Rekolekcje

Mimo upływu lat czuję jeszcze w sobie ten zew, który gna mnie w teren głosić słowo Boże, kiedy nadejdzie czas Wielkiego Postu. Cóż, na tym polega powołanie dominikańskie. Głosić słowo Boże. Tym razem pojechałem do Wrocławia do seminarium duchownego. Kiedy człowiek jedzie na rekolekcje, to podświadomie myśli sobie, ileż będzie go to kosztowało, ile będzie musiał dawać, poświęcać się i jaki w końcu będzie zmęczony. Potem z zawstydzeniem spostrzega, że więcej sam otrzymał, niż był w stanie dać.

Temat życiowy mam jeden: promieniowanie ojcostwa, sam (i nie sam) do niego doszedłem, stał się moim programem, za co jestem dozgonnie wdzięczny kardynałowi Wojtyle z Krakowa, który później został papieżem. Jestem mu dozgonnie wdzięczny za to, że pokazał mi postawę duszpasterza jako ojca dla tych, których Bóg postawi na jego drogach.

Skurczony przesiedziałem w pociągu do Wrocławia, próbując się modlić i myśleć. To dziw, że po tylu latach głoszenia rekolekcji i kazań nadal tak bardzo wszystko przeżywam. Za oknem robiło się coraz ciemniej. Klerycy wyjechali po mnie na dworzec. W holu neogotyckiego budynku seminarium przywitał mnie ksiądz rektor Marian Biskup i zaprowadził do pięknego apartamentu. Wprowadzając do specyficznego zakładu wychowawczego osobników tak zapowietrzonych jak ja, należałoby poddać ich wstępnej dezynfekcji i uzdatnieniu, aby ewentualne zło, które wyrządzą, nie przeważyło ilości dobra wsączanego roztropną miarą codziennie w umysły i serca młodych lewitów.

Trzy konferencje dziennie i homilia podczas mszy świętej wystarczą. Od razu poczułem się u siebie. Za oknem widok na prezbiterium katedry i piękny ośnieżony plac z kolumną i figurą Chrystusa Króla. I ogromny platan bajecznie otulony śniegiem. Dziwiłem się, że nikt go nie wyciął, tak jak wycinali platany w parkach podworskich i te rosnące w pobliżu rezydencji, myśląc, że one chorują, bo zrzucają korę. Cóż za majestatyczne i dumne drzewo!

Ze wzruszeniem myślałem o kardynale Adolfie Bertramie, który pisywał książki i umarł w Janowej Górze (Czechy), o Edycie Stein i kanoniku Paulu Peikercie. Zagłębiłem się w ciąg dziejów. Oto teraz jestem w tym neogotyckim seminarium jeszcze sprzed 1900 roku, które powstało jako konwikt dla studiujących na uniwersytecie kleryków. To seminarium to miniświat. Z własnej piekarni, którą z dumą pokazał mi ksiądz rektor, klerycy zajadają świeżutki chleb i pachnące bułki.

Kiedy klerycy opowiedzieli mi, skąd pochodzą, okazało się, że większość ma swoje korzenie na Wschodzie. Nie chodzi przecież o rodziców, bo oni już są z Wrocławia, ale o dziadków. Ich ojczyzna to ziemie zabużańskie przedwojennej Rzeczpospolitej.

Jestem z nimi w kaplicy, a myśl moja biegnie do rodzinnego domu Edyty Stein, jej studiów na Uniwersytecie Wrocławskim, późniejszego nawrócenia i męczeńskiej śmierci w Oświęcimiu. To tutaj zaraz po nawróceniu przyjechała do matki, która za nic nie mogła zrozumieć, dlaczego Chrystus, będąc człowiekiem, uważał się za Boga. Sięgam po pamiętnik wrocławskiego proboszcza Paula Peikerta, który opisuje ostatnie dni oblężonego Wrocławia w zimie i na wiosnę 1945 roku. „Oto krwawy obłęd, który dotknął ludzkość i który postawił człowieka niżej bestii”, pisał (Paul Peikert, Kronika dni oblężenia. Wrocław 22. I–6. V. 1945 r., Wrocław 1984, s. 21).

Swoje wstrząsające relacje często kończy modlitwą do Boga i świętych o uratowanie miasta i świątyni: „Wrocław to piękne miasto, pełne znakomitych świadków jego minionej chrześcijańskiej kultury; są tu zabytki architektury, którym podobne rzadko można znaleźć w innym mieście. Ostrów Tumski, Ratusz, wspaniałe stare świątynie – czyż to wszystko ma lec w gruzach dlatego, że obłęd militarystów chce zamienić w twierdzę każdy dom, każdy kościół i każdą piwnicę? Czyż to wszystko nie zostało stworzone dla ludu i z powodu ludu? Co się zyska, gdy tym sposobem także Wrocław przetrwa kilka dni dłużej, jeśli w końcu pozostanie nieogarniona przestrzeń ruin? Jest tak, jak gdyby świat ogarnął prawdziwy szał niszczenia. Moloch wojny pożera wszystko, pożera krew i dobro narodu, i to jako narzędzie takiego systemu, jakim jest narodowy socjalizm” (s. 38). „Wojna, którą prowadzimy, jest już dziś szaleństwem i głupotą” (s. 41). A nieco później:

„Panie, racz skrócić dni utrapienia, daj nam rychły pokój, aby dusze nasze nie zginęły w śmierci. Zmiłuj się, o Panie, zmiłuj się nad Twoim ludem, który tak drogo odkupiłeś bezcenną krwią Twego Syna” (s. 84).

Nie szczędzi słów potępienia rządowi niemieckiemu i dowódcom wojskowym, doprowadzonym przez żądzę władzy do okrucieństwa i tyranii wyrażającej się samobójczymi odruchami niszczenia własnego narodu i jego substancji.

To na tych terenach niemalże do końca przebywał kardynał Adolf Bertram, 86–letni starzec, który podczas oblężenia Wrocławia wyjechał do zamku Janowa Góra pod Jawornicą. Urządzał adoracje Najświętszego Sakramentu, a na pytanie, dlaczego to robi, miał odpowiadać, że katolik to jest człowiek, który ma osobisty stosunek do Chrystusa, który jest z Nim w kontakcie, on zaś ten kontakt stara się umożliwić i podtrzymać.

W duchu, już tylko w duchu, wpadam do naszego kościoła Dominikanów pod wezwaniem świętego Wojciecha, aby na ścianie kaplicy błogosławionego Czesława przeczytać słowa wdzięczności, zaczerpnięte z Długosza, pod adresem prowincjałów prowincji polskiej, którzy najdłużej, jak tylko można było, utrzymywali jedność i łączność Wrocławia z Polską. „Sadzę bowiem, że są oni godni naszej pamięci i że przez wszystkich krwi polskiej synów specjalną czcią powinni być otoczeni. Dzięki ich czujności, wiedzy i czynom ciało Królestwa Polskiego, które za pierwszego króla polskiego Bolesława Chrobrego zostało utrwalone i zjednoczone, niczyją pożądliwością i niedbalstwem ani chytrością nie zostało nadszarpnięte w granicach, w których wchodziło w stan posiadania i zarządu ich zakonu…”, pisze Jan Długosz w Liber beneficiorum.

W tym kościele w latach 70. kilkakrotnie miałem rekolekcje akademickie dla studentów. Tam też zostałem nagrany przez tajniaków i doniesiono na mnie do urzędu bezpieczeństwa jako na wroga ustroju. Ciągnęło się to za mną latami: odmowa otrzymania paszportu, kilkakrotne przesłuchiwania w pałacu Mostowskich w Warszawie…

Tak oto osnowa polska i dominikańska splata się z wątkami niemieckimi.

Wrocław obdarzył mnie wspaniałym królewskim obiadem z księdzem kardynałem i przewyborną kawą z księdzem arcybiskupem. Ale to rozmowa w obydwu przypadkach była daniem najwspanialszym. Rozmawialiśmy o Lednicy i polskiej młodzieży. Nic na to nie poradzę, że pewna pani znowu się zdenerwuje, iż podnoszę zawsze i wszędzie wątek Lednicy, jakbym nie miał nic innego do powiedzenia. Cieszę się, że obydwaj hierarchowie poparli mnie w tworzeniu młodzieżowej wizji wyboru Chrystusa jako wartości podstawowej i opcji fundamentalnej. Dziękuję Panu Bogu za niezwykle proroczą wizję księdza kardynała dotyczącą Lednicy. Nie podejrzewałem kogoś stojącego pozornie obok o taką głębię rozumienia sprawy. Niniejszym przepraszam księdza kardynała, że w ogóle mogłem tak myśleć. Następnego dnia ksiądz kardynał osobiście przybył do seminarium z małą walizeczką z przyborami do odprawiania mszy świętej polowej, którą przyjąłem jako pieczęć i ukoronowanie naszej rozmowy i troski o młodzież.

Podczas mojego pobytu we wrocławskim seminarium nawiedziła nas ikona Matki Bożej Sedes Sapientiae peregrynująca po ośrodkach akademickich naszego kraju. Klerycy przygotowali Matce Bożej przepiękne przyjęcie. Ustawili dla niej tron w kaplicy pośród światła i kwiatów. Rektor zaś, witając Matkę Bożą, uczynił to tak bezpośrednio i serdecznie, że wyzwoliło to we mnie falę wspomnień i przeżyć mającą początek jeszcze w domu rodzinnym aż po uczestnictwo w delegacji do Rzymu odbierającej obraz na peregrynację po Polsce, tak że potrzebowałem dłuższej chwili, aby się uspokoić i rozpocząć konferencję.

Niebywała, mimo zmienności, ciągłość dziejów, przestrzeń świętości i służby. Myślałem o tych postaciach sprzed wojny i tych, którzy w czasie wojny przeżyli piekło diabelskiego niszczenia miasta, oraz tych, którzy zaraz po wojnie przystąpili do jego odbudowy. A Pan Jezus dał mi łaskę zasiewu Słowa pośród tych, którzy zgłosili się na Jego wezwanie. Na pożegnanie otrzymałem od kleryków piękny bukiet kwiatów i obraz Matki Bożej z katedry wrocławskiej. Wracałem wlokącym się pociągiem. Miałem dużo czasu, aby powtórzyć wrocławską lekcję. Ludzie wsiadali i wysiadali, a ja raz po raz spoglądałem na walizeczkę „małego księdza” od kardynała, ażeby mi jej ktoś nie ukradł. I jeszcze dość długo męczyło mnie pytanie jednego z kleryków, dlaczego tak często za wszystko dziękuję. Martwiłem się, że może odpowiedziałem mu zbyt krótko i niegrzecznie: „Synu, za dużo w życiu otrzymałem, abym nie wiedział, co to jest wdzięczność”.

Rekolekcje
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...