Pycha

Mój dziadek, patrząc mi prosto w oczy, powiedział: „Pamiętaj, wnuku, pycha to najgorszy grzech. Z niego rodzą się wszystkie inne”.

Dziadkowie mieszkali na plebanii. Prowadzili gospodarstwo swojego syna, proboszcza. Proboszcz był moim wujem, bratem mojej matki. Wujkiem nazywały go jednak tylko dzieci, dorośli – nawet jego własny ojciec – mówili o nim „proboszcz”, rzadziej „Stach”. Parafie, w których pracował wuj, często posiadały prawdziwe folwarki w miniaturze: krowy, owce, świnie, nieprzeliczony drób wszelkiego rodzaju, do tego pole, łąki i sad. Nad tym wszystkim czuwał właśnie mój dziadek. Sprzedał własne gospodarstwo, aby zapewnić swym dzieciom życiowy start w mieście, potem pracował w Warszawie, aż w końcu „poszedł do proboszcza”, jak się to u nas mówiło.
Dziadek zarządzał parafialnym majątkiem z takim poświęceniem, jakby chodziło o jego własne dobra: od rana do późnego wieczora pełno go było w całym obejściu. Babcia natomiast niepodzielnie królowała w plebanijnej kuchni i spiżarni. Tak cała trójka dzieliła parafialne obowiązki: w kościele i kancelarii szefem był wuj, w kuchni babcia, a w zagrodzie dziadek. Ten ostatni był nie tylko gospodarzem, ale i starszym rodu, to jego wszyscy, nie wyłączając proboszcza, całowali w rękę przy powitaniu i pożegnaniu, to on decydował ostatecznie w sprawach rodziny, był rozjemcą sporów, autorytetem, punktem odniesienia, pamięcią rodzinnych koligacji. Mój wuj był proboszczem, mój dziadek był patriarchą. Wuj był ważny i szanowany, bo był księdzem, dziadek – ponieważ był kimś w rodzaju arcykapłana naszej rodziny. A ponieważ rodzice ojca zmarli, zanim zdążyłem ich poznać, patriarchat dziadka nie miał w moich oczach konkurencji. Zapewniało to nam dogmatyczny ład i pokój oraz na zawsze oddalało widmo jakiejkolwiek schizmy.

Męska rozmowa

Dziadek lubił opowiadać, a jego opowieści dzieliły się na dwie kategorie. Do pierwszej należały wspomnienia i anegdoty z przeszłości z jego rodzinnej wsi pod Wyszkowem: mówił o stryjach i „stryjnach” (to żona stryja), o wujach i „wujnach” (to żona wuja), o swoim rodzeństwie, o zwyczajach i zabawach, o księżach, o tym, jak poznał babcię i jak się jej oświadczył, o Ruskich, Niemcach i o tym, jak było przed wojną. Przed wojną był Witos, strajk chłopski, wyborna słonina i buty, których nie zdzierało się przez całe życie. Słuchałem tego, leżąc na szerokim tapczanie w kuchni, przytulony do jego piersi opiętej kraciastą koszulą, która pachniała drewutnią, sadem i krowami. Czułem się wyróżniony, bo czas poobiedniej drzemki, czyli obowiązkowej, godzinnej ciszy w domu, był dla dziadka święty i strzeżony przez babcię przed wszelkimi próbami zakłócenia. Ja mogłem być w samym środku tej ochronnej strefy i słuchać historii nie z tego świata.

Drugą kategorią były nauki z morałem. Zdarzało się, że dziadek podchodził do mnie z poważną miną i zapraszał do pokoju, który dzielili z babcią. Tam kazał mi siadać przy stole naprzeciw siebie i zaczynał: „Słuchaj, wnuku…”. Oznaczało to nieodmiennie, że rozmowa będzie poważna, gdyż na co dzień mówił mi „wnusiu” lub „nusiu”, czego z wiekiem wstydziłem się coraz bardziej.

Któregoś dnia – miałem jakieś dziesięć, dwanaście lat – podczas jednego z tych posiedzeń przy masywnym okrągłym stole, dziadek opowiedział mi historię jednego z kolegów mojego wuja, który udał się do Prymasa (Wyszyńskiego, oczywiście!), aby domagać się awansu, przeniesienia na lepszą placówkę czy jakiegoś innego przywileju, dziś już nie pamiętam. Kiedy spotkała go odmowa, zdjął przed Prymasem sutannę, rzucił ją na ziemię, podeptał i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Porzucił kapłaństwo. Nie wiem, czy historia właśnie miała miejsce czy też zdarzyła się w przeszłości, dziadek w każdym razie był szczerze wzburzony. Siedziałem cicho, wyobrażając sobie furkot rozpinanych zamaszyście guzików sutanny (widziałem, jak wuj to robił), i zastanawiałem się, czy ów niegrzeczny ksiądz (tak samo jak wuj) miał kłopoty z rozpięciem plastikowej koloratki. Z zadumy wyrwały mnie słowa dziadka. Patrząc mi prosto w oczy, mówił: „Pamiętaj, wnuku, pycha to najgorszy grzech. Z niego rodzą się wszystkie inne”. Dziadek powtarzał zapewne to, co usłyszał na lekcjach katechizmu lub w kazaniach, bo nie sądzę, aby świadomie parafrazował słowa z Księgi Syracha (10,15): Initium omnis peccati superbia…

Właściwe proporcje

Zacytowałem te słowa po łacinie, gdyż jedynie Wulgata tłumaczy ten werset z Mądrości Syracha, właśnie w ten sposób: Początkiem wszelkiego grzechu – pycha. Jeśli otworzymy inne tłumaczenia, choćby naszą Biblię Tysiąclecia, to w odpowiednim miejscu przeczytamy: Albowiem początkiem pychy – grzech (10,13). Nie miejsce tu na roztrząsanie, skąd się wzięła różnica tłumaczeń, jedno jest pewne, że od świętego Augustyna poprzez Tomasza z Akwinu, aż do współczesności, to właśnie wersja Wulgaty ukształtowała spojrzenie chrześcijan na pychę, czyniąc z niej korzeń wszelkiego grzechu.

Czym jest pycha? Bo przecież nie chodzi tu o przechwałki dzieci na podwórku ani o popisywanie się nowym samochodem, eleganckim ciuchem, jakimiś umiejętnościami czy urodą. Czujemy od razu, że wszystkie te rzeczy są jedynie przejawami czegoś poważniejszego, czegoś, co kryje się za – z pozoru niewinnymi – słabostkami i na co one wskazują, ale czym w istocie nie są.

Zaglądam do Sumy teologii świętego Tomasza (II-II, q. 162, a. 6), co zwykle czynię, gdy szukam wyjaśnień lub inspiracji teologicznych. Akwinata zaczyna od ważnego rozróżnienia, a mianowicie, że w grzechu – jak w każdym nieomal akcie ludzkim – są dwie dynamiki, dwa pędy, którym poddany jest człowiek, a mianowicie zwrot ku czemuś, pójście za jakąś wartością lub dobrem (w przypadku grzechu wartość ta jest oczywiście negatywna, a dobro fałszywe lub fałszywie pojmowane) oraz odwrócenie się od innej wartości i dobra, tym razem prawdziwego. W przypadku pychy tym, co wybieramy, za czym podążamy, jest poczucie wyższości, ta mile łechtająca nas świadomość, że w czymś jesteśmy najlepsi, że jesteśmy na szczycie. Nawet jeżeli uczucia te nie są zbyt szlachetne, a nadymanie się z dumy i prężenie muskułów może być niesmaczne lub groteskowe, to jednak nie są to rzeczy tak paskudne jak nienawiść, zabójstwo, kłamstwo, oszustwo, zazdrość i tym podobne. Można by więc śmiało twierdzić, że pycha nie jest wcale najcięższym i najsmutniejszym z grzechów.

Rzecz wygląda zupełnie inaczej, jeśli spojrzymy w stronę tego, co odrzucamy, od czego się odwracamy, gdyż znajdują się tam: pokora, solidarność, miłość braterska, a wreszcie często sama prawda. Pycha jest odrzuceniem właściwych proporcji, jest sprzeciwem wobec obiektywnej rzeczywistości, nadużywaniem dla własnej chwały dóbr, jakie dano nam dla dobra innych lub dla chwały Boga. Święty Tomasz cytuje zdanie przypisywane Boecjuszowi: „Popełniając jakikolwiek grzech, człowiek ucieka przed Bogiem. Ulegając pysze, nie ucieka, lecz sprzeciwia się Bogu i otwarcie stawia Mu opór”. W przypadku pychy nie jesteśmy więc jedynie słabymi istotami, które uganiają się za takim czy innym mirażem, czy ulegają słabościom nieukształtowanego charakteru, lecz stajemy się mniej lub bardziej świadomymi buntownikami wobec dobra i prawdy. Buntownikami żałosnymi, bo przecież to o nasze dobro chodzi i o prawdę o nas samych. Buntownikami niebezpiecznymi, bo raz odwróciwszy się od prawdy, raz zagubiwszy proporcje, otwieramy się na wszelkie okropne możliwości, rzucamy się w przepaście bez dna. Pycha jest więc nie tylko niebezpieczna dla naszego zbawienia, ale też jak filigran rozsnuwa się w każdym złu i w każdym grzechu, bo każdy grzech jest – czasami nieświadomym – odrzuceniem prawdy i zaciemnieniem rzeczywistości.

Celowo nie używam tutaj słów takich jak Boże przykazanie, Boży zakaz czy Boża wola, aby uniknąć niebezpieczeństwa popadnięcia w myślenie prometejskie. Jeżeli bowiem przedstawiamy pychę jako sprzeciw wobec zakazu i woli jakiegoś nadrzędnego autorytetu, to łatwo nam – manipulując obrazem prawodawcy tak, aby przypominał portret tyrana samodzierżcy – doprowadzić do przekonania, że sprzeciw wobec niego jest formą wyzwolenia, aktem bohaterstwa i poświęcenia dla uciemiężonej ludzkości. W istocie mogą istnieć przypadki, kiedy odrzucenie autorytetu jest aktem odwagi i przejawem dobra – wtedy mianowicie, kiedy autorytet ten uzurpuje sobie władzę lub jej nadużywa gwałcąc naszą wolność i hamując możliwość czynienia dobra. Jednak w przypadku Boga tak nie jest. On się nam objawia jako kochający Stworzyciel i Ojciec i jako takiego rzeczywiście jesteśmy zdolni Go rozpoznać. W przeciwnym wypadku zaprzeczamy rzeczywistości i odrzucamy prawdę. Pycha nie czyni z nas nowych Prometeuszy, ale raczej cesarzy maszerujących nago wśród tłumu poddanych, którym każemy podziwiać nasze nowe szaty. Pycha jest tak niebezpieczna, ponieważ jej istota leży nie tyle w buncie wobec autorytetu, ile w zaprzeczeniu prawdzie o nas samych, pozbawieniu się punktu oparcia i ostatecznym przepiłowaniu gałęzi, która dawała nam bezpieczne i solidne siedzisko. Dlatego właśnie budzi tak wielką trwogę wśród duchowych mistrzów i dlatego uznaje się ją powszechnie za pierwszy i podstawowy z grzechów.

Pył gadający z Bogiem

Czy zatem mamy siedzieć cicho, spuścić oczy i słuchać? Czy alternatywą jest pokora cielęcia? – zapyta ktoś złośliwie. Lecz to jest wciąż ślad myślenia, które opiera naszą wizję relacji z Bogiem bardziej na prometejskim micie niż na Ewangelii. Ta bowiem nie obiecuje nam cukierka za to, że będziemy grzecznie siedzieć przy stole, że nie otworzymy buzi, kiedy mówią dorośli, nie poplamimy świeżej koszuli ani nie pomniemy na kant wyprasowanych spodni. Ewangelia obiecuje nam, że jeśli zrezygnujemy z pychy, czyli uznamy, że ktoś nas stworzył i zbawił, a w konsekwencji przyjmiemy oba te dary – zarówno stworzenie, jak i zbawienie – to naszą nagrodą, lub raczej prostą konsekwencją naszej postawy, będzie nie „jakieś tam” dobro dane nam od Boga, ale zjednoczenie z Nim. Nie coś od Niego, ale On sam. Tak jak skutkiem pychy jest faktyczne zaciemnienie prawdy o nas samych i zamazanie obrazu Boga, który nosimy w sobie od zarania naszego istnienia, tak skutkiem jej odrzucenia jest rozbłyśnięcie prawdy w nas i prawdy o nas. A jest ona taka, że nie musimy stroić się w pióra, puszyć, stąpać na sztywnych nogach i patrzeć na świat z góry, bo jesteśmy dziećmi Bożymi. Nie w sprzeciwie wobec Boga, lecz w uznaniu Jego obecności w nas i daru, jakim nas obdarza, jest nasza moc, siła i nasza duma. Duma, nie pycha. Pysznią się ludzie zastraszeni i niepewni, pysznią się niewolnicy udający panów. Pysznią się indyki! Synowie nie muszą niczego przykrywać pychą, wystarczy im duma i pokój serca płynące ze świadomości usynowienia. Czy chcę być indykiem na podwórku mojego własnego Ojca? To byłby jakiś nonsens.

Panie! czymże ja jestem przed Twoim obliczem? –
Prochem i niczem;
Ale gdym Tobie moję nicość wyspowiadał,
Ja, proch, będę z Panem gadał.

W szkole uczyliśmy się na pamięć tych słów księdza Piotra z III części Mickiewiczowskich Dziadów. To chyba najlepszy skrót tego, czym jest chrześcijańska nauka o godności człowieka, o pysze i pokorze. Pył gadający z Bogiem to ilustracja poczucia własnej małości wobec ogromu Stwórcy, ale małości nieupokarzającej, tylko faktycznej i obiektywnej. Łączy się z nią poczucie godności umożliwiającej rozmowę skończonego z Nieskończonym, słabego z Wszechmocnym, godności, która nie jest ochłapem rzuconym na otarcie łez, lecz darem danym z miłości. Pokorna małość i niebotyczna godność – oto prawda o człowieku. Ilekroć czynem bądź myślą zaprzeczamy tej podstawowej prawdzie, grzeszymy pychą.

Mój dziadek skończył cztery klasy wiejskiej szkółki, do której dzieci mogły chodzić tylko zimą, bo latem była robota w polu. Mój dziadek był pierwszym teologiem, jakiego spotkałem w życiu. To była dla mnie niezła teologiczna podstawówka. Tak sądzę.

Pycha
Paweł Krupa OP

urodzony 4 lipca 1965 r. w Żyrardowie – dominikanin, doktor teologii, historyk mediewista, studiował w Krakowie, Paryżu i Rzymie, charyzmatyczny kaznodzieja, rekolekcjonista, dyrektor Instytutu Tomistycznego w Warszawie (2010-2016)....