Przypadek

Przypadek

Obie uważały tak samo: to nie było nic nadzwyczajnego. Mimo wielkiego ryzyka. Mimo jego świadomości. Mimo że była Ewa. Ktoś potrzebował pomocy. Ktoś pomógł. Po ludzku.

Przypadek? Zrządzenie losu? Bo jak to inaczej nazwać?

Pojechałem do Yad Vashem jako dziennikarz, by oglądać i rozmawiać. Interesował mnie leksykon Sprawiedliwi wśród Narodów Świata — jego trzecia, dwutomowa, opasła część całkowicie poświęcona Polakom, którzy ratowali Żydów.

— Chce Pan zobaczyć, jak wygląda wręczanie medalu? — spytał podczas rozmowy prof. Israel Gutman, szef zespołu historyków przygotowujących leksykon. — Ma Pan szczęście, za godzinę wręczamy go komuś.

Chciałem, oczywiście.

Okazało się, że medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata otrzymują właśnie Polacy.

Okazało się, że za zmarłych rodziców odbiera go ich córka.

Okazało się, że mieszka w Szamotułach. Pod Poznaniem, w którym ja mieszkam.

Miejsce: Warszawa. Czas: lata 1943–44. Mała Ewa Gawlak urodzona niemal tego samego dnia, co Pan Jezus, 26 grudnia 1939 roku, dostaje opiekunkę. Jest nią niewysoka, czarnowłosa kobieta, o trochę pucołowatej twarzy. Nazywa się Helena Zakrzewska. Rodzice Ewuni są zajęci, zwłaszcza ojciec — często siedzi w zakładzie, gdzieś wyjeżdża, wychodzi, znika. Mama pomaga mu w księgowości. Jest to zakład elektrotechniczny. Zatrudnia kilka osób. Produkuje lampy, czajniki elektryczne, żelazka, światełka na choinkę… Trwa wojna. Ojciec ma dryg do interesów. Jeździ aż pod Kraków. Ma stałych odbiorców (sklepu nie prowadzi). Powodzi im się dobrze. Trzeba tylko nie dać się zabić.

Mama ma na imię Aurelia. Ojciec Alfons. Aurelia i Alfons Gawlakowie dali ogłoszenie w gazecie. „Potrzebna pomoc domowa” — i adres: Marszałkowska 131/3.

Helena tego dnia straciła pracę. Wyszła na ulicę. Nie miała dokąd pójść. Kupiła gazetę. Pod adresem Marszałkowska 131/3 był zakład. Do mieszkania przyprowadził ją Alfons. Aurelii się spodobała. Zrównoważona, uśmiechnięta (choć i poważna), może w oczach trochę niepewności, ale któż mógł się wtedy czuć pewnie?

Przyjęli ją.

Rodzice Ewy pochodzili z Wrześni. On rocznik 1911, ona 1913. Ojciec Reni — jak mówiono na Aurelię — był rzeźnikiem. Miał duży warsztat i czeladników. Ojciec Alfonsa z kolei — szewcem. Też miał warsztat i czeladników. Zakłady były w podwórzach. Od ulicy znajdowały się sklepy.

Alfons został architektem budowlanym. Wyjechał do Gdyni i założył firmę. Zleceń było dużo. Wrócił po Renię. Pobrali się we wrześniu 1937 roku. Przenieśli się na Wybrzeże. A w 1939 roku jeszcze raz — do Grodna. Alfons otworzył tam oddział firmy. Praca była odpowiedzialna — miał budować państwowe lotnisko.

Wybuchła wojna. On, podporucznik rezerwy, został zmobilizowany. Ona, w szóstym miesiącu ciąży, została ze służącą i psem w Grodnie. Jego Niemcy wzięli do niewoli. Udało mu się uciec, zanim trafił do oflagu. Jej do ich dużego, ładnego mieszkania sowiecka władza dokwaterowała ważnego oficera.

Renia i Alfons okazali się przewidujący. Gdyby nie mógł wrócić, mieli się spotkać w Warszawie, w mieszkaniu znajomych. On dotarł tam przed nią. Ona sprzedała część rzeczy. Spakowała się. Wzięła służącą i najęła chłopa z wozem. Potem przewodnika. Chłodną nocą, w ósmym miesiącu ciąży, zaczęli przekraczać świeżo wytyczoną granicę. Zatrzymali ich sowieccy żołnierze. Przewodnik uciekł. One zaczęły krzyczeć, że przechodzą z tamtej, niemieckiej strony. Żeby ich nie oddawali Niemcom. Że tam źle, niedobrze, że tu mają rodzinę. Patrol był trzyosobowy. Dowódca sprawdził dokumenty (polskie, z zameldowaniem jeszcze w Gdyni). Spojrzał na jej brzuch. Potem na swoich żołnierzy. Odprowadził je kawałek i puścił.

Spróbowały znów następnej nocy. Z nowym przewodnikiem. Przeszły. Tej nocy Alfons również przeszedł zieloną granicę. W drugą stronę: do Grodna, po nią. A po kilku dniach znów, z powrotem.

Tak, jak się umówili, spotkali się u znajomych w Warszawie.

Mrok w zakamarkach i kątach nieprzenikniony. Pustka. Wysoki mur z wielkich głazów nakryty jest betonowym dachem, jak namiotem. Lufcik nad zniczem, który płonie tu ku pamięci milionów. Jak świętość. Na posadzce wyryte, rozrzucone dwadzieścia jeden dużych napisów. Nazw miejscowości. Obozów zagłady. W większości to polskie nazwy. Tylko jedna jest podwójna: Auschwitz–Oświęcim.

Miejsce jest posępne. Nazywa się Salą Pamięci. To serce Yad Vashem. Jak świątynia. Żeby doń wejść, trzeba nakryć głowę. Każdy kamień tu mówi, każdy napis krzyczy. Płomień spala niepamięć. Panuje milczenie.

Tylko jedna rzecz je przerywa. Uroczystość wręczenia medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Za ocalenie życia. Tu zaczyna się każda z nich. Ktoś przemawia. Śpiewa kantor. Ewa Bielaczyk z domu Gawlak dotyka gałki i płomień strzela w górę. Ci, którzy przyszli na uroczystość, patrzą z daleka.

Powinni tu być Aurelia i Alfons Gawlakowie, zwykli, najnormalniejsi ludzie. To dla nich jest ta uroczystość. Ale oboje dawno nie żyją.

Sprzątała, gotowała, zajmowała się Ewunią. Dziewczynka lubiła spacery. Helena Zakrzewska nie lubiła wychodzić, ale z nią szła chętnie. Chodziły do Ogrodu Saskiego. Ewa zapamiętała, że przed wyjściem opiekunka zakładała opaskę na głowę. Zawsze. Opaska utrzymywała z tyłu jej długie czarne włosy i zasłaniała uszy. Coś nie tak było z uszami? W opasce wyglądała bardziej aryjsko?

Z domu nazywała się Ola Rotzach. Ola Schary — po mężu. Byli w getcie: oni, rodzice, rodzeństwo. Z mężem zaręczyli się przed wojną. Pobrali się w jej pierwszych miesiącach, kiedy jeszcze nie było muru. W marcu 1943 roku mąż pomógł Oli przedostać się na aryjską stronę. Kupiła lewe papiery. Dobre, prawdziwe — po zmarłej Helenie Zakrzewskiej, katoliczce, pomocy domowej. Zawód też był dobry.

Pierwsza zginęła mama. Jesienią 1942 roku została zabrana z ulicy na Umschlagplatz. Bydlęcy wagon zawiózł ją do Treblinki. Ojciec zginął w getcie, podczas likwidacji powstania. Mąż za Olą przeszedł do polskiej części Warszawy. Nie miał aryjskiego wyglądu, musiał się ukrywać. Ktoś go wydał. Został schwytany i zamordowany.

Ola była warszawianką. Urodziła się w 1914 roku w dobrej, dość zamożnej rodzinie. Nie kaleczyła języka, bo w domu mówili po polsku, ale modlitw nie znała. Zdradzały ją szczegóły. Ona, pomoc domowa, podczas rysowania z Ewą mówiła: peacock blue, orange. Przed Bożym Narodzeniem Ewunia zaczęła ją prosić, by pośpiewała jej kolędy. Nie umiała. Dziewczynka zaczęła dopytywać: — Dlaczego nie chcesz mi śpiewać? No, dlaczego, powiedz? Nauczyła się modlitw, ale do kościoła chodzić nie lubiła. Nie była pewna swego zachowania. Bała się błędów, które ją zdradzą. W niedzielne poranki wychodziła z mieszkania z książeczką do nabożeństwa w ręce. Na schodach chowała ją do torebki, za rogiem zmieniała trasę. Spacerowała przez godzinę. — Helenko, co dziś ksiądz mówił na kazaniu? — pytała ją nieraz pani Gawlak. Miała przygotowaną odpowiedź. Na szczęście gospodyni, jak jej się zdawało, słuchała jednym uchem.

Miała trochę szczęścia. Pierwsza rodzina, do której się najęła, szybko się domyśliła. Pomoc domowa, a nie wie, jak się obiera i gotuje ziemniaki? Jak zrobić naleśniki? Za często stawała w oknie kuchni. Widać było z niego płonące getto. Pierwsza rodzina powiedziała jej, że ją zwalnia. — Dlaczego? — spytała. — Jest wojna, Helenko — usłyszała.

Jak ona, taka ostrożna, uwierzyła w te plotki? Wiosną, a może już latem 1944 roku nagle ludzie zaczęli gadać, że wkrótce do Warszawy wejdą Rosjanie. Może niezbędna była jej ta wiara? Może potrzebowała, żeby ktoś wiedział? Nie wytrzymała. Powiedziała. Powiedziała Gawlakom, że jest Żydówką. — Domyślałam się — usłyszała od Aurelii. — Nie spałam wiele nocy, zastanawiając się, co mam z tobą zrobić.

Rosjanie nie weszli. Przyszli Niemcy. Któregoś dnia wpadli do kamienicy. Ich buciory załomotały po schodach. Szli po kogoś. Renia zamarła, przysiadła na krześle. Ola przy piecu. Spojrzała na Ewunię, która dalej bawiła się lalką, choć nagle ucichła… Nie, nie tu. Po sąsiada.

W lipcu pojechali do Świdra. Mieli tam mały letniskowy domek. Dorosła Ewa niczego nie pamięta. Wszystko mówią jej zdjęcia. Czarno–białe i jedno kolorowe. Jest na nich las, łąka, słońce, leżak. Ona, rodzice, Helenka, jakieś koleżanki. Wojny nie ma. Jest szczęście. Najwięcej go na tym kolorowym. Mama i tatuś w strojach kąpielowych, mama trzyma ją na rękach. Ewa wygłupia się, wygina głowę. Śmieją się.

Wybuchło powstanie. Zakład przestał działać. Renia z Heleną cieszyły się, ale i martwiły, co z nimi będzie. Alfons poszedł walczyć… Tak mówiła mama, ale Ewa pamięta, że codziennie wychodził i wracał do domu. Może pomagał?

Kiedy zaczynało się bombardowanie, schodziły do piwnicy. Coraz częściej. Sąsiedzi nie wiedzieli, kim jest Helena. Po co kusić los? Podczas któregoś nalotu bomba trafiła we frontową część kamienicy. Waląca się ściana zasypała wyjście. Ewa zapamiętała huk, pył, krzyk, swój płacz, ciemność. I to, że uratował je tata. Zbiegli się ludzie z okolicy. Wśród nich Alfons. Wejścia nie było, chyba że z piwnic sąsiednich domów. Przebili ścianę.

Światło jest inne. Czyste, intensywne, wszechobecne. Jest w nim wiele życia. Otwiera świat, inaczej niż ludzie, którzy często się zamykają.

Światło Jerozolimy. Żółte, nasączone nim skały, z których zbudowane jest miasto. Rdzawa, wypłowiała ziemia. I drzewa oliwne. Na Górze Oliwnej albo tu, na Wzgórzu Pamięci, wznoszącym się pośród dużego kompleksu Lasu Jerozolimskiego. Kilkanaście tysięcy drzew, zasadzonych pojedynczo, drzewko po drzewku, przez tych, którzy uratowali w czasie wojny choć jedno życie, choć jednego Żyda. To tutaj jest Instytut Pamięci Narodowej Yad Vashem.

To nazwa biblijna, z Księgi Izajasza (56,5). Znaczy: Miejsce i Imię. Lub też: Pomnik i Pamięć.

Najstarsze oliwki mają pięćdziesiąt lat. Najmłodsze około dziesięciu. Są wszędzie — wzdłuż alei, ścieżek, zajmują całe zbocza. Żyją za tych, których zamordowano i za tych, którzy przeżyli, ale też już nie żyją. Od pewnego czasu nie sadzi się już nowych. Nie ma miejsca. Na granicy oliwek i lasu powstał Ogród Sprawiedliwych. Na zboczu wzgórza, wśród sosen, pną się tarasy. Na kamiennych tablicach wypisuje się kolejne nazwiska kolejnych Sprawiedliwych. Jest ich już około 21 tysięcy. Polaków — około 6,6 tysięcy.

To tam kończy się uroczystość.

Ewunia Gawlak lubiła się śmiać. Ewie Bielaczyk łzy same napływają do oczu, kiedy w imieniu rodziców odbiera medal i dyplom. Kiedy z kamiennej ściany zdejmuje kawałek czarnego materiału, który odsłania czarne litery. Aurelia & Alfons Gawlak. Ich nazwisko pozostanie wyryte na kamiennej ścianie w dalekim mieście, w którym zmarł Pan Jezus.

To dobre łzy. Radosne. Dobre gesty. Obejmują się i ściskają: córka tych, którzy pomogli Oli, i córka Oli, która po 60 latach zaczęła szukać Ewy. Przez chwilę czują się, jakby były siostrami, które w końcu się odnalazły. A mogło się tak nie zdarzyć.

— Szczerze mówiąc, nie wierzyłam w powodzenie tej misji — przyznaje Hellen Motro, córka Oli Schary.

Ewa nie pamięta ojca. Gdyby nie zdjęcia, nie wiedziałaby, jak wyglądał. Nie pamięta spacerów do Ogrodu Saskiego. Rysowania, kolęd, zabaw. Twarzy Helenki, choć gdy się rozstały, długo pytała, gdzie ona jest. Zdjęcia, na których z nimi została, ocalały przypadkiem. Po wojnie Renia wróciła do Warszawy. Chciała uratować coś z rzeczy. W gruzach był tylko album. Fotografie ze Świdra, z powstania, z zakładu…

Najlepiej pamięta ciepłą dłoń Helenki. I ciepłą dłoń mamy trzymającej ją za drugą rączkę. Wychodziły ze zniszczonej Warszawy w tłumie zmęczonych, sponiewieranych ludzi. Powstanie upadło. To był koniec. Prowadzili ich do Pruszkowa.

Zanim do niego doszły, ostatni raz widziały Alfonsa. Niemcy ich rozdzielili. On był z mężczyznami. Obraz w pamięci Ewy jest niewyraźny. Niewytłumaczalny, ale dziecięco prawdziwy. Jakaś stacja kolejowa. Są tam z matką i Heleną. Wjeżdżają bydlęce wagony. Wychodzą z nich mężczyźni. Jednym z nich jest tatuś. Zbiera kilka cegieł, robi ognisko. Gotują zupę. Jest na chwilę. Potem żołnierze znów go zabierają. Znika. Na zawsze.

W obozie w Pruszkowie są w tłumie ludzi, w fabrycznej hali. Helena choruje. Dostaje wysokiej gorączki. Trafia do obozowego lazaretu. Kiedy z niego wychodzi, muszą się rozstać. Niemcy systematycznie opróżniają obóz. Kobiety z dziećmi idą na prawo, samotne na lewo. Aurelia i Helena–Ola żegnają się. Życzą sobie, żeby przeżyły. Dziękują. Renia wyjmuje z kieszeni płaszcza zwitek banknotów. Trzy tysiące złotych. — Weź — mówi. — Żebyś coś miała.

Potem tułaczka. Parę miesięcy czekania na koniec wojny. Tłum kobiet z dziećmi Niemcy wożą całą noc w otwartych węglowych wagonach. Puszczają w Otwocku. Renia z Ewą mogą iść, dokąd chcą. Zaczyna się mroźna zima. Jadą do Piotrkowa Trybunalskiego, do kuzynostwa ojca. Niemcy uciekają. Wkracza Armia Czerwona.

Gdzieś podobnie przeżywa tę chwilę Ola. Gdzie? Co robi? Dziewięćdziesięcioletnia staruszka mieszkająca w pięknie położonym domu opieki w Herzliji pod Tel Awiwem tego nie powie. Traci pamięć. Jak w dzieciństwie, rozmawia ze światem głównie po polsku. Kim jest ta starsza, serdecznie uśmiechnięta kobieta, która odwiedza ją w październiku 2004 roku? Hellen uprzedziła matkę, że będzie gość z Polski. Ola myli Ewę z panią Gawlak. Imienia Aurelia nie pamięta. Tak, rozumiem, Ewa. Ewunia…

Zmienia temat.

Po wojnie Ola znalazła się w Sopocie. Szukają jej brat i siostra. Brat jest w Ameryce, siostra w Kanadzie. Chcą, by do nich przyjechała. Waha się. Boi się. W końcu jedzie. Życie się stabilizuje. Wychodzi drugi raz za mąż. Mieszka w Nowym Jorku. Rodzi córkę. Daje jej imię Hellen. Czy po Helenie Zakrzewskiej, którą była? Mąż umiera. Hellen kończy studia prawnicze. Wychodzi za Izraelczyka i w 1987 roku przeprowadzają się do Izraela. Do nadmorskiej miejscowości Herzlija pod Tel Awiwem. Ola jedzie z nimi. Hellen wykłada prawo na uniwersytecie w Tel Awiwie. Trochę para się dziennikarstwem. Mąż, Michael, jest kardiochirurgiem.

Renia wraca do Wrześni. Też ma drugiego męża. Wraz z nim bierze na wychowanie trójkę jego dzieci: czteroletnie, dwuletnie i ośmiomiesięczne. Apolinary Wiliński — tak się nazywa — długo czeka na odpowiedź Reni. Znają się sprzed wojny. Aurelia i Alfons skojarzyli go z jego żoną. Żona umarła nagle, przy trzecim porodzie. Renia boi się tego ciężaru. Ma innych adoratorów. Wreszcie Apolinary idzie do dziesięcioletniej Ewy i prosi ją o rękę mamy. Zostaje przyjęty. Są dobrą rodziną. Ewa jest starszą siostrą swoich braci i siostry.

Ewa Gawlak w 1960 roku wyszła za mąż. Została szkolną bibliotekarką. Mąż, Tadeusz Bielaczyk, jest inżynierem rolnikiem. Pracuje w instytutach i szkołach rolniczych. Uczy, jest inspektorem, dyrektoruje. Przenosi się z miejsca na miejsce. Sielinek, Nowy Tomyśl, Szamotuły… Rodzi im się Adam, potem Jacek, potem Ania. Wychowują dzieci. Żyją spokojnie. Tak, jak można w PRL.

Aurelia została we Wrześni. W 1974 roku zabrali ją na wspólne wakacje nad morze. Ewa pamięta, że była w świetnej formie. Zmarła dzień po powrocie, w czasie snu.

Alfons został we Frankfurcie nad Menem. Z Warszawy trafił do Dachau. Zabrali go z innymi więźniami do baukomando. Odgruzowywali niszczony przez bombardowania Frankfurt. Umiera 5 marca 1945 roku, tuż przed wejściem aliantów. „Na gruźlicę kości” — napisze poszukującej go Reni Czerwony Krzyż. Ewa w to nie wierzy. Ojciec był zdrowy. Silny. Może więźniowie zostali rozstrzelani?

W długi majowy weekend 2002 roku synowie Ewy Bielaczyk Adam i Jacek, razem z żoną Jacka, pojechali do przyjaciółki w Niemczech. Mieszkała niedaleko Frankfurtu nad Menem. Ciągle padało. Pamiętali, że we Frankfurcie umarł dziadek. Zadzwonili do domu. Ewa odszukała pożółkły dokument Czerwonego Krzyża z 1945 roku. Alfonsa pochowano — podawało pismo — na cmentarzu przy Kleyerstrasse 17.

Nekropolia ogromna, większa od Powązek. Nie mieli szans. Z nieba lały się strugi wody. W zamkniętym cmentarnym biurze ktoś jeszcze był. Zastukali w okno. Urzędnik podał im wydruk z mapką i zaznaczoną kwaterą. — Tam — usłyszeli — jest zbiorowy grób Polaków z czasu wojny.

Rzeczywiście był. Dwa duże kwadraty zieleni obwiedzione chodnikami z czerwonych cegieł, pośrodku kamień. Napis głosił, że leży tu 528 osób, które zmarły między sierpniem 1944 a marcem 1945 roku w zakładach Adlera. Zakłady Adlera były filią obozu koncentracyjnego w Natzweiler. „Wyniszczyła ich praca, roboty przymusowe, zmarli z głodu, wycieńczenia, w wyniku nieleczonych chorób, zachłostano ich na śmierć, zginęli w centrum Frankfurtu”. Tablicy z nazwiskami nie było. Może to tu, może nie. Szukać dalej nie było sensu. Mieli kwiaty i znicze. Przestało padać. Na chwilę zaświeciło słońce. Stawiając znicz, Adam odgarnął dłonią wodę z chodnika. W cegle coś było wyciśnięte. Jakieś słowa. Odgarnął jeszcze raz. Przeczytał… „Alfons Gawlak”…

Na cegłach były nazwiska tych, którzy zginęli. Przypadkiem trafił.

Dlaczego nie szukała Aurelii i Alfonsa? Dlaczego przez dziesiątki lat nie czuła potrzeby odnalezienia ich i podziękowania? Ola nie wie. Pomogli jej w decydującym momencie. Dali szansę na życie. Wykorzystała ją. Dlaczego więc milczała?

I dlaczego Renia nigdy nie wspominała Helenki? — Nie miałem pojęcia, że kobieta, która robiła najlepszy na świecie placek z jabłkami, była bohaterką — powie podczas uroczystości w Yad Vashem jej wnuk Adam. — Nie miałem pojęcia, że losy babci połączone są z losami pewnej żydowskiej młodej kobiety, która opiekowała się moją mamą.

Dlaczego? Może dlatego, że obie uważały tak samo: to nie było nic nadzwyczajnego. Mimo wielkiego ryzyka. Mimo jego świadomości. Mimo że była Ewa. Ktoś potrzebował pomocy. Ktoś pomógł. Po ludzku. Po prostu?

1 listopada 2003 roku Ewa była na grobie mamy we Wrześni. Wróciła do domu, zadzwonił telefon. To była przyjaciółka z podstawówki. Nie widziały się czterdzieści lat. Szukała jej pół roku. Powiedziała, że przyjeżdża do Szamotuł. Że ma dla Ewy gazetę. Że szuka jej pewna Żydówka z Izraela. Że chce dać jej rodzicom medal. Że…

Przed śmiercią robi się rachunki. 88–letnia Ola poczuła żal, że się nie odwdzięczyła. Powiedziała o tym córce.

Gdzie, jak szukać? Tylko Ewa mogła jeszcze żyć. Prawdopodobnie zmieniła nazwisko. Jakie są szanse? Jak 1 do 38 milionów? Hellen napisała tekst. Dla mamy. I w imieniu mamy. Poszukała polskiej gazety, masowej i popularnej. Wybrała „Super Express”. Wysłała list z prośbą. Dołączyła artykuł i zdjęcie ze Świdra, na którym obok Oli widać głowę dziewczynki, którą się opiekowała. Tekst ukazał się w długi majowy weekend 2003 roku.

W ten weekend, gdy gazeta poszukiwała jej i jej rodziców, Ewa Bielaczyk była w drodze do Frankfurtu nad Menem. Po raz pierwszy w życiu jechała na grób swego ojca.

Do niej też wracał czas sprzed 60 lat.

A „Super Expressu” i tak by nie kupiła. Nie czyta go.

Kiedy Ewa Bielaczyk odbierała w Yad Vashem medal dla rodziców — Sprawiedliwych wśród Narodów Świata — był tam Józio, brat Oli, który przeżył wojnę w obozie pracy w Rosji. Był Michael, mąż Hellen, którego matka uciekła z Berlina. Była siostrzenica Oli Barbara, której rodzice uciekli przez Japonię do Ameryki. Była Lidia, która jako dziecko została przewieziona przez Teheran do Palestyny. Były trzy wnuczki Oli.

Cała jej najbliższa rodzina.

W archiwum Yad Vashem są ponad trzy miliony stron świadectw Zagłady, spisanych przez jej ofiary. Przez tych, którzy ocaleli.

Ta historia jest jedną z nich. Zwykłą historią. Jedną z milionów. Nie wiedziałem, że ją napotkam.

Wszystko to przypadek? Nic więcej?

Przypadkiem Adam odnalazł grób dziadka, a Ola zapragnęła odnaleźć Aurelię i Alfonsa? Przypadkiem, kiedy Ewa jechała na grób ojca, Hellen zaczęła jej szukać? Przypadkiem w majowy weekend 2004 roku, gdy Ewa miała operację, Hellen, nic nie wiedząc o jej chorobie, wysłała mailem informację, że chce, aby medal dla Aurelii i Alfonsa odebrała w Yad Vashem, a nie w warszawskiej ambasadzie?

Przypadkiem pojechałem do Yad Vashem właśnie tego dnia?

Tak, przypadkiem.

Czym jest przypadek?

Przypadek
Andrzej Niziołek

urodzony w 1963 r. – absolwent kulturoznawstwa na UAM, dziennikarz, interesuje się historią Żydów poznańskich, a jego pasją jest odtwarzanie biografii zwykłych ludzi.Współpracował z magazynem „Press”. Wraz z...