wyrazem duchowej przemiany pisarza pozostała powieść wydana w 1940 roku. Jej tytuł — Waruna — to imię indyjskiego bóstwa nieba, chaosu, zimna i magii, które z wysokości śledzi dobre i złe czyny człowieka. Literackie pozbawienie mocy Waruny stanowi świadectwo zerwania autora z religijnym synkretyzmem, a także obraz powrotu Greena do katolicyzmu. W duszy pisarza wedyjskiego boga ponownie zastąpił Bóg–Człowiek.

Rzadko się zdarza — pisał we wstępie do Dziennika — by nawrócenie nie było osiągnięciem celu. Czasami wołają o cudzie, i słusznie, bo to jest cud, ale powtarzając za Massillonem, cud powolny. Przygotowanie sięga niekiedy wiele lat wstecz. Eksplozja jest raptowna, lont był długi.

Prawda ukryta w duszy

Dziennik Greena jest przede wszystkim świadectwem duchowej walki, którą pisarz prowadził sam ze sobą, także ze swoją płciowością, oraz przykładem uczciwości w opisywaniu emocjonalnych i duchowych problemów właściwych dla katolików ubiegłego i obecnego stulecia. Z Greenem stało się chyba tak, jak pisał chętnie czytywany przezeń Pascal:

Wnet wyrzekłbym się rozkoszy, powiadają, gdybym miał wiarę. A ja wam powiadam: — Wnet mielibyście wiarę, gdybyście się wyrzekli rozkoszy. Otóż waszą rzeczą jest zacząć. (…) możecie porzucić rozkosze i doświadczyć, czy to, co ja mówię, jest prawdą.

Prawda Juliena Greena, którą pozostawił w swoich książkach, jest zaś przede wszystkim prawdą o człowieku poszukującym Boga przez całe życie. Konsekwentnie, mozolnie, przez duchowe załamania i mimo nich, w depresji i w stanie grzechu, ale również w pięknie stworzenia, w muzyce i literaturze, a zwłaszcza w głębinach własnej duszy, której nie zawahał się nam pokazać tak, jak potrafił najlepiej. To prawda artysty, dla którego religia była najważniejszą rzeczywistością hic et nunc, od czasów, gdy jako kilkuletnie dziecko słuchał głosu matki czytającej Biblię, aż po lata ostatnie, kiedy jako starzec i członek Akademii Francuskiej, otrzymywał listy zaklinające go, by nie przestawał pisać i publikować kolejnych tomów swego Dziennika.

Rozmyślając o moim życiu — pisał Green na jego kartach — widzę w nim niewielki postęp. A jednak istnieje we mnie ogromna żądza poznania prawdy, tyle tylko, że to przygoda wymagająca dużej odwagi. O ile kiedykolwiek uda mi się pokazać tę prawdę, podzielę się nią z tymi, których kocham. Nadejdzie moment, kiedy będziemy gotowi. Wtedy powiem, czego się nauczyłem, i będziemy znacznie szczęśliwsi. Dowiemy się nareszcie wszyscy, że śmierć nie istnieje, że śmierć to koszmar wyimaginowany przez ignorancję, i pozostaniemy razem na zawsze.

Korzystałem z następujących książek Juliena Greena:

Wyruszyć przed świtem, tłum. Zofia Milewska, PAX, Warszawa 1969;
Tysiąc dróg stoi otworem, tłum. Ireneusz Kania, Wydawnictwo Literackie, Kraków–Wrocław 1985;
Dziennik, tłum. Julian Rogoziński, PAX, Warszawa 1972;
Dziennik 1966–1976, tłum. Julian Rogoziński, PAX, Warszawa 1982;
Adrianna Mesurat, tłum. Wiera Bieńkowska, PAX, Warszawa 1973;
Manekiny, tłum. Barbara Durbajło, PAX, Warszawa 1985;
Waruna, tłum. Julian Rogoziński, PAX, Warszawa 1959; oraz z biografii pisarza autorstwa Roberta de Saint Jean
Julien Green par lui–męme, Éditions du Seuil, Paris 1967. Cytat z Pascala: Blaise Pascal,
Myśli, tłum. Tadeusz Żeleński (Boy), PAX, Warszawa 1983.

Przygoda pewnej duszy
Wojciech Chmielewski

urodzony  8 marca 1969 r. w Warszawie – absolwent historii i podyplomowego studium dziennikarskiego, prozaik, historyk i dziennikarz, publikował w „Rzeczpospolitej”, „Nowym Państwie”, „Tygodniku Solidarność” i „Nowych Książkach”....