Recepta na udane małżeństwo?

Recepta na udane małżeństwo?

Wniosek, który nasuwa się po odbyciu tzw. kursu przedmałżeńskiego: z różnych aspektów sakramentalnego pożycia dwojga katolików Kościół najbardziej zainteresowany jest seksem.

Najpierw chcieliśmy iść do dominikanów. Tylko że u nich kurs przedmałżeński prowadzony jest w niedziele, a my staramy się jak najczęściej wyjeżdżać w weekendy poza miasto.

„Zróbcie kurs na Krańcu — mówili znajomi. — Tam jest jeszcze najznośniej”.

Proszę zauważyć — mówili „najznośniej”, nie — „najlepiej”.

Kurs przedmałżeński, czyli: jak mówić…

Tak oto z parą znajomych, która również niebawem zamierzała założyć obrączki, wybraliśmy się na kurs do polecanej parafii.

Przyglądam się dwunastu tematom katechez, które zostały uwiecznione na odwrocie zaświadczenia o odbyciu kursu:

1. W kogo wierzę
2. Sakramentalność małżeństwa
3. Istota i rozwój miłości
4. Miłość małżeńska
5. Różnice w przeżywaniu miłości (kobieta i mężczyzna)
6. Trudności w małżeństwie
7. Odpowiedzialne rodzicielstwo
8. Wychowanie do miłości
9. Wykroczenia przeciwko życiu
10. W obronie życia (film)
11. Rodzina Kościołem domowym
12. Powołanie chrześcijańskie

Mam wrażenie, że byłam na zupełnie innym kursie.

Trudno mówić o sakramencie małżeństwa do tak zróżnicowanej grupy, która zazwyczaj zbiera się podczas kursu. Osiemnastolatki, które do małżeństwa popycha przypadkowa ciąża, czterdziestoletni „spóźnieni”, którzy ostrożnie starają się uwierzyć, że nie przeżyją reszty życia w samotności. Chłopaki po zawodówkach i po doktoratach; biedni i zamożni; zakochani, którzy nie widzą świata poza sobą, i tacy, którzy siadają obok siebie, by przez półtorej godziny nawet na siebie nie spojrzeć.

Różny też jest ich stosunek do Kościoła: są tacy, którzy zajmują miejsca w pierwszych ławkach i dobrze znają słowa Pod Twoją obronę. Tacy, którzy wydymają wargi w pogardliwym grymasie, nogi wyrzucają przed siebie i reagują parsknięciami na co ostrzejsze kawałki. Ci przynajmniej słuchają. Są też tacy, którzy wymykają się chyłkiem po wyczytaniu obecności albo wykorzystują czas na lekturę gazety czy drzemkę.

Trudno mówić naraz do nich wszystkich, ale to wcale nie znaczy, że się nie da.

Dziesięć razy to samo

Każde spotkanie rozpoczynało się od wyczytania obecności. Czynił to zawsze pan Wojtek zajmujący się sprawami organizacyjnymi. Po tej czynności zanurzał się w lekturze tygodnika katolickiego, by po zakończonych zajęciach podać informacje dotyczące kolejnych spotkań, zebrać sprzęt nagłaśniający i zamknąć drzwi.

Najlepsze zajęcia na kursie prowadziła pani doktor medycyny. Rozpoczęliśmy od modlitwy. Potem z tej prostej formuły skorzystał jeszcze tylko ksiądz prowadzący jedno z ostatnich spotkań. Podczas wykładu o istocie miłości małżeńskiej pani doktor z uporem krążyła wokół tematu naturalnego planowania rodziny oraz różnic psychicznych i fizycznych między kobietami a mężczyznami w przeżywaniu aktów cielesnych. To jednak nie raziło z dwóch powodów: słyszeliśmy o tym po raz pierwszy, a osoba prowadząca zajęcia była komunikatywna i serdeczna.

Kolejne zajęcia — prowadzone przez panią pedagog — ponownie dotyczyły przede wszystkim płciowości.

Następne przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Otóż po sprawdzeniu obecności wykład rozpoczął… pan Wojtek. Wykład dotyczył argumentów za stosowaniem naturalnych metod planowania rodziny.

Pan Wojtek, jak nas poinformował, legitymował się wyższym wykształceniem technicznym i kilkudziesięcioletnim stażem małżeńskim. Być może w oczach organizatorów kursu są to wystarczające kwalifikacje do zaznajamiania przyszłych małżonków z cyklem płodności kobiety („śluz płodny zawiera białko”), z wszechstronnymi, zbawiennymi skutkami rezygnacji ze stosowania środków antykoncepcyjnych („naturalne metody są ekologicznie najlepsze”), z porażającymi logiką wnioskowaniami na podstawie danych statystycznych („w Austrii okazało się, że wśród osób stosujących naturalne metody jest trzy razy mniej rozwodów niż wśród osób stosujących antykoncepcję, stąd wniosek, że naturalne metody planowania rodziny wpływają korzystnie na trwałość małżeństwa”) oraz z rozważaniami etycznymi („jak będziecie mordercami, to kamienie krzyczeć będą” albo „jak będziecie nie po bożemu prowadzić pożycie, to kamienie krzyczeć będą”) i szczegółowymi instrukcjami („jak mężczyzna lubi od tyłu — to można od tyłu; jak kto chce, jak lubi”; „kobieta musi informować męża o swojej płodności, bo on nie jest wróżką”).

Język, którym pan Wojtek mówił o sprawach — bądź co bądź — intymnych i delikatnych, woła o pomstę do nieba. Nic nie usprawiedliwi niekompetencji, manipulacji faktami, traktowania ludzi jak półgłówków, którzy mają zachować powagę wobec śmiesznych, dziecinnych argumentów.

Trudno mówić młodym o racjach, które mają ich przekonać o tym, aby wybrali naturalne metody regulacji poczęć. Trudno, ale jeśli Kościołowi na tym zależy, to na pewno nie zrobi tego ustami panów Wojtków.

Po zajęciach poszliśmy do proboszcza, żeby poprosić go o powierzanie takich tematów osobom bardziej kompetentnym. Proboszcz przyjął nas życzliwie, podrapał się w głowę i westchnął: „Wszystko rozumiem, ale pomoc pana Wojtka w organizacji tych kursów jest nieoceniona. Nie mogę mu zabrać zajęć…”.

i jeszcze raz,

Problemy małżeńskie przedstawiane podczas kursu dotyczą głównie łóżka. On chce o każdej porze, ona musi mieć odpowiednie warunki. „Panowie, jeśli żona chce, abyście zasłonili okno, to nawet jeśli mieszkacie w wieżowcu i nikt was na pewno nie zobaczy — zrozumcie, jej to jest potrzebne” — ten przykład słyszeliśmy prawie na każdych zajęciach.

Przewijają się w tle i inne problemy: dzieci i odmienne stanowiska w kwestii ich wychowania, wygórowane oczekiwania wobec partnera, brak dostatecznego poznania się przed ślubem, rozchodzące się drogi, brak szczerej rozmowy, problemy, którym trudno sprostać, a o które łatwiej jest obwiniać kogoś niż siebie. Wychłodzenie, zobojętnienie. Koledzy i piwo. Koleżanki i dzieci. Ucieczka. Zdrada.

Tylko, że to wszystko jest potraktowane zdawkowo, ledwie zasygnalizowane…

Wielu ludzi, którzy siedzą na sali, ma podstawowe problemy emocjonalne i uczuciowe. Często są to smutne dzieci smutnych rodziców, dla których słowo „kocham” to wytrych, kwiatek do sytuacji, nie zobowiązanie…

Co mi dały te katechezy?

Nic.

a nic nie powiedzieć.

Ludzie, którzy przychodzą na taki kurs, mają często niewielki związek z Kościołem. Więcej — w wielu wypadkach mają do niego stosunek krytyczny. Być może jest to pierwsza od bierzmowania i ostatnia na wiele lat przestrzeń do pracy duszpasterskiej z nimi. Być może jest to czas, który pozwoli wielu z nich (wielu z nas) zrozumieć istotę powołania, istotę wierności i nierozerwalności i innych trudnych, bardzo trudnych spraw, które dotyczą miłości takiej, jak ją rozumiał Chrystus.

Być może mądry kurs odwiódłby od decyzji o zawarciu małżeństwa tych, którzy nie powinni z różnych powodów znaleźć się wspólnie przed ołtarzem. Być może zapobiegłby niektórym dramatom.

Tymczasem wśród wielu znajomych rozmowy o kursach przedmałżeńskich rozpoczynają się od machnięcia ręką i stwierdzenia: „Zmarnowaliśmy kilka popołudni na wysłuchanie opowiastek o wszystkim i o niczym”. Do tego często dochodzą wspomnienia uciążliwych, przedślubnych formalności.

— Gdybym miała określić ten czas, nazwałabym go „czasem zbierania karteczek nijak mających się do życia” — komentuje jedna z dziewczyn, która kilka tygodni temu zwarła związek małżeński. — To zbieractwo bardziej nas denerwowało niż sam fakt uczestniczenia w bądź co bądź przymusowych kursach. Właściwie wszędzie trzeba było zdobyć zaświadczenie o odbyciu takich czy innych nauk oraz o dwukrotnym przystąpieniu do spowiedzi przedślubnej, co skrytykował nawet jeden z zakonników, do którego poszłam się wyspowiadać.

Kilka prostych zabiegów

Są jednak ludzie, którym uczestnictwo w kursie naprawdę wiele dało.

Od czego to zależy? Od nastawienia? Od oczekiwań? Może od odrobiny trudu i chęci ze strony organizatorów? Na pewno tych kilka prostych zabiegów nie wykracza poza możliwości każdej parafii:

1. Ograniczenie (albo raczej skondensowanie) spraw dotyczących płciowego wymiaru małżeństwa do dwóch zajęć w Poradni Naturalnego Planowania Rodziny. Powierzenie tematu osobie kompetentnej i delikatnej.

Oto dwie relacje dziewczyn raczej zadowolonych z wizyt w takiej poradni:

Maria Kuczkowska — Zajęcia wspólne dla wszystkich odbyły się dwukrotnie, a raz pani prowadząca kurs spotkała się indywidualnie z każdą z par (było nieco intymniej niż wśród dwudziestu uczestników). Całość przeprowadzona została profesjonalnie, więc jeśli ktoś do tej pory nie miał pojęcia o płodności człowieka, mógł się faktycznie na takim kursie dokształcić. Zarzut mam tylko jeden — prowadząca z góry narzuciła nam pogląd, że jedyną dopuszczalną metodą regulacji poczęć jest metoda wielowskaźnikowa. Jako osoba wierząca nie mam nic przeciwko niej, zaniepokoił mnie jedynie ten brak możliwości wyboru i uniemożliwienie dyskusji na ten temat. W praktyce nikt nigdy nie dowie się, ile par deklarujących się jako wierzące choćby przez sam fakt uczestnictwa w takich kursach zastosuje je w swoim pożyciu małżeńskim.

Tematy zajęć z poradni nie były powtarzane na spotkaniach w kościele, raczej się uzupełniały. Tu kładziono nacisk na sprawy fizjologii człowieka, przejawy płodności itd., tam zaś na sprawy duchowe, tzn. na istotę miłości małżeńskiej.

Marta Urbańska — Jedne z zajęć w poradni prowadził starszy pan, lekarz. Widać było, że jest entuzjastą metod naturalnych. Zdarzało mu się naciągać fakty do promowanej teorii. Nie w sposób rażący, jednak zwróciłam na to uwagę, bo wcześniej interesowałam się tematem. Mówił np., że można ustalić co do dnia termin jajeczkowania, co znacznie ułatwia stosowanie metody, ale nie jest prawdą.Ważne jednak, że przedstawił problem w sposób taktowny i interesujący. Może któremuś ze sceptycznych uczestników zapaliła się w głowie lampka i zobaczył nowe rozwiązanie problemu płodności.

2. Odejście od formy wykładu ku formom interaktywnym.

Na niektórych kursach pojawiają się ćwiczenia, przykłady, dyskusje. Prezentuje się też sposoby rozwiązywania sytuacji konfliktowych w małżeństwie, np. metodę gorzkiego lekarstwa, które należy osłodzić („fantastycznie, że zabrałeś się do ……., ale czy nie uważasz, że fachowiec zrobiłby to lepiej”); zamianę zaimka „ty” na „ja” (kładzenie nacisku na wyrażanie emocji: zamiast „ty głupku” — „jest mi bardzo przykro, że…” ). Gdzieniegdzie proponuje się też ćwiczenie — poświęcenie godziny nie na prowadzenie dialogu, lecz na wysłuchanie małżonka.

Sama forma jednak nie wystarczy. Trzeba jeszcze umiejętnie wciągnąć w nią uczestników.

— Zaskoczyła mnie bierność ludzi, zarówno tych zgromadzonych w poradni rodzinnej, jak i w kościele — wspomina Maria Kuczkowska. — Może zadziałał tu syndrom przymusu — skoro kazali uczestniczyć w takich kursach, to byle szybciej odfajkować i do domu. Bierność totalna. Chyba po trosze udzieliła się ona i nam. Nie miałam ochoty o nic zapytać, choć słuchałam z zainteresowaniem. Nie zauważyłam też, by po zakończeniu wykładu ktokolwiek podszedł i zapytał o coś prowadzącego.

3. Zapewnienie profesjonalnych, przygotowanych wykładowców o dużej kulturze osobistej; najlepiej doświadczonych małżonków i rodziców. Może wówczas byłoby więcej komentarzy takich jak ten:

— Na jednych z zajęć poświęconych naturalnym metodom planowania rodziny spotkaliśmy się z panią ginekolog. Najpierw tłumaczyła, jak ważna dla dobra małżeństwa i dzieci jest idea naturalnej regulacji poczęć. Potem przeszła do omówienia samej metody w sposób wiarygodny i przystępny, na konkretnych przykładach. Zauroczyła mnie swoją osobą. Mówiła o rodzinie z taką miłością, dobrocią. Ostatnie spotkanie odbyło się u niej w domu, poznaliśmy jej męża i dwie najmłodsze córeczki. Są wspaniałą rodziną i najlepszą reklamą metod naturalnych — mówi Marta Urbańska.

4. Ułatwienie i ograniczenie do minimum spraw formalnych — np. szkolnego zabiegu wyczytywania obecności.

Maria Kuczkowska chwali organizatorów kursu:

— Przy wejściu dostawaliśmy karteczki z numerem spotkania potwierdzające uczestnictwo w kursie, nie było monotonnego wyczytywania listy obecności. Było nas sporo, więc zdziwiło mnie, że nawet wydawanie zaświadczeń po zakończeniu kursu odbyło się bardzo sprawnie.

5. Ograniczenie liczby uczestników.

— Masowość kursu była dużym mankamentem. Uczestniczyło w nim około 40 par. Większość traktowała go jako kolejną szykanę ze strony Kościoła. Bywało, że głosy prowadzących nie mogły przedrzeć się przez komentarze słuchaczy — komentuje Marta Urbańska.

Kurs przedmałżeński jest obowiązkowy, dlatego zapewne nie uniknie się części dolegliwości wynikających ze zderzenia ludzi, którzy przyszli z potrzeby serca, i tych, którzy przyszli odbębnić. Nie zniknie też problem różnego poziomu słuchaczy.

— Czy w takim układzie powinno się organizować oddzielne kursy dla osób z wykształceniem podstawowym, średnim i wyższym? — zastanawia się Kuczkowska. — Oddzielnie dla tych między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia i dla tych po czterdziestce? Co z dziewczynami w zaawansowanej ciąży? Albo z tymi, którzy są kalekami emocjonalnymi? Dla nich też osobne wykłady?

I dochodzi do wniosku:

— Tematyka kursów małżeńskich dotyczy spraw nam bliskich, codziennych, w końcu każdy z nas pochodzi z takiej czy innej rodziny, chcemy też rodzinę stworzyć, wystarczy więc mówić normalnym językiem, który zrozumie i doktorant, i chłopak po zawodówce.

Jak więc znaleźć złoty środek?          

We dwoje o fundamentach

Może dobrym rozwiązaniem są kursy przedmałżeńskie w formie wyjazdowych rekolekcji? Niektóre kościoły takie organizują. Siłą rzeczy tworzy się tam inna atmosfera — wyjazd na kilka dni wymaga pewnego wysiłku i nie ma tu zazwyczaj ludzi przypadkowych. Oto relacja pary, która uczestniczyła w takich rekolekcjach organizowanych przez warszawskich dominikanów:

— Spotkaliśmy się z określeniem: rekolekcje antymałżeńskie i coś w tym jest. Znamy kilka par, które po tym maratonie omawiania spraw fundamentalnych (może wcześniej nigdy o tym nie rozmawiali?), zmieniły swoje zamiary i rezygnowały z planów małżeńskich.

Razem z nami na rekolekcje wyjechało siedemnaście par, w tym trzy prowadzące oraz zakonnik. Kurs trwał od piątkowego popołudnia do obiadu w niedzielę.

Pokazano nam problemy, które pojawiają się w małżeństwie i których nie sposób uniknąć. Potem omawialiśmy je we dwoje. Nie było żadnych grupowych dyskusji, z innymi uczestnikami rozmawialiśmy tylko przy posiłkach. To były męczące dni, godzinami rozmawialiśmy na zadane tematy. Ustaliliśmy nasze systemy wartości, omówiliśmy nasze wady i zalety, plany na przyszłość, imiona dzieci. Zadecydowaliśmy, gdzie będziemy mieszkać, jak będziemy zarabiać na życie, do których rodziców jeździć na niedzielne obiady, jak będziemy obchodzić święta, wypoczywać… Dużo pytań dotyczyło naszej wiary — to była podstawa całego kursu, podstawa naszych życiowych decyzji. Dopiero na tym tle mówiliśmy o miłości. Dwie godziny poświęcono naturalnym metodom planowania, zajęcia były rzeczowe, prowadził je ginekolog. Temat więcej się na rekolekcjach nie pojawił. Podczas tych dni przeżyliśmy jeszcze raz — na nowo i głębiej — naszą znajomość, narzeczeństwo i plany małżeńskie.

* * *

Warto organizować naprawdę dobre kursy przedmałżeńskie i warto takich kursów szukać.

Jeśli powiemy sobie, że to nie ma sensu, że to niewiele da — życie potoczy się i tak swoją drogą — po co w ogóle wymagać jakichkolwiek kursów przedmałżeńskich? Mówi Maria Kuczkowska:

— Stoję na początku tej drogi. Trosk dnia codziennego jeszcze nie doświadczyliśmy. Na razie pamiętamy o naukach wyniesionych z kursu, przypominamy sobie wzajemnie od czasu do czasu to i owo. Kurs uświadomił nam, że jako kobieta i mężczyzna jesteśmy od siebie różni, a nasza miłość będzie ewoluować wraz z naszym wiekiem i stawać się coraz dojrzalsza. To dopiero początek naszego bycia rodziną. Jak będzie dalej, na ile nauki te pozostaną w nas przez następne lata?

współpraca Maria Kuczkowska

Recepta na udane małżeństwo?
Agnieszka Szanecka

absolwentka prawa UAM, współpracowała z tygodnikiem "Wprost", pracuje w WSB.Mężatka....