Radości i dramaty

Wzrusza mnie ten moment badania USG, w którym kobieta po raz pierwszy widzi i słyszy swoje dziecko. Tyle tylko, że zawsze, gdy są to bardzo wczesne początki ciąży, jest we mnie niepokój. Statystyka jest nieubłagana: 15% ciąż ulega poronieniu.

Od lat niezmiennie wzrusza mnie ten moment badania USG, w którym kobieta po raz pierwszy widzi i słyszy swoje dziecko. Uwielbiam patrzeć na jej radość i mam świadomość uczestnictwa w niezwykłym misterium, które rozgrywa się między nimi, bo namacalny dowód rozwijającego się życia daje kobiecie realne poczucie, że staje się matką. Najczystsza forma radości.

Tyle tylko, że zawsze, gdy są to bardzo wczesne początki ciąży, jest we mnie niepokój, który każe mi zdystansować się do pełni tego szczęścia. Zdaję sobie bowiem sprawę z faktu, że droga się dopiero zaczyna, a statystyka jest nieubłagana: 15% wszystkich ciąż ulega poronieniu, a odsetek utraty ciąż we wczesnym okresie jest jeszcze większy. Wiem doskonale, że część kobiet poroni, a niektórym będę musiała uświadomić okrutną prawdę o obumarciu płodu. A niełatwo to powiedzieć nawet wtedy, gdy ma on zaledwie kilka milimetrów.

Kobieta odwiedza lekarza, aby się upewnić, że dziecko rozwija się prawidłowo. Jest przekonana, że obraz, który za chwilę ukaże się na ekranie aparatu USG, potwierdzi jej prawo do szczęścia.

Wioleta

Wioleta, rozgadana 29–latka płacze z radości, kiedy słyszy bicie serca swojego dziecka. Ono ma zaledwie pół centymetra, ale Wioleta czuje, że to będzie chłopiec. Tak długo czekali i wreszcie się udało. Natychmiast dzwoni do męża. – Wszyscy czekają na wiadomość – przeprasza. Ciepło mi się robi na widok jej radości, choć czuję niepokój, o którym wspominałam.

Wizyta kontrolna. Serce nie puka. Czuję utkwione w sobie oczy Wiolety. Czy taką wiadomość można przekazać lepiej lub gorzej? Nie ma odpowiednich słów, które złagodziłyby sens tego, co muszę powiedzieć, bo nie ma dobrej metody unieszczęśliwiania drugiego człowieka.

– Dlaczego? – płacze Wioleta i szybko pada typowe pytanie. – Czy to moja wina?

Usiłuję odpowiedzieć, ale rozpacz Wiolety jest zbyt wielka i moje wyjaśnienia zupełnie do niej nie trafiają. Wiem, że nie jest to odpowiedni moment na pocieszanie i roztaczanie wizji następnych ciąż, które zakończą się pomyślnie, bo ona nadal jest matką tego konkretnego dziecka i nie chce takich słów. Chce tylko jego.

Po kilku dniach i po poronieniu ciąży rozmawiamy spokojniej. Wcześniej usiłowałam przekonać jej męża, że wszelkie próby dociekania przyczyny obumarcia mogą się skończyć fiaskiem i że dobrze byłoby, gdyby pomógł mi uchronić Wioletę przed poczuciem winy.

Mąż stanął na wysokości zadania. – Nie myślałam, że tak szybko będę znów się uśmiechać – zwierzyła mi się Wioleta.

Iwona

Bardzo trudny jest moment, w którym ja już znam prawdę, a kobieta patrzy na mnie z radosnym błyskiem w oczach i pełna ufności czeka na dobre wieści. Mam wielką świadomość dramatu, jaki za chwilę spowoduję swoimi słowami. 25–letnia Iwona, mama 5–letniej Natalki jest w czwartym miesiącu ciąży i od razu opowiada o swoich planach. – Mąż chciałby chłopca, ale mi to właściwie wszystko jedno, byleby było zdrowe. A Natalia to chciałaby siostrzyczkę – uśmiecha się pogodnie.

Aparat USG z nieubłaganą precyzją pokazuje obraz 13–tygodniowego, 6–centymetrowego płodu i ciemny zarys nieruchomego serca.

Po raz trzeci zupełnie niepotrzebnie mierzę długość płodu i nie potrafię oderwać wzroku od ekranu. Nie będzie siostrzyczki ani synka, a ja za chwilę rozwieję wszystkie plany – myślę z goryczą. Na razie uparcie patrzę na znieruchomiałe serce. Każda kobieta jest inna i za każdym razem od nowa szukam odpowiednich słów. Jeszcze nie potrafię się odezwać, ale coś pewnie zmienia się w mojej twarzy, bo Iwona nagle cichnie. – Coś nie tak? – ledwie ją usłyszałam. W jednej chwili beztroska radość oczekiwania zmienia się w pełne przerażenia zdumienie. Nie tak miało być. Widzę, jak kurczy się w sobie. Tylko tyle. Nagle otacza się murem milczenia. Żadnej łzy, nieruchoma twarz. Tylko ta cisza.

Czułam się wyróżniona, mogąc towarzyszyć kobiecie w radości odkrywania tajemnicy, której nikt wcześniej nie zgłębił, a teraz odbieram jej tę radość i burzę przyszłość, którą już sobie zaplanowała. Źle mi w tej roli, bo przecież zawód lekarza ma przynosić dobro.

Patrycja

Tuż po poronieniu kobiety zadają pytanie, dlaczego tak się stało. Często są zaniepokojone, bo przyszło im do głowy, że coś zaniedbały, czegoś nie dopatrzyły, że wszystko byłoby dobrze, gdyby były bardziej uważne. W zależności od charakteru poszukują winy w sobie lub w czynnikach zewnętrznych.

I na tym etapie konieczna jest rozmowa z lekarzem, który wyjaśni, jakie są rzeczywiste przyczyny poronień, i nie dopuści do sytuacji, w której traumatyczne przeżycie stanie się punktem wyjścia do samooskarżania lub oskarżania przez otoczenie.

Staram się uświadomić kobiecie, że 50–60% poronień samoistnych w pierwszych trzech miesiącach ciąży jest spowodowanych nieprawidłowościami chromosomalnymi. Nieprawidłowy genetycznie płód nie ma często żadnej szansy rozwoju i obumiera. Chciałabym, aby zrozumiała, że poronienie czy obumarcie płodu to najczęściej proces od niej niezależny, a lekarz szuka przyczyny wyłącznie po to, aby uniknąć podobnej sytuacji w następnej ciąży.

33–letnia Patrycja na wieść o obumarciu drugiej ciąży zareagowała samooskarżaniem. Rozmawiałyśmy dosyć często. Umówiłyśmy się, że nie będzie samodzielnie roztrząsać swoich nowych myśli i z każdą wątpliwością, która wzbudzi w niej niepokój, zwróci się do mnie. Namawiałam ją na następną ciążę, bo czułam, że drugie dziecko wyzwoli ją z poczucia winy. Tak bardzo o nim marzyła i tak bardzo się bała.

– Jest we mnie taki strach, że to się powtórzy – zapewniała mnie ze łzami w oczach. Zaryzykowałyśmy obie. Ja – tłumacząc jej, że powtórka jest mało prawdopodobna, ona – wierząc w każde moje słowo.

Po dwóch latach cięciem cesarskim urodziła córeczkę. Na razie nie ma czasu na rozpamiętywanie poprzedniej, obumarłej ciąży. Niemowlę absorbuje ją 24 godziny na dobę.

Różne tory

Kobiety z nadmiernie rozwiniętym poczuciem winy potrafią wyrządzić ogromną krzywdę sobie i otoczeniu, dlatego po wspólnym przeanalizowaniu sytuacji podkreślam, że w żaden sposób nie były w stanie wpłynąć na bieg wydarzeń i nie powinny szukać winy w sobie ani rozpamiętywać. Bo ludzka pamięć nie jest obiektywna i robi dziwne niespodzianki. Z upływem czasu wyolbrzymia jedne aspekty a umniejsza wagę innych. Efekt jest taki, że kobieta zagłębia się w swoim nieszczęściu i sytuacja zaczyna ją przerastać. Dobrze byłoby, gdyby w takim momencie nie pozostała sama ze swoimi myślami. Nie zawsze wystarczy pomoc męża, który czasami nie potrafi sprostać komplikującemu się coraz bardziej sposobowi myślenia własnej żony.

Odnoszę wrażenie, że właśnie lekarz, któremu kobieta potrafi zaufać, może uwolnić ją od niepokojących myśli zwłaszcza w momencie, w którym zaczynają dopiero powstawać. Wspólne rozpatrywanie różnych aspektów problemu pozwoli spojrzeć na dramatyczną sytuację z innego punktu widzenia, może bardziej obiektywnie, i umożliwi wyciszenie bolesnych emocji.

Czasami u kobiet działa mechanizm wypierania. Chcą zapomnieć i z ulgą przyjmują moje tłumaczenie o bezzasadności poczucia winy. Jestem przekonana, że to ich święte prawo, i cieszę się, że w taki sposób poradziły sobie ze swoim dramatem.

 Staram się doprowadzić do jak najszybszego zasklepienia rany w psychice kobiet i zasugerować, że pamięć nie polega w tym przypadku na rozpamiętywaniu, a czas goi rany.

Może jestem zbyt dużą optymistką, ale mam nadzieję, że po upływie jakiegoś czasu od poronienia zawsze uda mi się przywrócić kobiecie radość życia, że uniknie psychicznej udręki związanej ze swoją stratą, że nie dopuszczę do rozwinięcia się u niej poczucia winy i że będzie potrafiła z nadzieją myśleć o następnej ciąży.

Towarzyszę kobietom w różnych momentach ich życia, dzieląc ich radości i dramaty. Mogę je wesprzeć działaniami wynikającymi z posiadanej przeze mnie wiedzy medycznej. Tylko tyle.

Tak właściwie radzą sobie same. W dążeniu do macierzyństwa pokonują własne słabości, przekraczają dramaty, jakie narzuciło im życie. Imponuje mi determinacja, z jaką potrafią realizować swoje plany. Niektóre rezygnują z marzeń o dziecku. Nie wydaje mi się, aby to była porażka. To jest ich wybór.

Cieszę się, jeśli w relacji z pacjentką uda mi się nawiązać pewien rodzaj porozumienia, które procentuje zaufaniem, bo tylko wtedy kobieta ma poczucie bezpieczeństwa i jest przekonana, że jej odczucia nie zostaną potraktowane powierzchownie. Konsekwencją tego typu relacji jest mój emocjonalny udział w przeżywanym przez nią dramacie. Nie sposób odciąć się od czyjegoś nieszczęścia.

Trudność pojawia się w momencie, w którym do gabinetu wchodzi następna pacjentka – szczęśliwa, roześmiana i zwierza mi się z radością, że właśnie udało jej się zajść w upragnioną ciążę. Całkiem słusznie jest przekonana, że podzielę tę radość, bo wie, że i dla mnie jest to wspaniała wiadomość.

I choć tkwi we mnie jeszcze smutek poprzedniej kobiety, wiem, że nie mam prawa obarczać przyszłej mamy swoim kiepskim nastrojem. Pragnie ona bowiem, aby cały świat cieszył się razem z nią. Nie mogę i nie chcę jej zawieść. Uśmiecham się na widok ruchliwego malucha i staram się, aby w żaden sposób nie odczuła dramatu, w którym uczestniczyłam kilkanaście minut temu.

Witając trzecią pacjentkę, mam już poczucie, że jest dużo jaśniej na tym świecie. Czekam na jej radość, bo na ekranie widać niezdarne, szarpiące ruchy trzycentymetrowego płodu i słychać bijące głośno serduszko. I wtedy niespodziewanie słyszę – ja nie chcę tej ciąży, nie mogę urodzić tego dziecka.

Na moment przestaję myśleć.

Powiedziano mi, że każdy tekst powinien mieć swoje zakończenie. Tego tekstu nie umiem zakończyć, bo ludzkie radości i dramaty przeplatają się bez przerwy, a życie każdej kobiety toczy się innym torem, zaskakując mnie w najmniej oczekiwanym momencie.

Radości i dramaty
Halina Olasińska

specjalista ginekologii i położnictwa, pracuje w szpitalu oraz prowadzi prywatną praktykę lekarską....