Radości i smutki współczesnego kapłaństwa

Radości i smutki współczesnego kapłaństwa

Na drodze dojrzewania wewnętrznego, które jest zarazem pełnym odkryciem sensu człowieczeństwa – Bóg przybliża się do człowieka, wnika coraz głębiej w cały świat ludzki (DeV 59).

Wielu naszych kapłanów odczuwa przygnębienie i czują się zdemoralizowani. Nie wiem, jak daleko ta demoralizacja sięga. Bez względu jednak na jej rozmiary, myślę, że są powody, dla których księża mogliby się tak właśnie czuć: niedostateczna liczba powołań, brak jasnej tożsamości kapłańskiej, spadek poszanowania naszego powołania, skandale nadużyć seksualnych, coraz mniejsza liczba młodzieży w wielu parafiach, sprzeciw wobec pewnych posunięć Kościoła itp. Chcę więc przyjrzeć się niektórym z tych zagadnień, zapytując, jak można stanąć przed nimi bez poczucia, że one demoralizują.

Jest to pytanie zasadne, gdyż istnieje fundamentalna sprzeczność między kapłaństwem i przygnębieniem. Osoba poddająca się przygnębieniu może być dobrym bankierem czy taksówkarzem, czy nawet sprawnym księgowym bądź prawnikiem. Nie można być jednakże pogrążonym w rozpaczy głosicielem Dobrej Nowiny; to nie ma sensu. Tylko wtedy możemy być wiarogodnymi głosicielami Ewangelii, jeśli w głębi serca, może nie zawsze to uzewnętrzniając, będziemy odczuwali radość. Nie mówię tu bynajmniej o wesołkowatości objawiającej się poklepywaniem innych po plecach i o mówieniu im, żeby byli radośni, bo Jezus ich kocha. Takie zachowanie mnie z kolei doprowadza do głębokiej rozpaczy. Istnieje jednak prawdziwa, fundamentalna radość przynależna naszemu powołaniu. Jest ona nierozerwalnie powiązana z odczuwaniem smutku czy nawet gniewu. Powołanie nasze wzywa nas do współuczestnictwa nie tylko w męce Chrystusa, ale także w Jego pasjach, radościach, smutkach i gniewie. Są to pasje tych, którzy żywią się Ewangelią. Chciałbym więc przyjrzeć się pewnym zagadnieniom, które rzeczywiście mogą nas wpędzić w depresję, i zasugerować jednocześnie, jak radzić sobie z nimi poprzez nasz żal, radość czy nawet gniew, nie popadając w demobilizujące przygnębienie.

Rozpocznę od przyjrzenia się tożsamości kapłańskiej oraz wyzwaniom, które stawia przed nią życie w miejscowej wspólnocie.

Zdaję sobie w pełni sprawę z faktu, że nie jestem idealną osobą do mówienia o tym. Przez ostatnie dziesięć lat mieszkałem poza Wielką Brytanią i jeszcze nie zaaklimatyzowałem się na nowo w naszym Kościele. Ponadto jestem kapłanem–zakonnikiem, a choć stają przed nami i kapłanami diecezjalnymi te same wyzwania, to radzimy sobie z nimi czasami w odmienny sposób. Pocieszam się jednak myślą o pewnym współbracie z mojego zakonu, który wygłaszał wykład w USA. Oklaski na zakończenie jego przemówienia były nieco wymuszone, więc kiedy usiadł, zapytał sąsiada z boku: „Chyba nie wyszło najgorzej?”. Tamten odpowiedział mu: „Nie martw się, to nie twoja wina, tylko tych, którzy ciebie tu zaprosili”.

Zdjęcie z piedestału

W książce The Changing Face of the Priesthood Donald Cozzens pisze: „U podstaw kryzysu duchowego kapłana leży poszukiwanie jego stale odkrywającego się powołania jako wyświęconego sługi Jezusa Chrystusa. Sprawa tożsamości kapłana dotyka korzeni jego duszy”. Choć niektórzy księża zaprzeczają temu, że niepokoją się o swoją tożsamość, większość przyznaje jednak, że sprawa ta wisi nad nimi jak chmura burzowa, pozbawiając ich niegdysiejszej pewności siebie, czyniąc ich nieporadnymi i zażenowanymi pewnymi sytuacjami w życiu parafii.

Jak wszyscy wiemy, w okresie poprzedzającym II Sobór Watykański kapłan miał jasno określoną tożsamość. Był świętą osobą sprawującą obrzędy, cieszącą się określonym statusem i poważaniem z samej tylko racji posiadania święceń. Kapłan miał ogromną wartość, gdyż odprawiał Mszę św. i konsekrował Ciało i Krew Pańskie, nawet jeśli był mało zdolnym duszpasterzem czy kaznodzieją. Ta tożsamość została zakwestionowana przez Sobór. Odkryto na nowo kapłaństwo powszechne całego ludu Bożego, powołanie wszystkich do świętości i świętość powołania do małżeństwa. Kapłaństwo od tego czasu postrzegane jest przede wszystkim jako służba i przewodnictwo. Większość księży entuzjastycznie podeszła do nowej tożsamości i nadal tak do niej podchodzi. Przynajmniej w teorii zostaliśmy uwolnieni od przytłaczającego nas urzędniczego podejścia do kapłaństwa i otrzymaliśmy tożsamość, która jest o wiele bardziej Chrystusowa i ewangeliczna.

Trudno być sługą i przewodnikiem

Gdzie w takim razie tkwi problem? Dlaczego dzieje się tak, że trzydzieści lat po Soborze tak wielu kapłanów odczuwa niepewność i nie wie, kim naprawdę są? Przychodzą mi na myśl co najmniej cztery przyczyny.

Idea kapłana jako sługi i przewodnika jest ze wszech miar szczytna, jednak terminy te są do siebie nieprzystawalne. Służący z reguły nie są powołani do kierowania innymi, tak jak czynią to władczy kamerdynerzy. Przypominają mi się tu francuscy kelnerzy, którzy nieznoszącym sprzeciwu tonem sugerują, co powinno się wybrać z karty dań, oraz pewien irlandzki biskup, który ogłosił podczas przyjmowania sakry, że będzie posługiwał w swej diecezji za pomocą „żelaznej rózgi”.

Obraz kapłana we współczesnej teologii jest tak wyidealizowany, że nikt z nas nie potrafiłby się do niego nawet zbliżyć. Dużo czytałem, przygotowując się do niniejszego wystąpienia, i odkryłem z przerażeniem, że jako kapłan winienem być doskonałym kaznodzieją, skutecznym zarządcą parafii, pełnym inwencji geniuszem w zakresie liturgii, cierpliwym słuchaczem, inspirującym przewodnikiem, duchowym guru umiejącym postępować zarówno z młodzieżą, jak i z ludźmi starszego pokolenia. Opanowało mnie głębokie zniechęcenie i nabrałem przekonania, że jestem złym kapłanem i jako taki powinienem wystąpić o przeniesienie do stanu świeckiego. O mały włos nie byłoby mnie tu!

Teologia posługi ogniskuje się bardziej na tym, co kapłan robi, a nie na tym, kim jest. To może doprowadzić do utylitarnego postrzegania kapłaństwa. Trzeba by oddawać się nieustannej pracy i działać efektywnie, aby móc określić się jako dobry kapłan. Jednak w naszym zlaicyzowanym świecie, przy zubożeniu praktyk religijnych, kapłani często widzą, że zdziałali niewiele, a więc że się nie sprawdzili.

Pojęcie służby w Kościele znacznie się rozszerzyło. Osiemdziesiąt procent pełniących posługę w Kościele w USA to ludzie świeccy, z których zaś osiemdziesiąt procent stanowią kobiety. Taki stan rzeczy rodzi dwa zjawiska: po pierwsze, kapłan czuje się mniej ważny. Czy całe poświęcenie wyrażające się w celibacie i cały stres związany z funkcją są warte tego, żeby być tylko jednym z wielu pełniących posługę w Kościele, skoro inni cieszą się wszystkimi radościami życia w małżeństwie? Po wtóre, kapłaństwo staje się obiektem agresji ze strony tych, którzy czują się z niego wykluczeni — żonatych mężczyzn czy kobiet. Tak więc kapłan może odczuwać, że jego posługa jest zarówno deprecjonowana, jak i że jest przedmiotem zazdrości, co jest sytuacją najgorszą z możliwych — „Jak śmiesz pozbawiać mnie możliwości odgrywania twojej, i tak mało istotnej, roli?”.

Wzór Chrystusa–Kapłana

Zrozumiałe jest więc, że niektórych kapłanów, często młodszych wiekiem, porywa wizja powrotu do starych dobrych czasów, kiedy to kapłan był funkcjonariuszem kultu o świętych dłoniach. Inni księża boją się powrotu takiego stanu rzeczy, widząc w tym zwycięstwo klerykalnej elitarności. Czerpią oni radość z teologii posługi, jednak niektórzy przyznają, że nie mają pewności co do tego, kim są i co oznacza bycie kapłanem współcześnie. Czy jest przed nami jakaś droga?

Wierzę, że taka droga istnieje, a znaleźć ją można w Liście do Hebrajczyków, jedynym dokumencie Nowego Testamentu, który rozwija teologię kapłaństwa. Mamy tam wizję Chrystusa jako Najwyższego Arcykapłana, który jest postacią świętą i nieskalaną, celebrującą najwyższą ofiarę. Jednakże Jego świętość nie odłącza Go od ludzi, a wręcz przeciwnie — zbliża Go do nas. Oto głęboka wizja kapłaństwa, której nie mogę tu rozwinąć, ale która przenosi nas ponad polaryzację na tych, którzy widzą kapłaństwo jako posługę, i na tych, którzy tęsknią do powrotu wizji kapłana jako kogoś świętego i niedostępnego.

Starotestamentalne rozumienie świętości opierało się na odseparowaniu kapłana od tego wszystkiego, co nieświęte i niedoskonałe. Arcykapłan nie mógł zbliżyć się do zwłok, a jeśli chciałoby się przeszkodzić rywalowi w otrzymaniu funkcji arcykapłana, należało mu odgryźć uszy! Jednak w Liście do Hebrajczyków widzimy, jak taka wizja niedoskonałości zostaje przewrócona do góry nogami. Świętość Chrystusa ukazana jest poprzez Jego przyjęcie nas wszystkich z naszą grzesznością i niedoskonałością. Jego świętość ujawnia się nie poprzez dystans, ale poprzez bliskość. Kulminacją Jego świętego posługiwania było przyjęcie na siebie śmierci, najbardziej nieczystego ze stanów, i stanie się samemu zmarłym, „dlatego i Jezus, aby krwią swoją uświęcić lud, poniósł mękę poza miastem” (Hbr 13,12).

Ewangelie nie mówią nigdzie w sposób bezpośredni o Chrystusie jako o kapłanie, ale odnajdujemy tu tę samą teologię świętości. Jezus przygarnia do siebie nietykalnych, trędowatych, ucztuje z grzesznikami i jest barankiem ofiarnym ponoszącym śmierć na ołtarzu krzyża. Tak więc cały Lud Boży jest narodem świętym i ludem kapłańskim, gdyż ucieleśnia w sobie wszechogarniające przygarnięcie Chrystusa, przygarnięcie ludzi z ich niepoukładanymi życiorysami, słabościami i niepowodzeniami. Sakramentem tej świętości jest Eucharystia, w której Chrystus ofiarowuje swoje Ciało za nas wszystkich, także za uczniów, którzy się Go wyprą lub zdradzą. Świętość Kościoła przejawia się poprzez przygarnięcie grzeszników, a nie poprzez ich odrzucenie. Jak powiedział James Joyce o Kościele: „Tu przychodzą wszyscy”. Daje to także nam, wyświęconym sługom Kościoła, wizję kapłaństwa pozbawioną elitarności klerykalizmu, wizję, która dotyka naszej intymności i pozwala utożsamić się z innymi w ich bardziej i mniej udanych przedsięwzięciach.

Ku ludziom, którzy się zagubili

Chciałbym coś wyznać. Otóż kiedy zbliżał się czas przyjęcia przeze mnie święceń kapłańskich, zaczęły mnie nachodzić potworne wątpliwości co do autentyczności mojego powołania. Byłem zagorzałym przeciwnikiem postawy klerykalnej i najmniejszych nawet przejawów wywyższania się kapłanów. Nienawidziłem tej hipokryzji, bo dobrze wiedziałem, że nie jestem lepszy od innych. Przyjąłem święcenia jedynie w posłuszeństwie wobec moich braci. Mogłem się utożsamić wówczas ze św. Augustynem, który płakał w momencie przyjmowania święceń. Cynicy widzący to myśleli, że płacze, gdyż nie został wyświęcony na biskupa, podczas gdy on w rzeczywistości wcale nie pragnął zostać kapłanem. Już po przyjęciu święceń zobaczyłem z przerażeniem, jak mój własny proboszcz podchodzi w moim kierunku. Zaledwie dwa lata wcześniej prosił mnie, bym porzucił tych „heretyków–dominikanów”, abym mógł uratować swoją duszę. Teraz rzucił się przede mną na kolana i poprosił, abym nałożył na niego moje święte ręce w geście błogosławieństwa. Uciekłem z przyjęcia po święceniach do mojego pokoju, żeby nieco ochłonąć. Tylko dlatego zszedłem z powrotem na dół, że jeden ze współbraci pobiegł za mną na górę i próbował ze mną dyskutować o Heiddegerze. To było jeszcze bardziej nie do zniesienia!

Pokochałem w końcu moje kapłaństwo w konfesjonale. Tu właśnie odkryłem, że święcenia zbliżają nas do ludzi wtedy, kiedy znajdują się oni najdalej od Boga. Jesteśmy z nimi, u ich boku, jako że razem stajemy w obliczu ludzkich słabości, niepowodzeń i grzechów, naszych własnych i innych ludzi. Problemem klerykalizmu jest nie tyle to, że czyni on z kapłana świętego, lecz że rozumienie świętości opiera na Starym Testamencie, a nie na Ewangelii.

Jednym z najbardziej uświęconych momentów, w których miałem okazję uczestniczyć, był pogrzeb mężczyzny o imieniu Benedykt, który odbył się jakieś 25 lat temu. Udzielałem mu sakramentu chorych niedługo przed jego śmiercią na AIDS i jego ostatnim życzeniem było, aby wyprowadzenie zwłok na cmentarz nastąpiło z katedry westminsterskiej. No cóż, to wymagało wielu negocjacji. Podczas pogrzebu trumna stała w centrum katedry, a wokół niej zgromadzeni byli przyjaciele zmarłego, z których wielu także chorowało na AIDS. W samym środku symbolicznego centrum katolickiej Brytanii leżało ciało człowieka, który jako chory na AIDS, homoseksualista, osoba zmarła symbolizował wielkie odrzucenie. W takim momencie widzimy objawienie promiennej świętości Boga.

Świętość wyświęconych

Taka wizja kapłaństwa podkreśla jego wymiar misyjny, wyjście do innych. Oznacza to, że posługa społeczności chrześcijańskiej nie może być jedyną posługą księży, wykluczającą inne. Nawet przy wielkim niedoborze księży diecezja musi starać się przeznaczyć niektórych z nas do innych form wychodzenia na zewnątrz, aby ci, którzy nigdy nie zbliżyliby się nawet do Kościoła, mogli być dostrzeżeni i powitani z radością. Jeśli zaś naszym powołaniem jest życie w parafii, także wspólnoty, którym służymy, powinny być w pewnym sensie misyjne i zwrócone na zewnątrz.

Świętość kapłaństwa nie oznacza, że stoimy moralnie wyżej niż inni. Jest to zaprzeczenie elitarności, wyraz budzącego zgorszenie wyjścia Boga do tych, którzy znajdują się na marginesie. To oznacza pewnego rodzaju brak zakorzenienia kapłana. Nie mamy jasno określonego miejsca w hierarchii społecznej. Jesteśmy dość podejrzanymi indywiduami, które czują się dobrze zarówno pośród możnych tego świata, jak i pośród śmieciarzy. Mamy za zadanie uosabiać otwartość na wszystkich, coś, czego współczesne społeczeństwo nie jest w stanie pojąć. Otwartość ta wzywa nas wszystkich do zapomnienia o dzieleniu ludzi na tych, których aprobujemy, i na tych, których stawiamy poza nawiasem. Byłem studentem w Paryżu, kiedy kardynał Danielou zmarł na klatce schodowej, odwiedzając prostytutkę. Prasa skwapliwie podchwyciła ten fakt, czyniąc niedwuznaczne insynuacje. Jednak myślę, że kardynał nie mógł wybrać sobie bardziej odpowiedniego miejsca na śmierć — był on świętym człowiekiem i ofiarnym kapłanem.

Wydaje się, że nawet nasz niedzisiejszy strój — nosimy suknie, w które inni mężczyźni przestali się ubierać pięćset lat temu — jest jak najbardziej odpowiedni. Sugeruje, że jesteśmy trochę na bakier z oficjalnymi strukturami. Przypomina mi się tu jeden z moich amerykańskich współbraci. Podobnie jak dzieje się to w przypadku wielu Amerykanów pochodzenia irlandzkiego, jego nazwisko zawierało imię „Maria”. Wypowiadał się pewnego dnia w salce rekreacyjnej bardzo sceptycznie o osobach wyświęcanych obecnie na księży, twierdząc, że wielu jest wśród nich dziwaków, homoseksualistów i Bóg wie, jeszcze kogo. Na to jeden z braci zwrócił się do niego: „Daj spokój, sam masz na imię »Maria«, nosisz białą sukienkę; uważasz, że jesteś całkiem normalny?”.

Argument za bezżennością

Kolejną kwestią, którą musimy objąć refleksją, jest to, czy księżom powinno się pozwolić na zawieranie związków małżeńskich. Sądzę, że argumenty przemawiające za tym są bardzo silne, być może nawet przygniatające. Zapewne głównym powodem mojego żalu za bezżennością byłby fakt, że kapłan żonaty w sposób bardziej ewidentny byłby częścią systemu społecznego. Podlegałby presji prowadzenia takiego trybu życia, który umiejscawiałby go na konkretnym szczeblu drabiny społecznej, choćby ze względu na to, gdzie uczą się jego dzieci, gdzie spędził wakacje itp. Kapłan taki mógłby mieć problemy z uosabianiem otwartości Królestwa na wszystkich. Nie jest to szczególnie zniewalający argument przemawiający za celibatem, niemniej jednak trzeba go mieć na uwadze. Czy taka wizja kapłaństwa mogłaby stanowić przyczynek do debaty o wyświęcaniu kobiet? Jeśli wolno, pragnąłbym uniknąć odpowiedzi na to pytanie — w końcu mówię na temat pogrążonych w depresji mężczyzn, którzy są kapłanami, a nie kobiet, które nimi nie są.

Uważam, że osoba mająca święcenia kapłańskie wezwana jest, by uosabiać swoim życiem Boże zwrócenie się do całej rozproszonej ludzkości. Taka postawa wykracza poza dychotomię postrzegania kapłaństwa w kategoriach bycia czy podejmowanego działania. Wszystkie działania nas jako kapłanów winny wyrażać i uosabiać świętość Boskiego przebywania w Chrystusie przemieniającą człowieka spoza nawiasu w kogoś nam bliskiego, zamieniającą śmierć w życie, a smutek w radość.

Duchowość świecka

W jaki sposób kapłan ma przeżywać swoje powołanie dzisiaj, szczególnie w obliczu kryzysów w naszym Kościele i społeczeństwie? Chciałbym spojrzeć na niektóre z wyzwań stojących przed nami, kiedy próbujemy sprostać swojej roli w odniesieniu do społeczności lokalnej. W dalszej kolejności zaś zajmę się kwestią naszej solidarności z całym Kościołem, ze wszystkimi kryzysami, które obecnie są jego udziałem.

Kiedy Michael Hollings poczuł powołanie do kapłaństwa pod koniec wojny, poszedł do pułkowego kapelana, który był benedyktynem. Kapelan zapytał go, dlaczego chce zostać księdzem, na co Hollings odpowiedział: „Aby pomagać ludziom”. Zapytany o to, czy nie postrzega Mszy św. jako centrum bycia kapłanem, odpowiedział szczerze, że nie, że chce po prostu pomagać innym. Kapelan przeżył głęboki szok. Mam wrażenie, że duchowość księży diecezjalnych jest głęboko zakorzeniona w życiu świeckich. Amerykański biskup Untenor tak pisał na ten temat: „Księża diecezjalni należą do społeczności uczniów Jezusa Chrystusa. Stajemy przed takimi samymi wyzwaniami, jak ludzie świeccy, i żyjemy w takim samym, jak oni, świecie”.

Jest to w gruncie rzeczy duchowość świecka, duchowość przeżywana wspólnie z laos — innymi ludźmi. Wyrastałem w przekonaniu, że zakonnik to kapłan najwyższej klasy. Wydawało mi się, że jest sprzeczność w określeniu „ksiądz świecki”, tak jakby księża ci ustępowali czymś członkom zakonów. Jeśli jednak przyjmiemy teologię z Listu do Hebrajczyków, wówczas kapłaństwo postrzegać będziemy jako Boże ogarnięcie tego, co świeckie, co laickie. Nasz arcykapłan był tak naprawdę osobą świecką. Tak więc kapłan świecki wyraża to, co stanowi duszę kapłaństwa. Może to właśnie my, zakonnicy, jesteśmy tymi dziwnymi przypadkami, których kapłaństwo wymaga głębokiego wyjaśnienia. Trochę późno sobie to uświadomiłem, po trzydziestu latach w zakonie dominikańskim!

Skoro duchowość ta ma być w sposób szczególny zwrócona w stronę życia ze świeckimi, tu również księża świeccy, a często także zakonnicy, doświadczą największych radości i zarazem najbardziej dotkliwych problemów, a niekiedy i demoralizacji. Chciałbym przyjrzeć się jedynie trzem najbardziej delikatnym kwestiom: trudnościom związanym z kierowaniem, nieprzystawaniem parafii do naszych wyobrażeń o idealnej wspólnocie i wreszcie z bólem związanym z przeżywaniem naszego kapłaństwa w bliskości ludzkich niepowodzeń i tragedii.

Nie mamy być biznesmenami

Duża część współczesnej literatury teologicznej przedstawia kapłanów jako przewodników. Muszę wyznać, że czuję pewnego rodzaju zakłopotanie. Po pierwsze, jak wspomniałem wcześniej, uważam, że taka rola nie daje się pogodzić z ideą posługi. Jak mamy łączyć w sobie posługę z jednoczesnym przewodzeniem Ludowi Bożemu? Takie napięcie może wprowadzić zamęt w nasze stosunki z tymi, z którymi mamy współpracować. Są zachwyceni, słysząc, że kapłan ma im służyć, a jednocześnie wyrażają zdziwienie, że oznacza to zazwyczaj mówienie im, co mają zrobić.

Słowo „kierownictwo” wiąże się dla mnie ponadto ze światem zarządzania w biznesie. Lider musi być kompetentny i zdecydowany; nie wolno mu pokazywać swoich słabości czy wahań, a jego decyzje muszą być szybkie i odważne. Przede wszystkim zaś przywództwo jest zazwyczaj postrzegane przez pryzmat osiągnięć, zdobywania wytyczonych sobie celów. Jednak kapłaństwo nie polega na osiąganiu sukcesów. Często dochodzimy do wniosku, że nie osiągnęliśmy zbyt wiele. Jeśli myślimy o sobie jako o liderach, możemy wtedy mieć poczucie przegranej. Nasi wierni, którzy często żyją i pracują w świecie zarządzania, w biznesie, o ile szczęśliwie mają pracę, nie przychodzą do nas, by znaleźć w parafii te same wartości, którymi żyją w swoich biurach. Mimo to słowa „rola kierownicza” przyjęły się w Kościele, a nawet wśród zakonników. Często jestem pytany, jak długo odgrywałem rolę kierowniczą, na co odpowiadam, że dotąd nigdy.

List do Hebrajczyków może nam jednak przybliżyć wizję przywództwa, które jest kapłańskie i które zapewnia nam relacje z ludźmi pozbawione dominacji z naszej strony i niepozwalające na postrzeganie siebie jako ludzi przegranych. Jezus jest pionierem naszej wiary, „który otworzył nową drogę” (19,20). Wkracza przed nami w obecność Boga. Jezus przewodzi nam, idąc naprzód, stawiając pierwszy krok.

Nasze kierowanie innymi polega na gotowości postawienia tego pierwszego kroku, wyjścia do tych, których się wyłącza poza margines, ofiarowując im przebaczenie i prosząc o nie samemu. W przypowieści o synu marnotrawnym doszło do pojednania, ponieważ i syn, i ojciec uczynili pierwszy krok w przeciwnych kierunkach. Pierwszym krokiem syna jest powrót do domu, a kiedy ojciec zauważa zbliżającego się syna, podejmuje pierwszy krok i wychodzi mu na spotkanie.

Ojciec Święty pokazuje nam, co oznacza wyjście do prawosławnych, do żydów i muzułmanów, nawet jeśli niesie to ze sobą ryzyko odrzucenia. Papież zrobił pierwszy krok, prosząc o wybaczenie grzechów Kościoła, i to pomimo sprzeciwów w samym Watykanie. Na tym polega przywództwo. Bycie przywódcą nie oznacza więc posiadania nadzwyczajnych kompetencji czy zdecydowanego mówienia innym, co mają robić. Wymaga natomiast zdecydowania się na zrobienie pierwszego kroku i pójścia przed ludźmi, aby przyjąć w ramiona tych, którzy mogą nas nie chcieć; aby zaprosić innych do uczynienia więcej, aniżeli do tej pory uważali za możliwe, i wreszcie, aby przebaczać i prosić o przebaczenie. Może to oznaczać osamotnienie. Prawdziwe przywództwo może nas więc doprowadzić do osamotnienia Krzyża. Może w rozpowszechnionym dziś etosie rynku nasze przywództwo będzie polegało na odwadze zrzucenia maski własnej kompetencji i stanięcia bez strachu twarzą w twarz z naszymi ograniczeniami i niepowodzeniami. Możemy postawić pierwszy krok i bez lęku uznać naszą kruchość. Przywództwo oznacza przede wszystkim wkroczenie w słabość. Prawdziwe przywództwo daje nam wielką radość i wolność potrzebną do zrzucenia przygniatającej nas maski bycia wszechwiedzącymi i mocnymi macho, którzy bez żadnego problemu byliby wysoko opłacaną kadrą kierowniczą, gdyby tylko Pan nie powołał nas do kapłaństwa, a do British Petroleum.

Parafia jako wspólnota

Gorycz niepowodzeń i przygnębienie możemy odczuć również podczas tworzenia wspólnoty parafialnej. Kiedy spotkałem się z Radą Krajowej Konferencji Kapłanów, jeden z księży opowiedział zebranym o swojej frustracji spowodowanej tym, że często parafia postrzegana jest jak stacja benzynowa, a nie rzeczywista wspólnota. Ludzie jedynie wpadają na szybką Mszę, a nie po to, by gromadzić się przy ołtarzu jako Lud Boży. Parafie nie zawsze są tymi pięknymi wspólnotami, o których czytamy w książkach teologicznych. Parafialna grupa liturgiczna przygotowała wspaniałą ucztę, podczas gdy ludzie chcą tylko szybko coś przekąsić przed pójściem do domu i oddaniem się tam prawdziwej celebracji niedzielnego obiadu. I nic w tym dziwnego. W naszych miastach terytorialny zasięg parafii nie pokrywa się z poczuciem istnienia wspólnoty. O ile kapłan może postrzegać parafię jako swoją główną wspólnotę, o tyle większość ludzi wymienia ją na dalszych miejscach, mówiąc o swojej przynależności do grupy, po swoich rodzinach, klubach piłkarskich, szkole, do której chodzą dzieci, i miejscu pracy. Może to zrodzić w kapłanie poczucie przegranej. Obwinia siebie o to, że nie jest w stanie zgromadzić ludzi wokół ołtarza i nie potrafi zbudować wspólnoty eucharystycznej.

Nie jest moim zadaniem analiza przyszłości parafii opartych na jednostce terytorialnej i zaproponowanie alternatywnych rozwiązań. Chcę jedynie ukazać prostą prawdę, że każda wspólnota, którą będziemy starali się stworzyć, będzie do pewnego stopnia niepowodzeniem, ponieważ nie nadszedł jeszcze czas królestwa Bożego. Każda wspólnota chrześcijańska, czy będzie to parafia, czy klasztor dominikanów, jest niewolnym od wad i niedoskonałym symbolem wspólnoty, do której tęsknimy — królestwa Bożego. Gdyby parafia rozwijała się zbyt dobrze, moglibyśmy wtedy pomyśleć, że Królestwo to już przyszło, a proboszcza uważać za Mesjasza.

Archetypem spotkania wspólnoty chrześcijańskiej była ostatnia wieczerza. Pomyślmy jednak, jak bardzo niedoskonała była ta wspólnota: jeden z uczniów sprzedał Jezusa, inny zaparł się Go, a reszta rozproszyła się. Jezusowi nie udało się zgromadzić uczniów we wspólnocie tej ostatniej nocy, więc i my nie powinniśmy się dziwić, gdy nie będziemy lepsi od naszego Mistrza. Jezus udzielił sakramentu wspólnocie, znaku Królestwa, które ma przyjść w odpowiednim czasie jako dar. Jeśli dana parafia nie rozwija się prężnie i dynamicznie, nie musi to wcale oznaczać naszego osobistego niepowodzenia. Niekiedy nie potrafimy uczynić nic ponad bycie znakiem tego, co ma dopiero nastąpić.

Kiedy byłem młodym dominikaninem w Oksfordzie, zaszedłem raz do duszpasterstwa dla studentów, w którym pracował Michael Hollings. Niestety, zbeształ mnie wtedy mocno, bo nie przepadał za zakonnikami! Wiele lat później poznałem go lepiej i zacząłem podziwiać. Wszędzie, gdziekolwiek mieszkał, prowadził dom otwarty: w Oksfordzie, Southall czy Bayswater. Pewnego razu nakrył w swoim mieszkaniu włamywacza i zaprosił go na herbatę. Wiedziałem, że nie jest to droga dla mnie, ale podziwiałem to, co robił, jako znak Królestwa. Nie było to jeszcze samo Królestwo, przynajmniej taką mam nadzieję! Był to jednak jego znak, znak Królestwa, które obejmuje wszystkich. Nie możemy sami zbudować takiej wspólnoty, możemy jedynie wskazywać na nią. Ona sama zaś przyjdzie jako dar i zadziwi nas.

W marcu byłem w Kairze, gdzie odwiedziłem Mukatan, część miasta, do której rzadko zapuszczają się turyści. Jest to miasteczko zbieraczy odpadów. Mieszka ich tam około 300 tysięcy i są to w przeważającej większości chrześcijanie. Rankiem opuszczają swoją dzielnicę w poszukiwaniu śmieci, które przynoszą do Mukatanu, aby je posortować i sprawdzić, co ewentualnie nadaje się do sprzedaży czy powtórnego przerobu. Jest to najbrudniejsze, najobrzydliwiej śmierdzące i najbardziej przygnębiające miejsce, które kiedykolwiek widziałem. Ludzie wydają się tam na wpół martwi, nawet dzieci grające w piłkę na ulicy poruszają się w zwolnionym tempie, jak staruszkowie. Nad tym miejscem górują wysokie skały. I oto polski artysta poświęcił całe swoje życie i namalował na tych skałach sceny przedstawiające Chrystusa w chwale. Kiedy kairscy zbieracze śmieci wracają do swoich domostw z ciągniętymi przez osły wózkami wypełnionymi stertami śmierdzących worków, widzą na skałach obrazy przedstawiające przemienienie Chrystusa na górze, Jego zmartwychwstanie i wniebowstąpienie. Te właśnie obrazy przypominają im, że nie są wyłącznie śmieciarzami, ale obywatelami Królestwa, przeznaczonymi do chwały. Te znaki utrzymują ich przy życiu.

Szukajmy okruchów nieśmiertelności

Kapłan jest zwiastunem Dobrej Nowiny, dlatego demoralizacja tak głęboko podkopuje nasze powołanie. Nikt nie będzie miał do nas zaufania, jeśli będziemy wyglądać na przygnębionych. Jednak zadaniem kapłanów jest niejednokrotnie głoszenie Dobrej Nowiny tym, których życie naznaczone jest rozgoryczeniem i niepowodzeniami. Tony Philpot napisał kiedyś, że „kapłan diecezjalny ex professo styka się z niepowodzeniami. Jest to przede wszystkim jego własna niedoskonałość i świadomość własnej grzeszności. Jednak ma też świadomość faktu, że Ewangelia traktuje o przebaczeniu grzechów i jego powołaniem jest stanięcie wobec grzechów jego owczarni. Stawanie w obliczu niepowodzeń to dla kapłana dzień powszedni”.

Obecnie kapłan musi także stawać w obliczu wielu chorób dotykających nasze społeczeństwo, w którym na skutek załamania się istniejących dotąd struktur i sekularyzacji wielu ludzi doświadcza głębokiego poczucia bezsensu swojego życia. W jaki sposób mamy pozostawać pełnym radości głosicielami Dobrej Nowiny, skoro widzimy dokoła tyle rozbitych rodzin, młodzieży zatracającej się w narkotykach i oznaki triumfu kultury niskich lotów?

Po pierwsze, niewątpliwie możemy być głosicielami Ewangelii poprzez celebrację roku liturgicznego. Jest to tak naprawdę historia, w której mamy do czynienia z cierpieniem, niepowodzeniem, upokorzeniem, grzechem i osamotnieniem, które przenoszą nas poza siebie w stronę Królestwa. Co roku jesteśmy wyprowadzani z Egiptu i wędrujemy w poszukiwaniu Ziemi Obiecanej. Rozpoczynamy od adwentu, przez który przechodzimy do Bożego Narodzenia, następnie Wielki Post doprowadza nas do Wielkanocy, obchodzimy święto zesłania Ducha Świętego, a na końcu cyklu liturgicznego jest uroczystość Chrystusa Króla. Mamy udział w przygnębieniu Izraelitów na pustyni i w demoralizacji ich potomków w niewoli babilońskiej, ale jesteśmy przeprowadzani dalej, poza te rzeczywistości. Jezus mówi swoim uczniom podczas ostatniej wieczerzy: „Także i wy teraz doznajecie smutku. Znowu jednak was zobaczę, i rozraduje się serce wasze, a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać” (J 16, 22). Co roku przeżywamy historię, która zmienia smutek w radość.

To jednak nie wystarczy za odpowiedź. Pomimo corocznego cyklu liturgicznego niektórzy kapłani nadal czują się obciążeni ponad siły i ogarnia ich zniechęcenie. To regularne przeżywanie daje nam siły w drodze do Królestwa, ale kiedy już wydaje nam się, że jesteśmy jego bliscy i będziemy mogli sobie odpocząć, trzeba drogę zaczynać na nowo. Czujemy się tak, jakbyśmy wsiedli w wesołym miasteczku na roller–coaster (kolejkę pędzącą po krętych szynach robiącą petlę w powietrzu): przeżywamy uroczystość Chrystusa Króla i tuż potem gwałtownie porywani jesteśmy na dół do punktu wyjścia. Tak więc podczas tych niekończących się powtórzeń potrzeba nam oglądu tego, co czeka nas na końcu podróży. Już teraz domagamy się przedsmaku radości i pokoju Królestwa. Musimy żyć obecnie tak, aby Lud Boży mógł powziąć wyobrażenie o końcu podróży. Nie możemy czekać, że dopiero w chwili śmierci ożyjemy. W przeciwnym wypadku, dlaczego ludzie mieliby wierzyć, że nasza wędrówka dokądkolwiek zmierza? Rytm roku liturgicznego mogł wydawać się nudny wczoraj, może jutro, ale nigdy nie dzisiaj.

Wierzę, że skoro kapłani mają być głosicielami Dobrej Nowiny, muszą prowadzić takie życie, w którym już teraz można zauważyć okruchy nieśmiertelności. Nie wystarczy jedynie utrzymywać się przy życiu; trzeba się rozwijać. Wszyscy powinniśmy żyć tak, aby było to prawdziwe życie, w którym doświadczalibyśmy przedsmaku życia wiecznego. W przeciwnym razie przygniotą nas smutki teraźniejszości i może poddamy się współczesnej kulturze trywialności. Najwcześniejszym określeniem życia chrześcijańskiego był termin „droga”. Musimy pokazać, że jest to droga dokądś prowadząca, a nie jedynie kręcenie się wkoło po pustyni.

Jestem na urlopie

Problemem pozostaje to, w jaki sposób kapłani mają ukształtować swoje życie. Kilku księży diecezjalnych powiedziało mi, że łatwo jest o takim życiu mówić zakonnikowi, szczególnie nieobarczonemu parafią. Mamy regułę zakonną, żyjemy we wspólnotach i mamy większą kontrolę nad tym, co robimy, aniżeli księża świeccy będący na każde skinienie swoich parafian i niepotrafiący przewidzieć, jakie dramatyczne chwile przyniesie kolejny dzień. Inni księża zaprzeczają takiemu poglądowi i uważają, że kapłan może i powinien znaleźć czas na modlitwę, odpoczynek i własny rozwój. Prosiłbym was o refleksję nad tym, w jaki sposób możecie kształtować swoje życie, aby już teraz ludzie rozpoznali w nim pierwsze owoce nowego stworzenia: wolność, pokój i radość.

Moja intuicja podpowiada mi, że na pewno jest sposób na wypracowanie w sobie tej wolności kształtowania życia, które jest pełne… życia właśnie. Jesteście jak Jezus wydany w ręce mężczyzn i kobiet. Podobnie jak On podjęliście olbrzymie ryzyko dobrowolnego oddania się innym. Kiedy kardynał Bernardin otrzymał sakrę biskupa Chicago, poprosił wiernych: „Na tyle lat, ile zostało mi dane, oddaję się w wasze ręce. Powierzam wam moją posługę i moje kierownictwo, moją energię, moje talenty, mój umysł, moje serce, moją siłę oraz, a jakże, moje ograniczenia. Ofiarowuję się wam w wierze, nadziei i miłości”.

To jest akt eucharystycznego złożenia siebie w ofierze: „Oto ciało Moje, za was wydane”, a przecież Jezus pozostał najbardziej wolną osobą na świecie. Jego życie ukształtowane było w posłuszeństwie wobec Ojca. On sam powierzył siebie w nasze ręce, a przecież nigdy nie był bezwolną marionetką. Miał wpływ na swoje życie, podobnie jak kardynał Bernardin. W jaki sposób można odnaleźć tę eucharystyczną wolność oddania swego życia w ofierze, zachowując jednocześnie kontrolę nad własnym życiem, w którym można zobaczyć światło przyszłego Królestwa? To jest pytanie, które daję wam pod rozwagę.

Musimy odnaleźć taką drogę życia, która pozwala nam od czasu do czasu także na odpoczynek, odpoczynek z Bogiem i z samymi sobą. Musimy mieć takie chwile, kiedy możemy zniknąć i nic nie robić, czy to w ciągu tygodnia, miesiąca czy w ciągu roku. I nie chodzi jedynie o to, że wypoczęci jesteśmy bardziej wydajni jako księża. Nie ma to nic wspólnego z zarządzaniem. Chodzi o to, że Dobra Nowina, którą głosimy, stanowi o tym, że powołani jesteśmy do spoczynku w Bogu i do dzielenia się Jego szabasem. Jest to Ewangelia o tym, że jesteśmy wszyscy obywatelami Królestwa, w którym będziemy oddawać się lenistwu i gdzie będziemy tracić czas z Bogiem przez całą wieczność. Największą godnością człowieka jest to, że jesteśmy powołani do zabawy z Bogiem w wieczności jako homo ludens. Czy ktoś nam w to kiedykolwiek uwierzy, jeśli nigdy nie będziemy widziani podczas odpoczynku?

Większość z nas jest notorycznie zajęta i musimy być jako tacy widziani przez innych. Tak jest w moim przypadku. Skoro mamy być wiarogodnymi głosicielami, nie wolno nam bać się tego, że ktoś nas przyłapie na lenistwie. Musimy mieć odwagę zostawienia wiadomości na drzwiach kościoła: „Mszy św. nie będzie przez najbliższe trzy dni. Jestem na urlopie”. Powinniśmy oprzeć się diabelskiemu głosowi wewnętrznemu oskarżającemu nas wtedy o bycie złymi księżmi. Przyznaję, że sam nie jestem w tym dobry. Przez większą część rocznego urlopu po latach sprawowania funkcji generała zakonu dominikańskiego byłem nieustannie zajęty i chciałem, żeby mnie takim widziano. I nawet jeśli grałem w coś na komputerze, opanowałem sztukę szybkiego pozbycia się gry z ekranu tak, aby pojawiło się na nim kazanie na najbliższą niedzielę. Tak robi ktoś, kto jest dopiero w drodze do uwierzenia w dar bezwarunkowego zbawienia dla wszystkich, niezasłużonej łaski.

Radość, radość, radość

Radość Królestwa powinna objawiać się już teraz. Baczniejsze przyjrzenie się tej radości wymagałoby kolejnych kilku wystąpień, więc proszę wybaczyć moją wymuszoną skrótowość. Kiedy Jezus otrzymywał chrzest, dał się słyszeć głos z nieba mówiący: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”. W sercu życia Trójcy Świętej jest czysta radość Boga z Boga samego, Ojcowska radość z Syna, którą jest Duch Święty. Jezus — Najwyższy Kapłan — ogarnął nas tą radością. Jesteśmy porwani do radości Ojca cieszącego się ze swego Syna. Świętość Boga roztacza tę radość, którą Bóg ma ze wszystkiego, co istnieje. Kiedy Jezus ucztował z celnikami i prostytutkami, nie był to dla Niego obowiązek. Była to bezgraniczna radość płynąca z ich towarzystwa, z samego ich istnienia. Kiedy dotykał tego, co nietykalne, nie był to gest pełen rezerwy, lecz radosne przytulenie się.

Tak więc istotą naszego kapłaństwa jest radość z istnienia innych ludzi, ze wszystkimi ich nieporadnymi próbami życia i miłości, czy będą to małżeństwa, ludzie rozwiedzeni czy żyjący samotnie, czy będą hetero– czy homoseksualistami, bez względu na to, czy ich życie przebiega w zgodzie z nauczaniem Kościoła, czy też nie. Świętość kapłaństwa jaśnieje taką właśnie radością. Kościół musi być społecznością, w której ludzie odkryją boską radość z samego faktu ich istnienia. Taka jest nasza posługa. I stąd też nasze kapłaństwo musi czynić z nas ludzi pełnych pasji, pasji związanych z radościami i ze smutkiem wywołanym cierpieniem innych. Nasze pasje mogą nawet niekiedy wyrażać się w gniewie spowodowanym ich cierpieniami. Jeśli będziemy czerpali radość z ludzi, oni również będą się cieszyli nami. Odkryjemy radość Bożą w sobie, a jej dawcami będą ludzie zupełnie niespodziewani, nawet tacy, którzy w Niego nie wierzą.

Skoro istotnie radość jest w samym centrum naszego kapłaństwa, powinniśmy troszczyć się wzajemnie o własne szczęście. Szczęście kapłanów winno być przedmiotem nieustannej troski biskupów i innych kapłanów. Jeśli zauważymy, że inny kapłan wygląda na zrozpaczonego, nie jest dobrze zakładać, że musi sam sobie z tym poradzić. Jeśli zaś sami pogrążeni jesteśmy w rozpaczy, nie wolno nam uważać samych siebie za macho i polegać tylko na własnych siłach. Będąc nieodłączną cechą głoszenia Ewangelii i oznaką świętości Boga, radość i szczęście kapłana nie są wyłącznie sprawą jego samego. Musimy ich poszukiwać dla siebie nawzajem.

tłum. Marcin Turski

Rozważanie wygłoszone podczas konferencji kapłanów brytyjskich w Digby Stuart College w Roehampton. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Radości i smutki współczesnego kapłaństwa
Timothy Radcliffe OP

urodzony 22 sierpnia 1945 r. w Londynie w Wielkiej Brytanii – dominikanin, wieloletni profesor Nowego Testamentu na Uniwersytecie Londyńskim, generał Zakonu Kaznodziejskiego (1992-2001). Święcenia kapłańskie przyjął w 19...