Pustość

Pustość

Dom zły, reż. Wojciech Smarzowski, wyst. Marian Dziędziel, Arkadiusz Jakubik, Kinga Preis, Bartłomiej Topa

Ludzie twardzi, ludzie rozsądni,
Budujący pewność i stałość,
Chłodną przepaść traktują jak chodnik,
Po którym się ślizga – dojrzałość
Do świętości zdolna i zbrodni;

– Jacek Kaczmarski

„Pustość” – mówi beznamiętnym głosem narrator filmowych wydarzeń Edward Środoń rodem z Rzeszowa, czterdziestolatek, klasyczny produkt złotych gierkowskich lat małej stabilizacji i cudu na kredyt. Dolary z czarnego rynku, koszule non iron, meblościanka – symbol luksusu i dobrego gustu, pralka na talon, telewizor Tosca, którego oglądanie wymagało nie lada techniki, przedpłaty na poloneza, junak trzymany w pokoju jak posąg Buddy. W końcu żytnia lejąca się strumieniami, i ta sklepowa, i ta własnej produkcji, na tle radosnych podskoków Połomskiego i Vondráčkovej. Aż chciałoby się powiedzieć: „żyło się”…

Z dużą dbałością o detal i atmosferę tamtych lat Wojciech Smarzowski wciąga nas w historię ponurej jesieni 1978 roku, kiedy miało miejsce okrutne morderstwo, którego echa wracają w fabule i jak refren mieszają się ze scenami milicyjnej wizji lokalnej cztery lata później. Wszystko to gdzieś w Bieszczadach, traktowanych jako „miejsce przeklęte”, baza ludzi umarłych, życiowych rozbitków, straceńców i ukrywających się kryminalistów. Tłem wydarzeń jest zima stulecia. Wszechogarniająca biel. To ważne, bo śnieg i zimno (pewnie nieprzypadkowe), trzeba czytać alegorycznie. Zima jako stan duszy, jako zawieszenie w bezczasie, jako pasywna zgoda na wszystko, ale i jako rozdzierająca samotność. Ogromna przestrzeń, wielka czapa jako metafora oczekiwania na nowy świat, w którym brud zostaje przykryty, by wszystko mogło znowu stać się tajemnicą. Biała plama, tabula rasa, na której jeszcze wszystko jest możliwe, nowy ląd, na którym ci pierwsi będą mogli kiedyś odcisnąć swój ślad. Albo jeszcze inaczej, bo postaci na białym tle znikają i rozpływają się jak we mgle: może całość dekoracji ma tylko wywołać niepokój widza i jest intensywnym światłem skierowanym prosto w oczy?

Film jest przerysowany i brutalny, uderza w widzów bezlitośnie. Od pierwszej sceny czujemy się włączeni w dramat śmierci i niezawinionej przez bohatera straty, które bezwzględnie egzekwują swoje prawa i zabierają na zawsze możliwość normalnego życia. To klucz do fabuły tego filmu, który wydaje się nie tylko rozrachunkiem z PRL-em, traktowanym jako tytułowy „Dom zły”, ale może przede wszystkim z historyczną prawdą o polskim doświadczeniu czasów realnego socjalizmu.

Przesłanie o Polsce lat 80. XX wieku jako milicyjnym piekle lokalnych funkcjonariuszy, którzy ustawiają się w kolejce po wódkę i zagrychę, podkładają sobie świnie, ratują nawzajem swój tyłek, rozgrywają na boku swoje własne interesy zgodnie z zasadą: „każdy ma coś na każdego”, jest dość oczywiste. Tu zaczyna się podstawowy problem odbioru. Bo dla tych, którzy nie widzieli, nie pamiętają, nie są w stanie dostrzec politycznych tropów i ulokować kluczowych wydarzeń z ekranu w szczególnych warunkach stanu wojennego, na odciętej od świata prowincji, wszystko zatrzyma się na poziomie formy. Co więcej, dla wielu to właśnie, owa forma będzie powodem niestrawności, źródłem niezrozumienia i oburzenia, bo w końcu, jak usłyszałem po projekcji: „tam tylko chleją i klną”. Prawdą jest, że niejeden już raz oglądaliśmy traktat o zakażeniu społeczeństwa i opisie systemu generującego nihilizm. Zatem…

Film raczej ucieka od pokazywania mechanizmów historii, zdaje się, że reżyser nie bardzo nawet chce to robić. Bardziej interesuje go pokazanie intymnej strony każdego z bohaterów, a wszystko, co można powiedzieć o PRL-owskim systemie, sprowadza się do małego domu, do przestrzeni, na której ludzie mieszkają bardzo blisko siebie, w której nic się nie da ukryć i nie można mówić o żadnej wyśnionej małej stabilizacji. To po prostu niemożliwe. Kamera rejestruje swoich bohaterów, umieszczonych w różnych kontekstach społecznych i politycznych, wprowadzając do ich portretów wspólny dla wszystkich mianownik – ciemną tonację. Weźmy po kolei: prymitywny, łaknący szczęścia Dziabas i jego żona; niby cwany, ale w gruncie rzeczy pogubiony Środoń; ambitny porucznik Mróz, który jako jedyny w trakcie wizji lokalnej próbuje zadać sobie pytanie: co się naprawdę wydarzyło w domu Dziabasów, dalej nietrzeźwy prokurator Tomala, cyniczny aparatczyk Zięba, korowód młodszych aspirantów. Wszyscy są tak samo uwikłani. Wszystkich dopadła siła „domu złego”, egzystencjalna bakteria, na co nie mieli żadnego wpływu. Wnioski reżysera przesiąknięte są nihilizmem. Nawet z abrahamowych targów o ostatniego sprawiedliwego niewiele wynika. Bo nie ma nikogo, o kogo można byłoby walczyć. Jest moralna i obyczajowa pustość, która – jak mówi film ­– została nam po tamtych czasach, wciąż nieprzetrawiona żyje własnym życiem.

Smarzowski za pomocą alegorii próbuje dodać coś od siebie w dyskusji na temat polskiej rzeczywistości. Ta rzeczywistość żyje pamięcią uproszczoną i znijaczoną, łatwo nią manipulować, bo nie ma żadnej własnej tożsamości (dwukrotnie powtarza się w filmie dialog: „Prawda? Nie ma takiej”), mieszkają  w niej obywatele wpędzeni w kierat codziennych zmagań – czy to z państwem, czy to z lokalnymi watażkami, czy z niedowładem instytucji. Być może opowiedziano ją po to, żebyśmy zapisali ten obraz w pamięci, że taki dom zły może się zdarzyć jutro czy pojutrze, w nas i z nami, i trzeba się go wystrzegać? Choć film mówi o czasach wielkich politycznych konfrontacji, à rebours przestrzega przed lekceważeniem etyki codzienności czasów pokoju. Bo w każdym z nas pojawia się naturalna nostalgia podlana „Malowanym dzbankiem” i „Turniejem miast”, którą można streścić zdaniem: „żeby było dobrze”. Nostalgia ta jednak jest budowana na fałszu, gdyż zbiorowość, mówi Smarzowski, stać na heroizm przez krótki czas. Potem zwycięża szeroko rozumiany instynkt samozachowawczy, czyli chęć życia – i to życia w jak najlepszych warunkach. Zwycięża konformizm, tym skrajniejszy, im trudniejsza sytuacja, na którą trafia. Cierpienie może uszlachetniać jednostki, ale zawsze deprawuje zbiorowości. Sytuacje, które prowokują akty heroizmu u niektórych, u większości powodują odruchy skrajnie przeciwne.

Końcowa scena, nawiązująca do obrazu zimowych myśliwych Breughla, nic nie wyjaśnia, a może przewrotnie, to właśnie jest wyjaśnienie całości. W kadrze coś się rozprasza, coś kończy, ale właściwie więcej w tym tajemnic niż odpowiedzi. Oddalamy się od zimowej scenerii, zostawiając ludzi na śniegu – ktoś leży pijany, ktoś ucieka, ktoś kogoś goni, chaos nie do ogarnięcia. I tu wraca kwestia samego tytułu. Ten w końcu nigdy nie jest przypadkowy. Może należałoby uznać, że przymiotnik „zły”, użyty w zmienionym szyku gramatycznym, sugeruje dużo więcej – odwołanie do pojęcia zła immanentnego. Wywodzącego się z natury ludzkiej, nie tylko z politycznego entourage’u, przenoszący zabawy filmową przemocą na poziom dyskursu o niebanalności zła i pociągającej łatwości wejścia na jego drogę, z której nie ma już odwrotu. Nauczeni dopowiemy, że w tle stoi niemy bohater i produkt czasów PRL-u, homo sovieticus Tischnera. Ale dla pełnego obrazu dodajmy głos Herlinga-Grudzińskiego, który mówił, że „nie ma takiego stworzenia; jest tylko sowietyzm, który odcisnął się na życiu ludzi znajdujących się pod jego panowaniem”. I z jednej strony Smarzowski idzie tym tropem, próbując pokazać, że zrzucenie piętna systemu potrwa lata i generacje. Z drugiej zaś: „Jest taki etap – przejściowy – który przechodzą nieraz młodzi ludzie wychowani w niewoli. Patrzą wtedy na totalizm (np. komunistyczny) tak jak synowie pastorów musieli patrzeć na swych ojców: z rozpaczą, gniewem, zawodem i zarazem niepewną nadzieją, że gdzieś pod tym skażonym, nieudanym, humorystycznym, okrutnym ojcowskim chrześcijaństwem kryje się chrześcijaństwo prawdziwe, pogodne i pełne miłości, Chrystus. Także i oni więc, synowie, już nie pastorów, lecz członków partii, przez chwilę gotowi są uwierzyć, że pod skorupą socjalizmu realnego chowa się inny, ciepły, dobry i przyjazny socjalizm rodem z radzieckich powieści dla młodzieży. To jednak jest wykluczone. Ta paralela jest fałszywa”. To pisał Zagajewski w Solidarności i samotności. A było to w roku 1983 (chronologicznie rzecz ujmując, zaraz po wydarzeniach z ostatniej sceny filmu).

Może to końcowe zawieszenie akcji nie jest przypadkowe? Jak niezmienne pytanie do ankiety rodowodów pamiętających kolejki, peweksy, talony i wyroby czekoladopodobne, o to jak bardzo jesteśmy poddani wpływowi złego domu? Mentalnie wciąż zakorzenieni w mechanizmach obyczajowo-politycznych historii. Urodzeni i wychowani w cieniu Tolkienowskiego Mordoru. Jak długo jeszcze? Chcielibyśmy upragnionej normalności dającej poczucie spełnienia, chcielibyśmy nie przesadzać już z historyczną drażliwością, poddać się logice europejskiego myślenia. Stąd nasz pośpiech i upór w zamykaniu kolejnych drzwi, mniej lub bardziej szczerych rozrachunkach z własnymi grzechami i dziedzictwem, próby racjonalizowania zimowej rzeczywistość przez wypowiadane pół żartem, pół serio hasła o tym, że „nie wszystko było złe, nie wszystko, parę rzeczy nam wspaniale wyszło”. Niestety Smarzowski mówi, że nic takiego nie miało miejsca. To nie pretensja. To ból.

Pustość
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...