Przyjaciele pani Walentyny

Przyjaciele pani Walentyny

Człowiek na linie, USA/Wielka Brytania 2008, reż. James Marsch wyst. Philippe Petit

Każdy w życiu ma jakieś marzenie, czegoś pragnie, o czymś myśli, coś, co lubi, co chciałby jeszcze raz zobaczyć, usłyszeć. Zdanie legenda, zapamiętane z Barei, mistrza wyłuskiwania detalu i absurdu minionej rzeczywistości, podprowadzało pod największe marzenie pani Walentyny Wnuk, która od wielu lat była salową i która najbardziej chciała usłyszeć piosenkę pana Koracza o zdrowiu. Philippe Petit mówi w tym filmie również o marzeniach, o tym, że „lepiej przeżyć 30 lat pełnym życiem niż 80 na pół gwizdka, gdzie jest tylko praca, jedzenie i sen. Warto mieć marzenia, gonić za nimi – to czyni człowieka szczęśliwym. Wtedy poczucie spełnienia w życiu jest ogromne”.

Film Jamesa Marscha powstał z miłości i jak wszystko, co opiera się na wielkich emocjach, jest cudownie niedoskonały, a jednocześnie obdarzony jakąś niezwykłą mocą. Tą miłością jest tytułowy spacer, fascynujący świat otwartej przestrzeni i wysokości, w której zawieszona na linie niknie sylwetka linoskoczka. Ten świat stworzony z marzeń, ożywiany nieco nostalgicznymi chropowatymi sekwencjami zdjęć z ręcznej kamery na nieuwznioślonej łączce, opowiadającymi o przygotowaniach do finałowego przejścia między wieżami Manhattanu, grzeszy nieco infantylną manierą neobarokową. Jest w nim jednak coś hipnotycznego. Może ze względu na specyficzny cyrkowy anturaż towarzyszący bohaterowi – artystyczne alter ego, nieco dzikie, dowcipne i milczące, które stworzył podczas ulicznych występów, może przez swoje ulotne piękno, tak kruche i chwilowe, ale zawieszone w doświadczeniu ekstremalnego napięcia, owej chwili wydartej prawom natury, ręką człowieka podobnego do nas. Problem polega tu na wyjątkowo silnej identyfikacji z bohaterem, zarówno ze strony reżysera, jak i widza. Oglądając film, z niebezpieczną łatwością podzielamy niezdrowe pragnienie, by przekroczyć granice ludzkiego doświadczenia i konsekwentnie dajemy się unieść powietrznym wyczynom, balansującym na granicy zdrowego rozsądku.

Philippe Petit jest taką postacią, która nie chce uczestniczyć w normalnej rzeczywistości. Od lat czuje, że prawdziwe życie toczy się gdzie indziej – w świecie na jednej linie, gdzie prawdziwie doświadcza szczęścia i radości spełnienia. Balansowanie na linie nie jest dla niego tylko sportem czy formą konkurencji, próbą pokonania kolejnych granic doświadczenia ludzkiego, ale jest w tej obsesyjnej fascynacji przestrzenią balansowania na granicy życia i śmierci. Każde wejście na linę – czy to między wieżami katedry Notre Dame, czy przęsłami Sydney Harbour Bridge – jest kolejną prowokacją, w jakiś sposób odrzuceniem „ziemskiej” miłości, a przez pobijanie kolejnych rekordów zanurzeniem się w fascynacji, którą można spuentować wyimkiem z wywiadu, który został po Wandzie Rutkiewicz. Gdy pytano jej towarzysza ostatniej wyprawy, czy była szansa na zawrócenie i odłożenie zdobycia Kangczendzongi, ten miał odpowiedzieć: „Wanda w oczach miała tylko jedno… tę górę”. Pewne podobieństwo tej wypowiedzi dostrzegam w barwnej narracji Petita, który… w oczach ma cały czas „to jedno”, przejście po linie rozwieszonej między wieżami World Trade Center przeszło czterysta metrów nad ziemią.

Można oskarżyć ten film o zbytnią naiwność, o to, że jest piękny, ale jednocześnie bardzo głupi. Ale czy przypadkiem ta naiwność nie jest usprawiedliwiona bardzo osobistym tonem graniczącym niemal z egzaltacją i świadomie wybraną paradokumentalną konwencją opowiadania? I może jest też tak, że piękno, które tak porywa Francuza, wyrwane codzienności, oddzielone od niej grubą kreską, jest dla nas darem i nie jest nam dane raz na zawsze. Wymyka się nam, bo nawet gdy już je otrzymamy, trzeba się zgodzić z koniecznością otwarcia dłoni i wypuszczenia z rąk. Filmowa historia skoncentrowana na milczących i majestatycznych szklanych ścianach wieżowców ma jeszcze jeden wymiar ulotności. Jest wspomnieniem i hymnem na cześć miasta, które już nigdy nie będzie takie samo. Z dwóch wież, które „zdobył” Petit, dziś nie pozostało już nic oprócz wielkiej, ziejącej tragedią dziury, tysięcy ton zgniecionego metalu i gruzu, a także setek odbitek w galerii SoHo, zapisu eschatologii, która wzięła odwet na codzienności, ostatecznie utraconej niewinności.

Świat Człowieka na linie z jego patosem, ale i humorem, jest rzeczywistością jawnie inscenizowaną, funkcjonującą na granicy zamierzonej sztuczności. Zaskakujące, nienaturalne zbliżenia, finezyjne ruchy kamery, zniekształcona perspektywa filmowania i muzyka rodem z burleski; czarnobiałe baletowe dekoracje wykorzystują nieco przestarzały kostium klasycznego kina francuskiego jako swoisty gadżet, którego użyteczność wynika ze sprytnego pomysłu, a nie z gatunkowej nostalgii. Fotografowane z miłością powietrzne przestrzenie miasta przywołują poetykę snu czy baśni, której świat rządzi się własnymi regułami. Miasto jest w tym filmie osobnym bohaterem. Wrażenie zagubienia, nastrój niespokojnego oczekiwania, stalowe kolory, kontury wychwytywane przez wschodzące nad miastem słońce, pochylone plany, absurdalne cienie. Tak, Nowy Jork ma w sobie coś niezwykle uroczystego i jest jak scena, która nie oczekuje publiczności, zaludniana jedynie przez manekiny, jest miastem gigantem, celowo tak sfotografowanym, by zaakcentować efekt wielkości wyzwania mu rzuconego.

Co więc zostanie? Chyba to, co mówi policjant, który aresztował Petita – „wiedziałem, że nigdy czegoś takiego już nie zobaczę”. A dla nas? Czy opowieść, która mimo mało poważnego tematu o linoskoczku i cyrkowcu jakoś nas moralnie drapie, wciąga w poważne dyskusje nad światem? Chyba nie. To zgrabna historia skupiająca jak w soczewce wszystko – radość i smutek, głupotę i śmieszność, nade wszystko zręczność i przebiegłość. Zachwyca brakiem drugiego czy trzeciego dna, jest zapisem pasji w postaci czystej, bez domieszek, tryumfem ludzkiej woli, marzenia nad materią, przeżyciem religijnym, o którym opowiada się później, nie kryjąc wzruszenia, bez samokontroli. W końcu po co zdobywa się takie wieżowce – „bo są”. Jakie to mało egzotyczne, a jakie urokliwie i proste zarazem.

Ten film jest w końcu minitraktatem o życiu szczęśliwym, jednym jedynym, krótkim i przeciekającym przez palce, tym, które kpi z naszej antykwarycznej skrupulatności, zamykanych i otwieranych z szumem rozdziałów, także zaprzepaszczonych okazji, które już nie wrócą, a które uratowalibyśmy, dając im szansę, w końcu o naszych oczach zaszłych delikatną mgiełką smutku, która, bywa, kryje nasze rozgoryczenie. Czy to nie o nich mówiła Rutkiewicz, gdy wróciła zwycięsko z najwyższego szczytu ziemi: „Być może marzyli o jakichś własnych Everestach nie mniej niż ja o swoim, być może dzięki mnie – jednej z nich – uwierzyli, że ich marzenia i tęsknoty za czymś naj mogą się spełnić…”. Wiem coś o wewnętrznym imperatywie tych słów, które domagają się wyłączności i nie znoszą sprzeciwu. Mój brat właśnie pakuje liny i jedzie na Zadni Kościelec.

Przyjaciele pani Walentyny
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...